Komisja watykańska niczego nie opublikowała i do dziś nie wiadomo, czy metropolita poznański był winny, czy nie. Niemniej jednak zmarnowane powołania kapłańskie, jak i krzywdy, których doznali uczciwi księża broniący kleryków, obciążają sumienie arcybiskupa Juliusza Paetza, jak i osób, które tuszowały jego złe uczynki.

REKLAMA

Przed dwoma tygodniami w programie Jana Pospieszalskiego, nadawanym w telewizji publicznej, wspomniałem o głośnych wydarzeniach, które kilkanaście lat temu wstrząsnęły polskim Kościołem, a które wciąż do końca nie zostały wyjaśnione. Chodzi o molestowanie kleryków i młodych księży przez arcybiskupa Juliusza Paetza. Po tym programie dostałem od osób z Poznania plik dokumentów, które rzucają nowe światło na sprawę

Ksiądz Juliusz Paetz, rodowity poznaniak, jako bardzo młody duchowny wyjechał na studia do Rzymu, choć w tych czasach (lata rządów Władysława Gomułki i ostrego konfliktu władz komunistycznych z prymasem Stefanem Wyszyńskim) otrzymanie paszportu graniczyło praktycznie z cudem. Po ukończenie studiów, ciesząc się protekcją niektórych ważnych dostojników watykańskich, rozpoczął pracę w Sekretariacie Stanu.

W 1976 r. jako jedyny Polak został mianowany przez papieża Pawła VI prałatem antykamery papieskiej. Funkcja ta, którą pełnił on u boku także dwóch następnych papieży, była bardzo ważna, gdyż polegała m.in. na asystowaniu papieżowi w czasie oficjalnych i prywatnych audiencji. W tym czasie został zarejestrowany przez polską Służbę Bezpieczeństwa jako kontakt informacyjny o ps. "Fermo". Zachowana dokumentacja jest niepełna, ale z raportów wynika, że aż 88 proc. informacji uzyskanych od niego wywiad uznał za ważne. Z kolei 55 proc. informacji przesłanych zostało do kierownictwa partyjno-rządowego w Warszawie.

W 1982 roku, a więc w stanie wojennym, ks. Paetz został biskupem łomżyńskim, a w 1996 r. arcybiskupem i metropolitą poznańskim. Tę drugą nominację bardzo mocno wspierał zaprzyjaźniony z nim nuncjusz apostolski Józef Kowalczyk. W pierwszych latach posługi nowego arcybiskupa w archidiecezji poznańskiej wśród księży zaczęły się rozchodzić informacje o jego dziwnych zachowanych wobec kleryków i księży, które zaczęto jednoznacznie identyfikować jako molestowanie seksualne na tle homoseksualnym. Gdy zachowania te nasiliły się, to do kilku ważnych polskich hierarchów został wysłany list z prośbą o interwencję.

List ten, datowany na 10 września 2001 r., podpisali ks. prof. Tomasz Węcławski, dziekan Wydziału Teologicznego UAM, ks. dr Tadeusz Karkosz, rektor Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu, ks. dr Jacek Stępczak, redaktor naczelny "Przewodnika Katolickiego", ks. proboszcz Marcin Węcławski oraz Paweł Wosicki, prezes Ogólnopolskiego Porozumienia Ruchów Obrony Życia. W sprawę zaangażował się także prof. Maciej Giertych, ojciec późniejszego wicepremiera i ministra edukacji narodowej. Vide: załącznik nr 1.

Odpowiedź nuncjusza Józefa Kowalczyka, która została wysłana na adres Pawła Wosickiego była nadzwyczaj lakoniczna. Vide: załącznik nr 2.

Z kolei 10 listopada tegoż roku ks. rektor Tadeusz Karkosz wysłał swoje kolejne pismo, zawierają szczegółowy opis wydarzeń. Vide: załącznik nr 3.


Podobne pismo trafiło także do ks. biskupa Stanisława Dziwisza, sekretarza papieskiego. Niestety ani te pisma, ani indywidualne rozmowy nic nie dały. Do nuncjatury papieskiej napisali także intelektualiści katoliccy z całej Polski. W tym obecny premier Jarosław Gowin. Załącznik nr 4.

