W bieżącym roku mamy do czynienia z jeszcze bardziej gorącymi niż w latach poprzednich sporami o wysokość otrzymywanej przez jednostki samorządu terytorialnego (JST) subwencji na prowadzone przez nie placówki oświatowe. Wg strony samorządowej jest ona zbyt niska, a wg przedstawicieli rządu wystarczająca na realizację zadań oświatowych w roku 2020.

W bieżącym roku mamy do czynienia z jeszcze bardziej gorącymi niż w latach poprzednich sporami o wysokość otrzymywanej przez jednostki samorządu terytorialnego (JST) subwencji na prowadzone przez nie placówki oświatowe. Wg strony samorządowej jest ona zbyt niska, a wg przedstawicieli rządu wystarczająca na realizację zadań oświatowych w roku 2020.
/geralt /Pixabay

Ze strony rządu podnoszony jest argument o wyraźnym wzroście całkowitej wielkości subwencji, w roku 2020 wskaźnik określający standardowy, podstawowy koszt kształcenia pojedynczego ucznia wzrośnie o 418 zł i ma wynosić 5986 zł. Tymczasem samorządowcy uważają, że jest to zbyt niski wzrost w kontekście wykonywanych przez nich zadań, jako podstawowy argument przywołując koszty związane ze zmianami w strukturze szkolnej oraz podwyżkami dla nauczycieli.

W tle owych sporów powraca niezmiennie pomysł przejęcia finansowania nauczycielskich wynagrodzeń przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Jest to rozwiązanie mocno preferowane przez związki zawodowe oraz znaczną część jednostek samorządowych. Trzeba zauważyć, że jego wprowadzenie w istotny sposób naruszyłoby zasady działania polskich szkół (placówek oświatowych) prowadzonych przez JST. Mielibyśmy wówczas właściwie sytuację, w której samorządy odgrywałyby pomocniczą rolę w prowadzeniu szkół. Innymi słowy byłaby to w istocie ponowna centralizacja zarządzania szkołami. Tymczasem analiza mocnych i słabych stron prowadzenia szkół przez JST wyraźnie wskazuje na przewagę tych pierwszych.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Bon edukacyjny - szansa czy zagrożenie

Coroczne spory o wysokość przeznaczanych z budżetu centralnego środków na finansowanie oświaty samorządowej w znacznej mierze wynikają z braku precyzyjnych standardów organizacji pracy szkół, m.in. dotyczących określenia średniej, standardowej liczby uczniów w klasie na terenie gminy, czy też powiatu. Nie można nie zauważyć, że tzw. algorytm subwencyjny z roku na rok staje się coraz bardziej skomplikowany. Najbardziej jest to widoczne w liczbie wskaźników wagowych poprzez które próbuje się wychwycić wszelkie specyficzne elementy lokalnych systemów oświatowych. Obecnie jest ich 73, a jeszcze dziesięć lat temu było ich 41, a w jego początkowej wersji tylko kilka.

Równocześnie można zauważyć, że wraz ze zwiększaniem się poziomu komplikacji algorytmu wzrasta poziom sporu wokół wysokości otrzymywanej przez samorządy subwencji na zadania oświatowe. Stąd też zdumiewa niewyciąganie żadnych wniosków z takiej sytuacji. Wyraźnie widać, że próba ujęcia w algorytmie wszelkich możliwych elementów lokalnego systemu oświatowego zawodzi. W takiej sytuacji można spróbować określić krajowy standard finansowanej ze środków publicznych usługi edukacyjnej, uwzględniając w nim specyfikę lokalnej sieci osadniczej oraz typ placówki oświatowej. Innymi słowy oprzeć finansowanie oświaty o rzeczywisty model bonu edukacyjnego, a nie jak dotychczas o jego namiastkę. W takim systemie coroczne dyskusje na temat wysokości otrzymywanej przez samorządy na zadania oświatowe subwencji koncentrowałyby się na zakresie krajowego standardu oświatowego. Najważniejszymi elementami owego standardu byłby zakres oferty edukacyjnej dla każdego ucznia oraz warunki, w jakich powinna być ona realizowana (wśród warunków byłaby m.in. uwzględniana standardowa wysokość wynagrodzeń nauczycielskich).

W uzasadnieniu do projektu algorytmu subwencyjnego na 2020 rok sporo uwagi (trzy z ośmiu stron) poświęcono (drobnej w sumie kwestii) analizie przewidywanej liczby uczniów, którzy we wrześniu pojawią się w murach szkół branżowych II stopnia, aby kontynuować w nich naukę umożliwiającą im uzyskanie średniego wykształcenia. Prognoza przewiduje, że będzie to 10% uczniów kończących nauczanie w szkołach branżowych I stopnia (autorzy tego szacunku podejmują również próbę podziału tych uczniów pomiędzy różne formy realizacji przez nich nauki). Jak każda prognoza jest ona obarczona sporym prawdopodobieństwem błędu. Tymczasem, gdybyśmy mieli system z bonem edukacyjnym to liczba rzeczywistych uczniów, w tych szkołach generowałaby wysokość otrzymywanych przez samorząd środków. Można odnieść wrażenie, że poprzez eksponowanie m.in. tak szczegółowych kwestii unika się ukazywania zasadniczych problemów.

Warto zauważyć, że w systemie z bonem oświatowym każdy samorząd otrzymywałby środki zgodnie z obowiązującym krajowym standardem edukacyjnym. Gdyby realizowana na jego terenie oferta edukacyjna miała ponadstandardowy charakter, to jej dodatkowy zakres musiałby być finansowany z własnych środków JST. W takim systemie powinna zostać przywrócona obowiązująca w ostatniej dekadzie XX w.  zasada "znaczenia" pieniędzy subwencyjnych przeznaczonych na oświatę, czyli uniemożliwienie wydawania ich przez samorząd na zadania pozaoświatowe.

Jest czymś bardzo charakterystycznym, że w corocznych sporach o wysokość subwencji na zadania oświatowe nie pojawiają się propozycje zmiany dotychczas obowiązujących zasad poprzez ich uproszczenie i jasne (precyzyjne) pokazanie zakresu finansowania oświaty samorządowej ze środków budżetu państwa. Precyzyjne wskazanie owego zakresu pozwoliłoby na podjęcie poważnej dyskusji nad zbudowaniem racjonalnych zasad finansowania polskiej oświaty. Moglibyśmy wówczas dokonać wyraźnego ograniczenia rozbudowanej na różnych poziomach administracji oświatowej, a uwolnione w ten sposób pieniądze przesunąć na zwiększenie wartości bonu oświatowego. Trzeba bowiem zaznaczyć, że problemem polskiej oświaty są nie tylko zbyt niskie nakłady finansowe, ale również sporo pieniędzy wydawanych na zadania, w zupełnie minimalnym stopniu związane z kształceniem i wychowaniem uczniów.