Z małej chmury spadł wielki deszcz: oto mój komentarz do zamieszania wokół przedstawienia teatralnego "Golgota Picnic" lewicowego, argentyńskiego artysty Rodrigo Garcii, który wywołał w Polsce w ostatnich dniach ogromne emocje, stając się symbolem bluźnierstwa w sztuce.

Nie mam zwyczaju zabierać głosu w sprawie wydarzeń artystycznych, których nie widziałem, ale z pomocą w wyrobieniu sobie zdania na temat "Golgoty Picnic" przyszła mi "Gazeta Wyborcza", zamieszczając w sobotnio-niedzielnym numerze pełny tekst tej sztuki. Zadałem więc sobie sporo trudu i przeczytałem jej treść, męcząc się przy tym potwornie, ale dochodząc do jednego wniosku: to klasyczny przykład grafomanii w postmodernistycznym wydaniu, lektura w sam raz dla profesora majora Zygmunta Baumana.

Jestem wychowany na wielkiej literaturze i na wielkim teatrze. Czytając ten bełkot zastanawiałem się, dlaczego wywołał on aż tak wielkie oburzenie nie tylko wiernych, ale także części hierarchii Kościoła rzymskokatolickiego. Być może w wersji scenicznej było to o wiele bardziej bluźniercze, przekraczające także granice dobrego smaku i zahaczające o pornografię. Z lektury wyłania się jedynie żałosny stan umysłu autora tej bredni, nad którą najlepiej byłoby spuścić kurtynę milczenia i pozwolić jej umrzeć własną śmiercią, co niechybnie dość szybko nastąpi.

Rozumiem, że obowiązkiem władzy kościelnej jest protestowanie przeciw każdej formie ranienia uczuć religijnych oraz upubliczniania bluźnierstw. Takiej reakcji biskupów można się było więc spodziewać, ale czy naprawdę była ona konieczna i aż w tej skali? Nagłośnienie szmiry podnosi ją na znacznie wyższy poziom niż ten, na który zasługuje, a "Golgota Picnic" mieści się na literackim dnie.

Najbardziej śmieszy mnie jednak postawa "Gazety Wyborczej", która stając murem za tą teatralną klęską i piętnując postawę protestujących przeciw niej hierarchów oraz wiernych wydrukowała cały tekst sztuki, dzięki czemu osoby nie mające najmniejszej ochoty udać się do teatrów, aby ją oglądnąć bądź wysłuchać (nb. co to za dziwaczna moda: czytanie scenariusza na scenie?) - jak ja - dostały do ręki cały tekst i przekonały się, że jest to potworna grafomania, nic więcej.

Także w największych dziełach światowej literatury zdarzają się fragmenty, o których możemy jednoznacznie orzec, że są bluźnierstwami. Nikt nie oburza się jednak, ani tym bardziej nie zakazuje wystawiania "Dziadów" Adama Mickiewicza z uwagi na końcowe słowa Wielkiej Improwizacji, aby odwołać się do jednego tylko, ale za to znanego wszystkim Polakom przykładu. Czym innym są jednak takie fragmenty w utworach na najwyższym artystycznym poziomie, które śmiało można określić mianem nieśmiertelnych wytworów ludzkiego ducha, czym innym zaś w postmodernistycznym bleblaniu stanowiącym tanią sensację jednego sezonu.

I żeby zakończyć odwołaniem się do klasyki: "po cóż łamać krzesła?", skoro Aleksandra Macedońskiego nie ma w tej grze.