W tej chwili podstawowym priorytetem dla polityków w USA jest utrzymanie stabilności strefy euro i Unii Europejskiej. Wczorajsze przemówienie szefa polskiej dyplomacji było bardzo odważnym krokiem na rzecz stworzenia planu, jak to zapewnić - mówi w rozmowie z Grzegorzem Jasińskim Craig Kennedy, prezes The German Marshall Fund of the United States - instytucji powołanej do promocji współpracy transatlantyckiej USA i Europy.

Posłuchaj wywiadu Grzegorza Jasińskiego (wersja angielska)

Grzegorz Jasiński: Zacznijmy od najważniejszych informacji w tych dniach - kryzysu strefy euro. Prezydent Obama spotkał się wczoraj w tej sprawie z przywódcami europejskimi. Jak wielki może być - pana zdaniem - wpływ tego kryzysu na stosunki transatlantyckie, nie tylko w krótkim, ale i dłuższym czasie...

Craig Kennedy: Myślę, że potencjalny wpływ na te stosunki jest olbrzymi. Nie ma wątpliwości, że pogarszający się stan gospodarki krajów Europy w powiązaniu z problemami ekonomicznymi, które występują w Stanach Zjednoczonych, może doprowadzić jeśli nie do katastrofy, to przynajmniej długiego okresu zamieszania, który byłby niebezpieczny zarówno dla USA, jak i Europy. Sądzę, że istnieje prawdopodobieństwo, że ten kryzys naruszyłby i tak nadwyrężone więzy współpracy obu stron. Miałem nadzieję, że wczoraj Stany Zjednoczone złożą zdecydowaną ofertę pomocy w tej sytuacji - coś więcej niż tylko wyrazy moralnego i politycznego wsparcia. Niestety do tego nie doszło. Musimy więc czekać na to, co się wydarzy.

Kryzys w Europie może skomplikować też sytuację na rynku amerykańskim. Na ile istotna dla rozwoju sytuacji będzie kampania wyborcza prezydenta Obamy?

W czasie kampanii w Stanach Zjednoczonych raczej nie podejmuje się decyzji, mamy skłonność do odkładania ich na potem. Niestety tu mamy do czynienia z sytuacją, w której z tymi decyzjami nie można czekać rok czy dłużej. To pewne ryzyko. Ponadto mam wrażenie, że nikt w Stanach Zjednoczonych, żadna z partii nie ma gotowego pomysłu, wizji, co dalej robić tak z europejskimi, jak i amerykańskimi problemami, związanymi z kryzysem, co zrobić z długiem Europy i naszym wewnętrznym zadłużeniem.

Jedną z koncepcji, które się pojawiają, jest zacieśnianie współpracy europejskiej. Nie wiemy, czy do tego dojdzie. Czy pańskim zdaniem silniej zjednoczona Europa byłaby łatwiejszym czy trudniejszym partnerem USA?

Łatwiejszym. I przy okazji mogę tylko przyklasnąć tezom przedstawionym przez ministra Sikorskiego podczas wczorajszego przemówienia w Berlinie. Silniej zintegrowana Europa, bardziej skoordynowana jej polityka mogłaby - mówiąc wprost - w fundamentalny sposób wzmocnić nasze wzajemne stosunki. Dałaby Amerykanom możliwość negocjowania i porozumiewania się z jednym ośrodkiem decyzyjnym. To byłaby znacząca zmiana.

Pamiętając o historii stosunków polsko-niemieckich, Polska mogłaby jednak oczekiwać dodatkowego wzmocnienia stosunków polsko-amerykańskich jako gwarancji zabezpieczenia naszej suwerenności w obliczu silniejszej jedności europejskiej. Czy Stany Zjednoczone mogłyby tu coś zaproponować?

Szczerze mówiąc, nie sądzę. Polska to bliski przyjaciel USA i Stany Zjednoczone bardzo Polskę cenią, cenią jednak też Europę i Unię Europejską. W tej chwili podstawowym priorytetem dla polityków w USA jest utrzymanie stabilności strefy euro i Unii Europejskiej. Przemówienie szefa polskiej dyplomacji było bardzo odważnym krokiem na rzecz stworzenia planu, jak to zapewnić.

Porozmawiajmy o Rosji. Premier Władimir Putin jest już oficjalnym kandydatem w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Rosja grozi podjęciem kroków militarnych przeciwko tarczy antyrakietowej. Czy pana zdaniem te fakty mogą wpłynąć na amerykańską politykę "restartu" w stosunkach z Moskwą?

Powinny, ale prawdopodobnie nie wpłyną. W roku prezydenckich wyborów, gdy kończy się pierwsza kadencja prezydenta, administracja raczej unika podejmowania wielkich problemów polityki zagranicznej, jeśli tylko nie zostanie do tego zmuszona. Myślę, że administracja prezydenta Obamy jest zadowolona z polityki "resetu", sądzę, że nie uznaje zapowiedzi rozmieszczenia rosyjskich rakiet u granic Europy za poważne zagrożenie, tak, jak być może interpretują to obywatele Polski. Możecie liczyć na pewne wsparcie ze strony Waszyngtonu, ale nie sądzę, żeby zmienił się ogólny ton stosunków rosyjsko-amerykańskich.

