1) Nie współpracowałem... 2) Owszem współpracowałem, bo mnie zmuszono... 3) Współpracowałem dobrowolnie, ale nie brałem za to pieniedzy.... 4) Brałem pieniądze, ale nikomu nie szkodziłem...

REKLAMA

Powyższe punkty to przeciętny scenariusz linii obrony w każdej sprawie, w której pojawiają się podejrzenia, że ktoś współpracował z SB. Większość osób, które bronią się przed takimi oskarżeniami, dość precyzyjnie wypełnia wszystkie te punkty (otrzymując przy tym silne wsparcie środowisk tradycyjnie lustracji nieprzychylnych). W swoim przypadku profesor Aleksander Wolszczan pominął pierwsze trzy punkty i chwała mu przynajmniej za to (upominki, czy pieniadze - wszystko jedno). Dzięki temu nieuchronna dyskusja o tej sprawie może od razu skupić się na tym, co najważniejsze.

Miejsce profesora Wolszczana w historii światowej nauki jest niepodważalne, jego zasługi będą pamiętane, a odkrycie pierwszych planet poza Układem Słonecznym być może zapewni mu kiedyś nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki. To czego dowiadujemy się o jego współpracy z SB, każe zadać sobie pytanie, jaka będzie rola i miejsce profesora Wolszczana w polskiej nauce. I tu odpowiedź jest nieco mniej jednoznaczna, a zapowiedź zerwania związków z Polską, budzi pewne zdziwienie. Nikt nie kwestionuje pozytywnego działania profesora dla polskiej nauki w ciągu ostatnich lat. Mam wrażenie, że szczególnie teraz owocna współpraca z polskimi naukowcami, rozwijanie polskiej astronomii, dałoby profesorowi szansę pokazania cywilnej odwagi i woli wyrównania pewnych rachunków. Do tego jednak konieczne jest słowo przepraszam. Nie jest pewne, jak koledzy z uczelni i studenci mogliby na to zareagować, ale być może warto przynajmniej spróbować. To co profesor Wolszczan zrobi teraz (jeśli dostanie szansę) może ostatecznie zdecydować, jak będzie kiedyś postrzegany. Problem w tym, że na razie profesor nie czuje się winny, jeśli już nad czymś ubolewa, to nad tym, że po ujawnieniu prawdy niektóre współczesne projekty już legły w gruzach. Czyja to wina? Prawdy?

Każdy, kto miał cokolwiek wspólnego z polską nauką lat 70-tych, czy 80-tych doskonale wie, jak ważne były wtedy możliwości wyjazdu za granicę. Były ważne po pierwsze dlatego, że nie było tu prawie żadnych możliwości badań naukowych przy użyciu nowoczesnego sprzętu. Były ważne, bo dawały szansę na kontakt z wybitnymi naukowcami, a współpraca z nimi ułatwiała publikacje w prestiżowych czasopismach naukowych. Po trzecie wreszcie (i wcale nie najmniej ważne) wyjazd pozwalał przywieźć sumy pieniędzy, o których nie można było marzyć w kraju. Pamiętam, że w 1988 roku 10-dniowy wyjazd na Uniwersytet La Sapienza w Rzymie pozwolił mi zaoszczędzić równowartość 400 dolarów. Dziś brzmi to śmiesznie, ale wtedy to było mniej wiecej dwa razy tyle, ile w kraju zarabiałem przez rok.

