Pomoc w obaleniu prezydenta Petro Poroszenki, którego do tej pory bezkrytycznie wpierali prezydent Andrzej Duda i szef PiS Jarosław Kaczyński, nie tylko ośmiesza polską dyplomację, ale i jest niebezpieczna.

REKLAMA

Takich wydarzeń w polskiej polityce wschodniej dawno już nie było. Otóż przez kilka tygodni na terenie Polski bawił, przez nikogo nie niepokojony, były prezydent Gruzji Micheił Saakaszwili. Z punktu widzenia prawa jest on bezpaństwowcem. Obywatelstwa swojego rodzinnego kraju pozbawił się bowiem sam, przyjmując dwa lata temu obywatelstwo Ukrainy. Z kolei tego drugiego pozbawił go w dniu 26 lipca br. prezydent Petro Poroszenko. Co więcej, za Saakaszwilim gruzińskie władze rozesłały międzynarodowy list gończy, stawiając mu szereg poważnych zarzutów, w tym defraudacje środków budżetowych i przekroczenie uprawnień w rozgromieniu opozycji w 2007 roku.

Władze tak Gruzji, jak i Ukrainy, są legalnie wybrane. Co więcej, są wciąż wspierane przez obecne władze Polski, które uważają je za swoich sojuszników. I to bardzo ważnych sojuszników. Dlatego też rząd pani premier Beaty Szydło powinien albo udzielić gruzińskiemu politykowi azylu politycznego (jeżeli ten udowodniłby, że jest niesprawiedliwie prześladowany), albo zgodnie ze wspomnianym listem gończym wydać go władzom jego rodzinnego kraju. Nie uczyniono jednak ani jednego, ani drugiego. To bardzo niebezpieczna furtka, która pokazuje, że pomimo uszczelniania polskich granic niektórzy cudzoziemcy są wobec prawa "równi i równiejsi".

Co więcej, Saakaszwili, który wykorzystał pobyt w Polsce do brylowania w mediach rządowych i na politycznych salonach w Warszawie, postanowił wciągnąć nasz kraj w swoje rozgrywki. Wczoraj, w asyście tłumu dziennikarzy oraz posła Jacka Saryusza-Wolskiego i b. premier Ukrainy Julii Tymoszenko (też mającej kłopoty z prawem) dał na dworcu w Przemyślu popis swoich aktorskich umiejętności. Była to prawdziwa hucpa, z powodu której najbardziej ucierpieli pasażerowie zatrzymanego pociągu. Ktoś ich za to przeprosił lub wypłacił odszkodowanie? Ucierpiał też honor Rzeczypospolitej Polskiej, która okazała się bezradna wobec tego cyrku. Zwłaszcza, że przy wtargnięciu na ukraińską ziemię Saakaszwili skorzystał z pomocy swoich zwolenników, występujących pod czerwono-czarną flagą ludobójczej UPA.

Rodzi się pytanie, dlaczego władze polskie ułatwiły gruzińskiemu politykowi przekroczenie - bez ważnego paszportu - granicy polsko-ukraińskiej, tak bardzo strzeżonej jako zewnętrzna granica Unii Europejskiej? Ktoś go w ogóle pytał o jakieś dokumenty? A może jest to element wielkiej gry, która polega na udzieleniu pomocy w obaleniu obecnego prezydenta Ukrainy? Saakaszwili przecież, o czym wiedzą nawet eurokraci w Brukseli, jest śmiertelnym wrogiem ukraińskiego prezydenta Petro Poroszenki i dlatego też pewnością dojdzie do konfrontacji, być może nawet siłowej.

Tak czy siak ze strony polskiego rządu jest to przysłowiowe pchanie palców między drzwi. Poza tym, działania te ośmieszają polską dyplomację, bo do tej pory prezydent Andrzej Duda oraz szefa PiS Jarosław Kaczyński i minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski bezkrytycznie wspierali ukraińskiego prezydenta-oligarchę, licząc na jego poparcie w sprawach międzynarodowych - np. w budowaniu Międzymorza czy Trójmorza. Czyżby teraz nagle zmienili front i postawili na kogoś innego?

I na co nam to wszystko? Szukamy guza na Dnieprem? Mało jest już innych problemów?