Jednym z aspektów stosunków Europy z Rosją jest sprawa bezpieczeństwa energetycznego. To temat istotny także w stosunkach polsko-amerykańskich w związku z odkryciem złóż gazu łupkowego. Czy w najbliższym dziesięcioleciu sprawa współpracy w jego poszukiwaniach i wydobyciu może być istotnym elementem polityki Waszyngtonu?

Sądzę, że będzie bardzo ważnym elementem polsko-amerykańskich stosunków. Jeśli na czymś znamy się naprawdę dobrze, to na pozyskiwaniu surowców energetycznych - ropy naftowej i gazu. Jesteśmy wciąż kluczowym graczem na rynku innowacyjnych technik pozyskiwania gazu łupkowego. Jestem pod wrażeniem liczby amerykańskich firm, które uczestniczą w poszukiwaniach tego gazu w Polsce. To bardzo nas do siebie zbliża. Szczerze mówiąc, dla Polski sprawa udziału firm amerykańskich czy na przykład francuskich ma w sumie drugorzędne znaczenie, najważniejsze jest zapewnienie sobie w ciągu 4-5 lat większej niezależności od gazu z Rosji czy innych źródeł. To jest ważne dla Polski, dla Europy i także dla stosunków polsko-amerykańskich.

Wiele krajów europejskich, w tym Polska, deklaruje chęć wyprowadzenia swoich wojsk z Afganistanu w ciągu najbliższych 2-3 lat. Czy sprawa warunków kontynuowania misji NATO w tym kraju będzie istotnym tematem kampanii wyborczej w USA?

Z całą pewnością. Jak państwo wiecie, prezydent Obama utracił w związku z kryzysem gospodarczym znaczną część poparcia w społeczeństwie amerykańskim. Obszarem, w którym to poparcie jest niezmiennie znaczne jest jego wola wycofania wojsk z Iraku i Afganistanu.

Porozmawiajmy na temat nowego raportu IAEA na temat irańskiego programu nuklearnego. Rysuje on raczej ponury obraz sytuacji. Czy sądzi pan, że USA, UE i Rosja, najpoważniejsi gracze w tej sprawie, mogą osiągnąć porozumienie co do dalszych kroków wobec Teheranu?

Chciałbym, by tak się stało. Niestety Iran nie chce porozumienia. Nie sądzę, by sankcje, czy inne działania mogły go do tego nakłonić. Na obecnym etapie możemy co najwyżej blokować ambicje Iranu, zwalniać ich prace tak bardzo, jak to tylko możliwe. Sądzę, że w tej chwili idea, że uda się osiągnąć z Iranem jakieś wiążące porozumienie, to raczej pobożne życzenie.

Czy sądzi pan, że problemy, o których mówimy, w ostatecznym rozliczeniu doprowadzą do zacieśnienia transatlantyckiej współpracy, czy raczej jednak jej rozluźnienia, jeśli niektóre zmiany ekonomiczne w Europie nie znajdą zrozumienia w USA?

Myślę, że kryzys ekonomiczny tak w Europie, jak i w USA rzeczywiście nieco nas poróżnił. Nie ma co do tego wątpliwości. Przyciągnąć nas ku sobie może kilka czynników. Jednym z nich jest dalsza integracja Europy, która pozwoli Stanom Zjednoczonym bardziej efektywnie współpracować z Unią Europejską jako partnerem. Myślę, że powinniśmy jednak myśleć nie tylko o gospodarce, ale także o wspólnych wartościach i wspólnych celach działania naszych społeczeństw, które tak naprawdę decydują o naszej bliskości. Muszę szczerze przyznać, że często odczuwam frustrację, gdy na różnego rodzaju spotkaniach spieramy się ciągle o inwestycje, wymianę handlową, ewentualnie współpracę wojskową. Tymczasem to, co rzeczywiście nas łączy, to wspólny system wartości, demokracji, wolności słowa i tolerancji, których wciąż nie podzielają państwa w wielu innych rejonach świata. Dopóki nie będziemy mieli przywódców, którzy będą skłonni głośno mówić o tych wartościach i według nich postępować, nasza transatlantycka więź co prawda nie zniknie, ale zostanie zredukowana do rangi zabiegów dyplomatycznych i ekonomicznych, nie zaś prawdziwego partnerstwa...

Jest pan optymistą?

Chciałbym być optymistą, optymizm w sprawie stosunków transatlantyckich to ważny element tego, czym się zajmuję. Ale kiedy w ciągu ostatnich trzech miesięcy podróżowałem po wielu stolicach, dominującym uczuciem był pesymizm na temat przyszłości Zachodu. Są oczywiście i jasne punkty. Kiedy przyjeżdżasz do Warszawy, od razu czujesz energię, optymizm, wrażenie tak wielu możliwości, którego nie odczuwasz w Berlinie czy Brukseli. Chciałbym być optymistą, rozumiem warunki, które muszą być spełnione, by sytuacja się poprawiła. Jestem jednak realistą i wiem, że potrzeba wielu lat, by zmiany strukturalne i także zmiany przywództwa pozwoliły na prawdziwie głębokie transatlantyckie partnerstwo.