By wyjechać za granicę, trzeba było otrzymać paszport i pozytywną opinię od odpowiedniego POP (czyli podstawowej organizacji partyjnej). W Instytucie Fizyki UJ, w którym studiowałem, a potem pracowałem, POP składała się w latach 80-tych bodajże z jednego profesora, który żadnych przeszkód nie czynił. Po odbiór paszportu trzeba było się zgłosić do smutnego pana w jednym z pokojów w Collegium Novum, który (jeśli podanie zostało rozpatrzone pozytywnie) podsuwał do podpisania kilka formularzy i paszport wydawał. Nie pamiętam dokładnie, ale w tych formularzach poza danymi osobowymi i zobowiazaniem do zwrócenia paszportu po powrocie, było też zobowiazanie do poinformowania odpowiednich organów, gdyby za granicą doszło do próby wciagnięcia nas w jakąś "antypolską" działalność. Nie miałem oporów, by to podpisać, wydawało się czystą formalnością. Nikt mnie po powrocie o nic nie pytał. Może miałem szczęście, że byłem na tyle młody i nieznaczący, by SB nie zawracało sobie mną głowy, może koniec lat 80-tych nie sprzyjał już aktywnemu werbowaniu współpracowników. Z pewnością w latach 70-ch i tuż po stanie wojennym było inaczej. Czy jednak wszystko można tym wytłumaczyć?

Profesor Aleksander Wolszczan nie kryje, że dzięki wyjazdom zagranicznym mógł osiągnąć w nauce tak wiele, jak osiągnął. Być może, gdyby nie współpraca z SB, nie mógłby rozwinąć swoich zdolności. Być może nie moglibyśmy dziś z dumą mówic o "polskiej szkole łowców planet". Być może... Problem w tym, że system, który wtedy panował wykorzystywał ludzi skłonnych do współpracy, by umocnić swoją pozycję. Taka współpraca w środowiskach opozycyjnych była wtedy oceniana jednoznacznie negatywnie. Ci, którzy współpracowali, nawet jeśli nie donosili na innych, zmniejszali szanse "tych innych", którzy nie współpracowali, na awans, wyjazd, karierę. Czy przeciwnicy lustracji zastanawiają się dziś nad losem "tych nieznanych, którzy pogrzebali swoje szanse, bo nie współpracowali", tak samo wnikliwie, jak tych sławnych, którzy "kiedyś dali się wmanewrować"? Nazwisk tych, którzy po prostu odmawiali współpracy, nie wstępowali do partii, nie maszerowali w pochodach, nigdy nie poznamy. Ale to była większość. Czy elementarna sprawiedliwość nie wymaga, by ich docenić? Bo przecież to DZIĘKI ARMII TYCH, KTÓRZY NIE WSPÓŁPRACOWALI, a nie tylko garstce "uwikłanych" odzyskaliśmy wolność. Najprostszą formą docenienia tych cichych bohaterów trudnej totalitarnej rzeczywistości byłoby teraz w wolnej Polsce jasne uznanie, kto miał rację i kto zachował się przyzwoicie. Łatwo powiedzieć, że takie sugestie to tylko głos zawistników, tych sfrustrowanych, którzy nic nie osiagnęli. Problem w tym, że powtarzanie takich bzdur nie sprawi, że staną się prawdą.

Wbrew temu, co liczni zwolennicy "zapomnienia" sugerują, w Polsce nie ma woli tworzenia lustracyjnych stosów, znacznie bardziej widoczna jest wola budowy stosów dla lustracyjnych dokumentów. Prawda o naszej historii wymaga jednak, by jednym oddać sprawiedliwość, a od innych wymagac zmierzenia się ze swoją "uwikłaną" przeszłością. Już dawno mogliśmy mieć to za sobą. Ludzie potrafią zrozumieć, jeśli trzeba - wybaczyć, gdy poznają prawdę. Ukrywanie jej za wszelką cenę sprawia tylko, że po blisko 20 latach wolnej Rzeczpospolitej, spór wokół lustracji okazuje się wciąż NAJWAŻNIEJSZĄ barykadą dzielącą naszą scenę polityczną.

Polska nauka przez 20-cia lat zmieniła się bardzo niewiele i brak lustracji nie jest z pewnością jej najważniejszym problemem. Sprawa profesora Wolszczana pokazuje jednak, że ubiegłoroczny "masowy" protest środowisk naukowych wobec lustracji może mieć swoje drugie dno. Nauka, w przeciwieństwie do polityki, powinna służyć nie "osiaganiu pewnych celów", ale poszukiwaniu PRAWDY. Nie słusznej prawdy, czy jedynej prawdy, ale po prostu prawdy. Czasem bolesnej...