Lech Wałęsa nie ma ostatnio dobrej passy. Najpierw skompromitował się proponując Instytutowi Pamięci Narodowej debatę z historykami i publicystami oskarżającymi go od dawna, że był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa PRL o pseudonimie "Bolek", po czym jak niepyszny wycofał się z tego pomysłu nieudolnie usiłując obarczyć odpowiedzialnością za jego fiasko organizatorów niedoszłej dyskusji, a dzisiaj okazało się, iż wdowa po generale Czesławie Kiszczaku jest w posiadaniu dokumentów przechowywanych przez jej męża, a dotyczących kłopotliwych dla byłego Prezydenta RP faktów z lat 70. ubiegłego wieku.

REKLAMA

Nie wiadomo jeszcze, co konkretnie zabezpieczyli prokuratorzy IPN w mieszkaniu komunistycznego oberpolicmajstra, ale z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że są to solidne papiery mocno pogrążające przywódcę strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku.

Znając konsekwentnie stosowaną od lat przez Wałęsę taktykę jestem pewien, iż będzie on nadal twierdził, że peerelowska bezpieka fałszowała na potęgę wszystko, co było z nim związane, aby fałszywie przekonać opinię publiczną, że po grudniu 1970 roku owocnie współpracował z nią, donosząc za pieniądze na kolegów z pracy, podczas gdy on tylko prowadził z nią sprytną grę dla dobra Polski.

Zajmujący się biografią pierwszego przewodniczącego "Solidarności" historycy nie mają wątpliwości co do tego, że był on "Bolkiem" i wciąż żywią nadzieję - chociaż coraz mniejszą - na jego przyznanie się do wstydliwego epizodu ze swojej przeszłości. Może właśnie ujawnienie zawartości szafy gen. Kiszczaka będzie przełomowym momentem w tej materii. Jak długo można bowiem zaprzeczać ewidentnym faktom oraz zeznaniom wielu świadków i naiwnie wierzyć w całkowite zniszczenie po 1990 roku wszystkich dowodów własnej hańby?

Gdyby Lech Wałęsa zdobył się na odwagę godną męża stanu i publicznie wyznał swoje winy z lat 70. (a może także późniejszych) mógłby liczyć na powszechne przebaczenie, ponieważ Polacy są po chrześcijańsku miłosierni. Skoro zaciął się jednak w sobie, idąc w zaparte, bezpowrotnie stracił tę szansę. Teraz decydować będą za niego inni na podstawie kolejno wychodzących na jaw dokumentów.