Myśląc o oświacie u progu nowego roku trudno o optymizm. Wiele wskazuje na to, iż będzie to czas - podobnie, jak miniony rok - dominacji w działaniach ludzi za nią odpowiedzialnych troski o kreowanie własnych medialnych wizerunków, a nie o rzeczywistość edukacyjną.

REKLAMA

W tym roku szczególnie istotnym wydarzeniem będzie egzamin maturalny, do którego przystąpi pierwszy rocznik licealistów, którzy uczyli się zgodnie z nową /dla wielu środowisk wielce kontrowersyjną/ podstawą programową, wprowadzoną przez byłą minister Katarzynę Hall. Będą to uczniowie, którzy klasyczne kształcenie ogólne zakończyli na pierwszej klasie LO, a od drugiej uczyli się w klasach silnie sprofilowanych, w których główny nacisk położony był na naukę wybranych przez nich /od dwóch do czterech/ przedmiotów, nauczanych na poziomie rozszerzonym. Równocześnie mają oni zdawać maturę wg nowej formuły z dodatkowym /w stosunku do poprzedniej/ obowiązkiem przystąpienia do przynajmniej jednego egzaminu na poziomie rozszerzonym /bez konieczności uzyskania progu zaliczeniowego/ oraz z zadaniami i problemami o bardziej niż dotychczas złożonym charakterze.

Wg zapewnień autorów, zarówno nowej koncepcji kształcenia ogólnego, jak też nowej formuły matury ma to być egzamin lepiej sprawdzający przygotowanie młodych ludzi do przyszłych studiów.

Warto przypomnieć, iż radykalna zmiana modelu pracy liceów ogólnokształcących, którą wygenerowała wprowadzona do nich nowa podstawa programowa miała również służyć lepszemu przygotowaniu młodzieży do studiowania. Stąd też wyniki tegorocznej matury, a następnie monitoring losów młodych ludzi, którzy w październiku 2015 r. rozpoczną studia pozwolą w sposób obiektywny ocenić efekty wprowadzonych do kształcenia ogólnego zmian. W przypadku matury stanie się tak jednak tylko wówczas, gdy autorzy maturalnych zadań zachowają się poważnie i nie obniżą wymagań egzaminacyjnych, aby uzyskać lepsze wyniki w skali kraju.

Niestety, znając sposób przygotowywania maturalnych zestawów oraz kontekst polityczny tego egzaminu, a także pamiętając, iż 2015 r. jest czasem wyborów parlamentarnych można obawiać się, iż tak właśnie może się zdarzyć. Szczególnie, iż drugi element weryfikacyjny nowego systemu kształcenia ogólnego przyniesie wyniki już po wyborach, a poza tym na niego akurat politycy bezpośredniego wpływu nie mają. Stąd też uczelnie już teraz powinny przygotować narzędzia i metody badawcze pozwalające im ocenić poziom przygotowania do poważnego studiowania młodzieży, która w tym roku podejmie studia. Pragnę podkreślić, iż potrzebne jest przygotowanie niezależnych badań, gdyż w działaniach resortu edukacji /podobnie, jak całego rządu/ dominuje propaganda sukcesu. Tymczasem w przypadku, gdy okaże się, iż poziom przygotowania młodzieży do studiowania jeszcze bardziej się obniżył w stosunku do wcześniejszych roczników studentów, to będziemy mieli do czynienia z potężnym sygnałem o nierealizowaniu celów zakładanych przez reformatorów kształcenia ogólnego. Warto będzie wówczas podjąć próbę modyfikacji modelu tego kształcenia w polskich szkołach średnich. Czy jednak rządzący zechcą przyznać się do porażki?

