Związek Nauczycielstwa Polskiego to organizacja, która stara się nie pamiętać o wielu fragmentach swojej historii. Sądzę, że warto jednak przypomnieć niektóre z nich.

REKLAMA

Już w latach trzydziestych ub. w. był on powiązany ze środowiskami skrajnie lewicowymi i komunizującymi. Natomiast od początku peerelu była to organizacja ściśle zespolona z komunistyczną władzą, była ona pewnego rodzaju jej ramieniem ideologicznym w szkołach. Pod koniec lat czterdziestych XX w. jej władze "zasłynęły" wiernopoddańczym listem do Stalina z okazji jego siedemdziesiątych urodzin.

Pracujący w szkołach w okresie peerelu nauczyciele musieli wykazać się mocnym charakterem i przekonaniami, aby nie wstąpić do ZNP. Najczęściej rozpoczynający pracę młody nauczyciel dostawał od dyrektora szkoły (naturalnie członka ZNP i PZPR lub którejś z jej przybudówek) propozycję wstąpienia do tego związku, a często również do PZPR. W istocie nauczyciel pozostający poza ZNP był traktowany przez przełożonych jako nauczyciel drugiej kategorii. Zresztą ktoś, kto nie był członkiem ZNP nie miał żadnych szans na objęcie jakiegokolwiek stanowiska kierowniczego w placówce oświatowej. Można było wówczas usłyszeć wśród nauczycieli i takie opinie, że bycie w ZNP to pierwszy krok do wstąpienia do PZPR-u.

Jak słabo wielu nauczycieli - członków ZNP utożsamiało się z tą organizacją świadczył błyskawiczny rozwój "Solidarności" w oświacie po sierpniu 1980 r. Wówczas to ZNP był w szkołach zdecydowanym przeciwnikiem "Solidarności" i wiernym sojusznikiem PZPR-u. W organizowanych wówczas przez "Solidarność" ogólnopolskich protestach i strajkach ZNP nie brał udziału, a - o czym warto przypomnieć - były to protesty związane z walką z totalitarną peerelowską władzą. W walce o wolną Polskę oświatowy ZNP był nieobecny (zdecydowanie lepiej zachowywał się ZNP w szkołach wyższych). Jednak najbardziej charakterystyczne było to, co zdarzyło się po wprowadzeniu stanu wojennego. Oto "Solidarność" została zawieszona i niebawem zdelegalizowana. Tymczasem ZNP, który wprawdzie też był zawieszony, chociaż każdy człowiek znający ówczesne realia rozumiał, że była to czysto pokazowa decyzja władz, został po kilkunastu miesiącach reaktywowany. Wówczas w szkołach rozpoczęły się prawdziwe łowy na nauczycieli, szczególnie należących do "Solidarności". Od jesieni 1983 r. trwał proces zmuszania nauczycieli do wstępowania do ZNP. Osoby szukające pracy w oświacie, często już w trakcie pierwszej rozmowy otrzymywały propozycję zapisania się do ZNP, był to w istocie warunek zatrudnienia. Natomiast już pracujący nauczyciele byli przy różnych okazjach nagabywani, aby wstąpili do ZNP. Często zdarzało się, że w trakcie dokonywania oceny pracy nauczycieli, utożsamiających się z "Solidarnością" pojawiała się taka propozycja. W przypadku jej odrzucenia do karty oceny wpisywano nauczycielowi, że "jest bierny społecznie i nie uczestniczy w życiu szkoły" (rzutowało to również na jego ocenę). Warto wspomnieć, że w trakcie takiej oceny obok dyrektora szkoły obecny był również szef szkolnego ZNP i trzeba było ostrego sprzeciwu ocenianego nauczyciela (niebędącego członkiem ZNP), aby można było się go pozbyć. Zresztą w owym ponurym okresie lat stanu wojennego formalnie zawieszone ZNP uczestniczyło też aktywnie w usuwaniu dyrektorów szkół mianowanych na te stanowiska w okresie "solidarnościowego karnawału" z inicjatywy nauczycieli. Wówczas nikt nie miał wątpliwości, co do politycznej roli tego związku w niszczeniu nauczycielskiej niezależności od komunistycznych władz. Stąd też warto zastanowić się, co też - poza koniunkturalizmem - mogło kierować nauczycielami, którzy wówczas bez specjalnych nacisków wstępowali do ZNP. Podobnie, jak tymi, którzy uczynili to w ostatnich miesiącach 1980 r, czy też w 1981 r.

Po 1989 r. ZNP kolejny raz pokazał swoje peerelowskie oblicze; stał się wówczas zdecydowanym obrońcą nomenklaturowej kadry kierowniczej w oświacie. Trzeba przypomnieć, że w peerelu nikt bez zgody PZPR-u nie mógł zostać dyrektorem placówki oświatowej, a warunkiem owej zgody była przynależność do PZPR-u lub któregoś z jego satelitów, jak też do ZNP. W całej Polsce ZNP bronił usuwanych ze stanowisk dyrektorów, nie zważając nawet na to, że często były to osoby niekompetentne, czy też mające na koncie donosy do SB na uczniów lub nauczycieli, współpracujących z solidarnościowym podziemiem. Dla ZNP najważniejsze było to, żeby obronić szkoły przed "solidarnościowym powiewem wolności" i utrzymać je w kręgu wpływów postkomunistycznej lewicy. Zresztą w latach dziewięćdziesiątych ub. w. ZNP stał się członkiem SLD.

Już w wolnej Polsce ZNP zbudował swoją pozycję na majątku uzyskanym głównie w latach peerelu i związanych z tym możliwościach wspierania swoich członków. Dzięki temu wygrywał zdecydowanie konkurencję z oświatową "Solidarnością", która zawsze była ubogim związkiem zawodowym. Natomiast ZNP, szczególnie osobom zaczynającym pracę po 1989 r., jawił się jako klasyczny związek zawodowy, wspierający swoich członków i umiejętnie sterujący ich emocjami. Owe emocje uruchamiane były szczególnie mocno przeciwko rządom, odcinającym się od peerelu. Jeżeli prześledzimy historię ZNP to trudno się temu dziwić ...