Dziś, w święto Matki Bożej Anielskiej odszedł do Nieba ksiądz kardynał Franciszek Macharski, człowiek nietuzinkowy, ogromnie wrażliwy na ludzi potrzebujących pomocy.

REKLAMA

Gdy w 1975 roku złożyłem podanie o przyjęcie do Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie, moja babcia, rodowita krakowianka, opowiedziała mi o jego rektorze, ks. Franciszku Macharskim oraz o całej rodzinie Macharskich "od Hawełki".

A "Hawełka" cieszyła się wielką popularnością. Była restauracją z dziewiętnastowiecznymi tradycjami, założoną przez przybyłego z Moraw Antoniego Hawełkę jako sklep "Pod Palmą", o charakterze kolonialnym i śniadankowym - czyli coś jakby współczesny lunch-bar, gdzie można było zjeść późne śniadanie. Umierając bezpotomnie Hawełka przekazał go swemu subiektowi, Franciszkowi Macharskiemu, bratu dziadka późniejszego kardynała, a on z kolei przekazał go jego ojcu, Leopoldowi Macharskiemu. Babcia Janina nazywała Macharskich kupcami, co w Krakowie było określeniem nobilitującym.

Ks. Franciszek Macharski 30 grudnia 1978 roku został nowym metropolitą krakowskim i następcą na tym urzędzie Kardynała Wojtyły, z którym przyjaźnił się od lat. Kiedy dziesięć lat później poprosiłem go, by pozwolił mi zamieszkać w Radwanowicach, we dworze, w którym jest schronisko dla niepełnosprawnych umysłowo - wyraził zgodę i przez cały ten czas pomagał, jak mógł tworzącej się Fundacji im. Brata Alberta. Zresztą nie tylko jej, gdyż zawsze wpierał rozmaite dzieła charytatywne. Dlatego też uważany był za ojca chrzestnego Fundacji i jej licznych filii.

Był obecny na wszystkich najważniejszych wydarzeniach: wmurowywaniu kamieni węgielnych, poświęcenia kolejnych domów, i nie tylko w Radwanowicach, ale także w naszych placówkach rozsianych po Polsce. Potrafił tego samego dnia święcić warsztaty terapii zajęciowej dla niepełnosprawnych w Chełmku i Trzebini.

Dla Fundacji jego obecność miała wielkie znaczenie duchowe, tak jakby jego osoba była gwarantem słuszności naszych działań, uwiarygodniała je. Podobnie było, gdy prowadził pogrzeby ludzi związanych z Fundacją: założycieli, Stanisława Pruszyńskiego i wspomnianej Zofii Tetelowskiej, a także obojga moich Rodziców, z którymi przyjaźnił się od lat. Myślę, że Kardynał swoją obecnością na cmentarzu chciał dać do zrozumienia, że w pełni popiera to wszystko, co zmarły w swoim życiu uczynił, wystawiając mu wobec świata pozytywne świadectwo.

Wytworzył się zwyczaj, że na świąteczne składanie życzeń zapraszana była do rezydencji kardynała także grupa niepełnosprawnych z Fundacji. Podczas takiej wizyty w 2000 roku podopieczni nie omieszkali poskarżyć się kardynałowi o włamaniu do Schroniska. Kradzieży dokonała zorganizowana szajka. Byłem załamany: przyszliśmy z życzeniami, jeszcze na dodatek była to 50. rocznica święceń kapłańskich kardynała, a nasi podopieczni zawracają mu głowę kradzieżą. Po powrocie do Radwanowic otrzymałem telefon z kurii, żebym szybko przyjechał. Kard. Macharski wręczył mi kopertę z pieniędzmi, które otrzymał na cele charytatywne z okazji swojego jubileuszu, aby nimi pokryć straty związane z kradzieżą.

Fundacja im. Brata Alberta zawsze doceniała to, że wziął ją pod swoje opiekuńcze skrzydła, niejako ją usynowił. Kiedy w 1997 roku zrodziła się idea Medalu św. Brata Alberta, on został pierwszym laureatem. Od tego czasu Macharski osobiście wręczał medale kolejnym laureatom. W 1998 roku Fundacja wystąpiła o przyznanie mu Orderu Uśmiechu. Poza tym został honorowym obywatelem kilku gmin, na terenie których znajdują się nasze placówki, między innymi Zabierzowa, Chrzanowa, Chełmka, Libiąża i Trzebini.

Po mianowaniu ks. Stanisława Dziwisza metropolitą krakowskim Macharski przeprowadził się do klasztoru sióstr albertynek, przy którym znajdują się relikwie św. Brata Alberta. Pomimo emerytury nadal utrzymywał kontakt z Fundacją. W czasie pisania książki "Księża wobec bezpieki" rozmawiałem z nim kilkakrotnie. Widać było, że ta sprawa bardzo go nurtuje. Powiedział mi wówczas wiele ciekawych rzeczy, które wykorzystałem w książce, ale bez powoływania się na niego. Uprzedziłem go lojalnie, co będzie napisane na jego temat i jego współpracowników. W publikacji znalazł się bowiem osobny podrozdział o nim jako duchownym "niezłomnym", gdyż w latach 50. odmówił współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa, za co wstrzymano mu wyjazd na studia do Szwajcarii na kilka lat.

Był prawdziwym "księciem Kościoła", a zarazem dobrym i wrażliwym pasterzem. Niech św. Brata Albert i św. Jan Paweł II, których ścieżkami starał się kroczyć, wprowadzą go do Nieba!