Niestety, sprawa od samego początku była tuszowana, głównie przez nuncjusza Kowalczyka, a żadne informacje do papieża Jana Pawła II nie docierały. Co więcej, w obronie arcybiskupa stanęło środowisko wielkopolskich biznesmenów, profesorów i artystów, w tym biznesmen Jan Kulczyk i dyrektor opery Sławomir Pietras. Dlatego też księża poznańscy zdecydowali się na przekazanie listu poprzez prof. Wandę Półtawską, która przemyciła go do Watykanu i w czasie prywatnej audiencji odczytała wraz z załącznikami Ojcu Świętemu. Według jej relacji papież był wstrząśnięty tak sprawą, jak i faktem, że jego najbliższe otoczenie nie informowało go o tym. Dopiero wtedy kuria watykańska zdecydowała się wysłać specjalną komisję do Poznaniu. Było już jednak za późno i sprawa trafiała do mediów. Arcybiskup Paetz nie przyznał się do molestowań, ale w Wielki Czwartek 2002 roku złożył rezygnację. Niestety komisja niczego nie opublikowała i dlatego też do dziś nie wiadomo, czy był on winny czy nie.

Po śmierci papieża Jana Pawła II watykańscy protektorzy arcybiskupa Paetza starali się go zrehabilitować i przywrócić do posługi duszpasterskiej. Na szczęście nowy metropolita, arcybiskup Stanisław Gądecki, okazał się niezłomny i grożąc rezygnacją z urzędu, uzyskał po audiencji u papieża Benedykta XVI zapewnienie o zaniechaniu tych działań.

Inna sprawa, że arcybiskup Paetz pomimo ogromnego skandalu, który wywołał, nie usunął się z Poznania. Na koszt wiernych archidiecezji poznańskiej mieszka nadal w bardzo wygodnym pałacu na Ostrowie Tumskim, tuż obok katedry i seminarium duchownego. Jak gdyby nigdy nic bierze też udział w uroczystościach religijnych i państwowych. Co więcej, często jest zapraszany do różnych diecezji. Dla przykładu, w 2010 roku na zaproszenie swego przyjaciela z czasów rzymskich, arcybiskupa Sławoja Leszka Głodzia, koncelebrował mszę św. wraz z episkopatem z okazji rocznicy podpisania Porozumień Gdańskich. Z kolei na zaproszenie innego przyjaciela, wspomnianego Stanisława Dziwisza (obecnie kardynała) brał udział uroczystościach ku czci św. Stanisława w Krakowie. Tego samego świętego, co zginął śmiercią męczeńską w obronie wartości moralnych. Czy trzeba o większy paradoks w polskim Kościele?

Jakie były losy tych, co stanęli w obronie skrzywdzonych kleryków i księży? Ks. Tadeusz Karkosz został odwołany z funkcji rektora seminarium duchownego w Poznaniu, wyjechał do Rzymu, gdzie zmarł w wieku zaledwie 53 lat. Ks. Tomasz Węcławski odszedł z kapłaństwa i wystąpił z Kościoła katolickiego. Po zawarciu związku małżeńskiego, przyjął nazwisko żony. Ks. Jacek Stępczak ukorzył się przed władzami kościelnymi i wycofał swój podpis pod listem, a następnie wjechał na misje do Zambii. Wrócił ciężko chory, dziś jest proboszczem w swojej archidiecezji. Ks. Marcin Węcławski otrzymał tzw. upomnienie kanoniczne (mówiąc językiem świeckim: naganę z wpisem do akt personalnych), ale pozostał w Poznaniu, gorliwie i uczciwie pełniąc posługę duszpasterską jako proboszcz parafii przy Rynku Wildeckim. Z kolei prof. Wanda Półtawska, choć otrzymała Order Orła Białego od prezydenta Andrzeja Dudy i obywatelstwo honorowe kilku miasta, to przez władze kościelne jest traktowana, mówić najdelikatniej, chłodno. Nawiasem mówiąc, kardynał Dziwisz w swoich licznych i bardzo obszernych wspomnieniach z Watykanu o wieloletniej przyjaźni Jana Pawła II z panią profesor nie wspomniał ani razu. Z kolei arcybiskup Paetz w liście skierowanym do mnie w dniu 6 listopada 2013 r. starał się zdyskredytować ową odważną kobietę i jej działania.

Co do molestowanych kleryków, to ich losy są przykryte "płaszczem milczenia". Jedni zostali księżmi, ale inni zrezygnowali z tej drogi. Zmarnowane powołania kapłańskie, jak i krzywdy, których doznali uczciwi księża broniący kleryków, obciążają sumienie arcybiskupa Juliusza Paetza, jak i osób, które tuszowały jego złe uczynki.

(mpw)