REKLAMA

Co kilkanaście dni około godziny 21.30 dzwonił w moim mieszkaniu telefon. Podnosząc słuchawkę, domyślałem się, czyj głos w niej usłyszę. I rzeczywiście, bardzo często intuicja nie zawodziła mnie. Pierwsze słowa brzmiały: - Mówi Ryszard.

Nieodmiennie odpowiadałem:

- Miło Cię znowu usłyszeć. Pewnie znowu będę pisał oświadczenie w Twoim imieniu.

Tak rozpoczynały się przez prawie 6 lat (1998-2004) moje wieczorne rozmowy z pułkownikiem Ryszardem Kuklińskim. Nigdy nie wiedziałem, przez jakie kraje i przez ile telefonicznych central biegnie jego głos, nigdy go też o to nie pytałem. Miałem natomiast pewność, że nie będzie to jedynie przyjacielska pogawędka, ale z pewnością jest jakaś pilna sprawa, z którą Ryszard chce się ze mną podzielić i ustalić, czy należy ją przekazać Polskiej Agencji Prasowej.

Zdarzało się, że przyczyną rozmowy był jakiś nieprzychylny mu artykuł w krajowej prasie, którego echa docierały na Florydę, gdzie wówczas mieszkał. Prosił mnie wtedy o szybkie działanie, przekazując zasadniczą, merytoryczną tezę, a mnie pozostawiając "ornamentykę" i stylizację.

Kiedyś powiedziałem Mu:

- Jeśli dzwonisz późnym wieczorem (różnica czasu), to najlepiej rób to w soboty lub we środy.

- Dlaczego? - spytał.

- Bo ja poproszę PAP o zrobienie depeszy w następnym dniu rano, czyli w niedzielę bądź we czwartek, ona pójdzie od razu w mediach elektronicznych, a w gazetach w poniedziałek lub w piątek, kiedy są największe nakłady.

Roześmiał się i obiecał zapamiętać tę sugestię.

Zbliża się 10. rocznica naszej ostatniej rozmowy. Było to kilka dni przed Jego śmiercią, a dzień przed prowadzącym do niej wylewem krwi do mózgu. Zadzwonił bardzo, ale to bardzo wzburzony.

- Czytałeś, co napisała o mnie "Gazeta Wyborcza"? Ja mam już tego dość, ogłoś, że jestem gotowy w każdej chwili przyjechać do Polski, by stanąć przed politykami oraz dziennikarzami i raz jeszcze wytłumaczyć im to, co robiłem. Chciałbym tylko, żeby przy tej okazji ujawnione zostały nadal utajnione plany strategiczne Układu Warszawskiego. Tylko wtedy Polacy zrozumieją, dlaczego musiałem postąpić tak, jak postąpiłem. Ja biorę się za pisanie do "Wyborczej", a Ty redaguj komunikat dla PAP.

Te plany (a przynajmniej ich zasadniczą część) upublicznił parę lat później minister Radosław Sikorski, korzystał z nich także pisząc scenariusz "Jacka Stronga" Władysław Pasikowski. Kukliński nie doczekał tej chwili, ale do dzisiaj pamiętam Jego ogromne wzburzenie. Może właśnie ono przyczyniło się do śmiertelnego wylewu?

Nazajutrz pobiegłem do krakowskiego oddziału PAP i już przed południem poszła w świat depesza z ostrą wypowiedzią Pułkownika. Byłem pewien, że skoro ukaże się ona w mediach polonijnych i dotrze do Ryszarda, wieczorem usłyszę w słuchawce znajomy głos. Niestety, nie było już więcej rozmów na linii Floryda-Kraków.

Żałowałem wówczas, że ta ostatnia miała taki gwałtowny przebieg, bo znając Kuklińskiego od 6 lat nigdy nie słyszałem go tak zdenerwowanego.

Gdyby dożył premiery "Jacka Stronga", który - jak twierdzą ci, którzy już widzieli ten film - przedstawia dokonania "pierwszego polskiego oficera w NATO" w sposób równie rzetelny, jak atrakcyjny, z pewnością ucieszyłby się, bo na niczym mu tak nie zależało, jak na właściwym, a więc opartym na historycznych źródłach pokazaniu Polakom motywacji jego patriotycznej i ratującej świat przed planowaną przez sowietów III wojna światową misji.