W ubiegłym tygodniu w mediach pojawiły się informacje o wynikach najnowszego rankingu OECD "Better Life Index", w którym polska edukacja znalazła się na drugim miejscu na świecie. W wielu komentarzach, szczególnie w gazetach wyraźnie sympatyzujących z rządzącymi, mogliśmy przeczytać o kolejnym wielkim sukcesie naszej edukacji, będącym wynikiem prowadzonej w Polsce polityki edukacyjnej. Szkoda, że autorzy owych komentarzy nie starają się dostrzec, iż podstawą do sporządzenia tego rankingu są wskaźniki uczestnictwa w edukacji oraz głównie wyniki badań PISA.

REKLAMA

O osiągniętych w badaniach PISA wynikach polskich uczniów trzeba wyrażać się z uznaniem, pamiętając jednak, iż sprawdzają one jedynie schematyczne umiejętności i podstawową wiedzę, a na dodatek polscy uczniowie przygotowując się do egzaminów zewnętrznych, rozwiązują zadania konstruowane na podobnych zasadach, jak problemy pojawiające się w tych badaniach. Tymczasem poważne kłopoty zaczynają mieć, gdy natrafiają na zadania niestandardowe, a właśnie z takimi problemami przyjdzie im często mierzyć się w dorosłym życiu. Można stwierdzić, iż póki co nasza edukacja dobrze przygotowuje do wykonywania prostych zadań, czyli kształtuje postawy osób mogących co najwyżej stać się dobrymi wykonawcami poleceń, a nie ludźmi aktywnie i twórczo wpływającymi na otaczającą ich rzeczywistość.

Można stwierdzić, iż póki co nasza edukacja dobrze przygotowuje do wykonywania prostych zadań, czyli kształtuje postawy osób mogących co najwyżej stać się dobrymi wykonawcami poleceń, a nie ludźmi aktywnie i twórczo wpływającymi na otaczającą ich rzeczywistość.


Z kolei wskaźniki udziału w edukacji są w Polsce rzeczywiście wręcz rewelacyjne, i to na wszystkich poziomach kształcenia. Mamy np. jeden z najwyższych na świecie wskaźników młodzieży podejmującej studia. Z zakreślonych u progu lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku celów naszych reform edukacyjnych udało się zrealizować właśnie upowszechnienie edukacji na poziomie średnim i wyższym, jednak stało się to, wbrew przyjmowanym wówczas założeniom, poprzez zminimalizowanie (wręcz absurdalne) stawianych młodym ludziom wymagań. W efekcie mamy do czynienia z absolutnie pozornym sukcesem, osiągniętym wbrew jakimkolwiek rozsądnym zasadom. Ów proces ciągłego obniżania wymagań nabrał szczególnego przyspieszenia w ostatnich latach. Od 2009 r. w polskich szkołach średnich można uzyskać promocję nawet z ocenami niedostatecznymi, co stanowi najlepszą ilustrację owej "zabawy" w kreowanie edukacji bez wymagań, ale za to z wysokimi wskaźnikami statystycznego w niej udziału.

Epatowanie wskaźnikami statystycznymi to zresztą prawdziwa zmora polskiej oświaty. Oto okazuje się, iż praktycznie każdy nauczyciel starający się o wyższy stopień awansu zawodowego bez specjalnych problemów go uzyskuje, a oceny jakości pracy polskich szkół dokonywane są na podstawie procedury, kompletnie oderwanej od rzeczywistych efektów ich pracy. W efekcie nieustannie możemy czytać, czy też wysłuchiwać, pełne zachwytu słowa ludzi odpowiedzialnych za polską oświatę, iż jest ona jedną z najlepszych na świecie. Cichną one jedynie, gdy ogłaszane są wyniki egzaminów zewnętrznych, szczególnie matur. Pomimo tego, iż niezdanie obecnej matury to naprawdę duża sztuka, średni wskaźnik zdawalności tego egzaminu w młodzieżowych liceach ogólnokształcących od lat utrzymuje się na poziomie ok. 90 proc., a gdybyśmy wzięli pod uwagę wszystkie szkoły średnie to dramatycznie spada, w niektórych nawet poniżej 50 proc. Przypomnę, iż do zdania matury wystarczy uzyskać 30 proc. możliwych do zdobycia punktów z trzech zdawanych na poziomie podstawowym przedmiotów. Zadania na tych egzaminach mają bardzo często wręcz iluzoryczne wymagania, a tymczasem średnio co dziesiąty absolwent młodzieżowego liceum nie potrafi sobie z nimi poradzić, nawet przy tak minimalnym poziomie wymagań. Zresztą zdający z trudem taką trzydziestoprocentową maturę to ludzie absolutnie nieprzygotowani do studiowania, a mogą oni studia podejmować i to czynią, ba często je kończą, podnosząc polskie wskaźniki osób z wyższym wykształceniem, niestety owo "wyższe wykształcenie" ma jedynie wartość potwierdzającego je dokumentu.

