Niefrasobliwość BOR, niezdecydowanie ministra Błaszczaka

Wtorek, 22 marca 2016 (16:26)

Stare powiedzenie "saper myli się tylko raz" można z powodzeniem zastosować także do pracy funkcjonariuszy służb specjalnych. Wiele ich skutecznych interwencji (zwłaszcza uniemożliwiających zamach bądź akt terroru) nie jest nagłaśnianych przez media, co najwyżej nagradzane są dyskretnie awansami, odznaczeniami, gratyfikacjami finansowymi. Wystarczy jednak, że popełnią jeden błąd, a płacą zań jeżeli nie życiem lub zdrowiem, to degradacjami, naganami, w skrajnych przypadkach usunięciem z szeregów elitarnych formacji.

Taką służbą jest Biuro Ochrony Rządu, które ma zapewniać bezpieczeństwo najważniejszym polskim politykom nie tylko otaczając ich ciasnym wianuszkiem w miejscach publicznych, ale również - chyba nawet przede wszystkim - eliminując potencjalne zagrożenia zanim jeszcze staną się one tragicznymi faktami. Konieczna jest do tego ścisła współpraca z wieloma podobnymi służbami (także zagranicznymi), co pozwala na szerokie i dogłębne rozpoznanie wszelkich niebezpieczeństw, na jakie może być narażona ochraniana osoba.

Funkcjonariusze i kierownictwo BOR doskonale wiedzą, że można ich zwolnić w nagłym trybie za nierzetelne wykonywanie obowiązków, przeoczenie czegoś ważnego, niezachowanie wymaganej staranności, szczególnie w przypadku udanego ataku zamachowca, terrorysty lub szaleńca na powierzonego ich pieczy polityka. Każde takie zdarzenie jest potem długo i dokładnie analizowane pod kątem stopnia winy konkretnych oficerów oraz wyciągnięcia właściwych wniosków na przyszłość, ale nikogo nie dziwi szybka reakcja ministra spraw wewnętrznych, dla którego za wszystko, co robią jego podwładni, odpowiada szef Biura.

Tak postąpił np. Leszek Miller, błyskawicznie zwalniając całe kierownictwo BOR, kiedy prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego zaatakowali jajkami jego polscy przeciwnicy w Paryżu i była to ze wszech miar słuszna reakcja. Dlatego też zdumiewa mnie, że w sytuacji, w której prezydent Andrzej Duda został narażony na śmiertelne niebezpieczeństwo poprzez założenie w jego limuzynie przeznaczonej do kasacji opony, Mariusz Błaszczak nie postąpił podobnie.

A przecież w tym przypadku nie mieliśmy do czynienia z zamachem na głowę państwa, lecz z niewiarygodną wręcz niefrasobliwością, którą najlepiej oddaje dobrze  charakteryzujące polską mentalność powiedzenie: "jakoś to będzie". Liczba błędów popełnionych przez oficerów Biura od jego szefa po dowódcę osobistej ochrony i kierowcę jest porażająca, co w powinno skutkować natychmiastowymi dymisjami.

Służba w Biurze Ochrony Rządu przypomina siedzenie na minie, którą w każdej chwili ktoś może zdetonować. 4 marca 2016 roku odpalili ją sami funkcjonariusze. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale konsekwencje muszą być wyciągnięte i to bez zbędnej zwłoki.

Artykuł pochodzi z kategorii: Jerzy Bukowski - komentarze

Jerzy Bukowski