Charakterystycznym przykładem "zaklinania rzeczywistości" przez MEN jest kwestia edukacji najmłodszych, zarówno w przedszkolach, jak również w nauczaniu początkowym. Podobnie, jak w finalnym etapie edukacji przedmaturalnej również w tym obszarze od siedmiu lat mamy do czynienia z nieustannymi zmianami. Począwszy od "przedszkola za złotówkę" poprzez objęcie obowiązkiem szkolnym sześciolatków, a na "bezpłatnym" elementarzu kończąc, mamy do czynienia z działaniami, w których nade wszystko ważny jest efekt medialny, a nie rzeczywisty. Dzisiaj dla nikogo, kto obiektywnie ocenia wcześniejsze wysłanie sześciolatków do szkół nie ulega wątpliwości, że ogromna część placówek okazała się po prostu do tego źle przygotowana. Stąd też nie jest problemem możliwość nauki sześciolatka, tylko zapewnienie każdemu takiemu dziecku właściwych warunków, czyli m.in. kilkunastoosobowych klas z odpowiednim wyposażeniem. Wystarczy porównać, jak radzą sobie sześciolatki w szkołach z takimi właśnie klasami, w których są tylko one, ze szkołami /a takich jest większość/ w których tak nie jest. Trzeba już teraz podjąć zdecydowane działania w tej sprawie, gdyż MEN zdaje się problem bagatelizować, a jego niezauważanie będzie miała fatalne skutki dla bardzo wielu maluchów skazanych na edukacyjny start w niewłaściwych warunkach. Może warto byłoby, aby ludzie odpowiedzialni za to uświadomili sobie, iż w ten sposób z całą pewnością dojdzie do zgubienia bardzo wielu talentów i do skrzywdzenia dużej liczby dzieci. Zresztą o ich lekceważeniu rzeczywistych problemów edukacji najmłodszych świadczy propozycja możliwości zwiększenia liczebności klas nauczania wczesnoszkolnego powyżej /i tak już wysokiej/ liczby 25 osób.

Nowa polityka podręcznikowa ministerstwa edukacji to również klasyka obecnie prowadzonych przezeń działań. Z jednej strony mamy dobrze odbierane przez znaczną większość obywateli /wyborców/ hasło "bezpłatnego podręcznika", a z drugiej realizowanie go w sposób co najmniej dziwny. Używam takiego określenia, gdyż niechęć ministerstwa edukacji do stosowania procedury konkursowej w celu wybrania najlepszej oferty autorskiej podręcznika, czy to poprzez wybranie najlepszej pozycji z już obecnych na rynku, czy to poprzez wybranie w sposób otwarty najlepszego zespołu autorskiego musi budzić zdziwienie, szczególnie w kontekście doświadczeń z rządowym elementarzem dla klasy pierwszej. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia minister edukacji Joanna Kluzik - Rostkowska zaprezentowała podręcznik dla klasy II "Nasza szkoła" i poprosiła o uwagi do niego, przy czym czas na opiniowanie zakreśliła do 13 stycznia, czyli w rzeczywistości niebywale go ograniczyła. Można odnieść wrażenie, iż szefowej MEN i jej współpracownikom wcale nie zależy na poważnej konsultacji. Do takiego wniosku skłania mnie również "odporność" MEN-u na krytykę rozmaitych kwestii związanych z elementarzem dla klasy pierwszej, którego wartość merytoryczna i wydawnicza dalece odbiega od doskonałości. Skądinąd do podręczników ministerstwo edukacji wyjątkowo nie ma szczęścia. Oto niedawno okazało się, iż plajta zagraża projektowi e-podręcznika. Może warto byłoby, aby wyciągnięto z tego właściwe wnioski ...

Pod koniec minionego roku okazało się, iż Biuro Analiz Sejmowych zgłasza bardzo poważne zastrzeżenia do przygotowanej przez MEN nowelizacji ustawy o systemie oświaty. Zarzuty sejmowych prawników dotyczą zarówno poziomu przejrzystości i precyzji legislacyjnej, jak też kwestii merytorycznych. Warto zaznaczyć, iż jednym z istotnych zastrzeżeń sformułowanych pod adresem ministerialnego tekstu nowelizacji jest skonstruowanie aktu prawnego bardzo nieczytelnego dla przyszłych jego użytkowników. Mam nadzieję, że nie jest to zamierzone działanie autorów nowelizacji. Tak na marginesie, nie mogę nie zauważyć, iż zdecydowanie lepiej prezentuje się w tym kontekście obywatelski projekt nowelizacji ustawy oświatowej, który 17 grudnia został złożony w Sejmie. Można odnieść wrażenie, iż efekty pracy bardzo rozbudowanego oświatowego aparatu biurokratycznego są gorsze niż wynik działań obywateli zatroskanych autentycznie o losy edukacyjne swoich dzieci. Skądinąd ów wzrost obywatelskiego zaangażowania w sprawy oświaty daje nadzieję na powstrzymanie rządzących przed podejmowaniem coraz bardziej nieprzemyślanych działań i pozwala mniej pesymistycznie widzieć przyszłość naszej edukacji.