Zadania na tych egzaminach mają bardzo często wręcz iluzoryczne wymagania, a tymczasem średnio co dziesiąty absolwent młodzieżowego liceum nie potrafi sobie z nimi poradzić, nawet przy tak minimalnym poziomie wymagań. Zresztą zdający z trudem taką trzydziestoprocentową maturę to ludzie absolutnie nieprzygotowani do studiowania, a mogą oni studia podejmować i to czynią, ba często je kończą, podnosząc polskie wskaźniki osób z wyższym wykształceniem, niestety owo "wyższe wykształcenie" ma jedynie wartość potwierdzającego je dokumentu.

Warto zauważyć, iż w Polsce rosną wskaźniki studentów, za to spadają wskaźniki czytelnictwa, czyli coraz więcej osób studiuje, a coraz mniej czyta. Ta relacja najlepiej ilustruje polski boom edukacyjny. Proponuję, aby wszyscy, którym naprawdę zależy na dobrym poziomie kształcenia w Polsce, przeanalizowali ewentualne wskaźniki zdawalności matury, gdyby np. wskaźnik zdawalności został podwyższony do 50 proc. punktów, albo gdyby do zaliczenia matury obok trzydziestoprocentowej części podstawowej trzeba byłoby uzyskać 50 proc. z jednego, albo większej liczby przedmiotów zdawanych na poziomie rozszerzonym. Tak na marginesie, jeżeli pragniemy położyć kres kreowaniu "najlepszej na świecie edukacji, ale tylko we wskaźnikach uczestnictwa" to powinniśmy uniemożliwić podejmowanie studiów na podstawie matury zdanej tylko na poziomie podstawowym. Taka matura powinna jedynie finalizować nauczanie w szkole średniej, a rekrutacja na studia powinna być prowadzona tylko na podstawie egzaminów zdawanych na poziomie rozszerzonym, z precyzyjnie określonym progiem zdawalności np. na poziomie 50 proc. możliwych do zdobycia punktów. Wówczas uzyskalibyśmy prawdziwą odpowiedź, ile osób autentycznie jest przygotowanych do studiowania i rzeczywiście poprawilibyśmy poziom kształcenia. Wprawdzie spadlibyśmy w rozmaitych rankingach typu "Better Life Index", ale za to wyraźnie poprawilibyśmy w przyszłości swoją pozycję w rankingach innowacyjności, a wykształcenie znowu stałoby się prawdziwą, a nie jedynie formalną wartością. Trzeba jeszcze zaznaczyć, iż naturalnie pragnąc "uzdrowić" maturę nie wystarczy przeprowadzić powyżej zasygnalizowane działania, trzeba jeszcze zadbać o poważny poziom zadań znajdujących się w maturalnych zestawach, żeby nie dochodziło do sytuacji w której np. maturalne zadania z matematyki na poziomie podstawowym może rozwiązać przeciętny gimnazjalista.

Rozmaite rankingi oparte o wskaźniki udziału w edukacji powinny być zawsze uzupełniane klasyfikacjami pokazującymi innowacyjność i moment, w którym w obydwu takich porównaniach znajdziemy się w czołówce będzie właściwym do ogłoszenia prawdziwego sukcesu naszej edukacji. Niestety, póki co nic nie wskazuje na to, aby ktokolwiek z edukacyjnych decydentów zamierzał zrobić cokolwiek, abyśmy mogli doświadczyć takiej radości. Zamiast tego trwa w najlepsze festiwal kreowania pozornej edukacji, mającej spełniać oczekiwania polityków, a nie obywateli. Zamiast epatować sukcesami statystycznymi, proponuję wszystkim zauroczonym edukacyjną propagandą sukcesu spojrzeć na tegoroczne zadania maturalne na poziomie podstawowym i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy można uznać, iż ktoś kto jest w stanie uzyskać tylko 30 proc. punktów po zmierzeniu się z nimi, to osoba, która zasługuje na maturalny sukces. Przypomnę, iż jest to osoba po dwunastu lub trzynastu (w przypadku techników) latach nauki. Czy aby nie marnujemy młodym ludziom czasu, tworząc im iluzję edukacyjnego sukcesu, a równocześnie marnując publiczne pieniądze na ich kształcenie? Trzeba wreszcie podjąć poważne i rzetelne działania odwracające ten bardzo niebezpieczny dla naszej przyszłości proces.

Jerzy Lackowski, doktor nauk humanistycznych, absolwent fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Jagiellońskim, dyrektor Studium Pedagogicznego UJ. W latach 1990-2002 wojewódzki kurator oświaty w Krakowie.