Prezydent Andrzej Duda, którego wybór trzy lata temu przyjąłem z dużą radością, parę razy mnie rozczarował, ale prawdziwą przykrość zrobił mi raz, kiedy zawetował ustawę degradacyjną. Mam obawy, że przykrość zrobi mi ponownie, jeśli przeforsuje przeprowadzenie referendum z pytaniami, które właśnie zaproponował. Pomysł referendum konsultacyjno-konstytucyjnego w tej formie i w tym terminie nie przekonuje mnie od samego początku, po przedstawieniu propozycji pytań przekonuje mnie jeszcze mniej, a właściwie nie przekonuje mnie wcale. Fala negatywnych komentarzy na ten temat przetacza się przez media i internet już od wczoraj, mimo wrodzonej niechęci do płynięcia z prądem, muszę dorzucić do tej fali swoje trzy grosze. Panie Prezydencie, apeluję, by nie iść tą drogą.

REKLAMA

Po pierwsze, idea przeprowadzenia referendum, którego nikt poza prezydentem nie chce, właśnie przy okazji 100-lecia niepodległości wydaje mi się pomysłem małostkowym, aż kłującym w oczy chęcią wzmocnienia tylko własnej pozycji politycznej. W naszej obecnej sytuacji politycznej i społecznej ten akurat 11 listopada powinniśmy za wszelką cenę utrzymać ponad podziałami. Ja wiem, że wybory samorządowe, które muszą odbyć się w pobliżu tego święta, wystarczająco już animozje napędzą, ale sam 11 listopada warto byłoby ochronić przed dodatkowymi napięciami. Zorganizowanie referendum, choćby ze względu na łatwe do przewidzenia przepychanki z frekwencją, tylko doleje oliwy do ognia. Niepotrzebnie.

Po drugie, pytanie obywateli o chęć zmiany konstytucji, czy wprowadzenia poprawek do tej istniejącej nie ma sensu w sytuacji, w której żadnej możliwości zmiany konstytucji przynajmniej do czasu następnych wyborów parlamentarnych nie ma. Jeśli obywatele w swej większości za takimi zmianami się opowiadają, będą mieli w 2019 roku okazję potwierdzić to przy urnie. Jeśli dadzą jakiejkolwiek partii, choćby PiS, większość konstytucyjną, jeśli głosowaniem umożliwią stworzenie konstytucyjnej koalicji (np. z Kukiz'15), to będzie sygnał, że o konstytucji trzeba poważniej porozmawiać. Wcześniej to po prostu nie ma sensu.

Po trzecie, prezydent, by ogłosić sukces, potrzebuje przyzwoitej frekwencji. Wynik porównywalny z 7,8 proc. w referendum jego poprzednika będzie potężną kompromitacją. Nie ma tymczasem dobrego sposobu, by o tę frekwencje walczyć. Drogą do jej podniesienia byłoby postawienie pytań w kilku silnie polaryzujących opinię publiczną sprawach, choćby o aborcję eugeniczną, czy dalsze wzmocnienie pojęcia małżeństwa jako tylko i wyłącznie związku kobiety i mężczyzny. To faktycznie mogłoby zmobilizować głosujących, ale podkręcanie konfliktu byłoby dodatkowo szkodliwe dla obchodów Narodowego Święta Niepodległości, dnia, na którego godnym i radosnym obchodzeniu prezydentowi przecież zależy. W propozycjach pytań takich ostrych i zapalnych spraw praktycznie więc nie ma, a jeśli nawet można się ich tam doszukiwać, to w zmiękczonej, niekonfrontacyjnej formie. To słuszne z punktu widzenia 11 listopada, ale demotywujące z punktu widzenia frekwencji. "I chciałabym, i boję się" w tym przypadku się nie sprawdzi. No chyba, że pomysł jest inny, ale o tym za chwilę...

Po czwarte, prezydent mógłby spróbować "ucieczki do przodu" w sprawach kontrowersji dotyczących konstytucyjności reform sądownictwa. Odpowiednio sformułowane pytania mogłyby - w przypadku potwierdzającej wolę przeprowadzenia tych zmian odpowiedzi - dać dodatkowy argument za ich koniecznością. Przy okazji to też napędziłoby frekwencję. Andrzej Duda jednak ten temat omija szerokim łukiem. Dlaczego?

Mój punkt piąty dotyczy spraw związanych z naszym członkostwem w Unii Europejskiej. O ile pytanie o gwarancje suwerenności w UE i wyższość prawa krajowego nad międzynarodowym jest zapewne najbardziej udane i uzasadnione ze wszystkich, już sprawa konstytucyjnych gwarancji członkostwa w Unii brzmi dziwnie. I to bez względu na pro-, czy antyunijne sympatie. Ponadto w sprawach naszego miejsca w Unii wyborcy będą mogli praktycznie i wiążąco wypowiedzieć się pół roku później, w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tu akurat głosowanie na jednych lub drugich dokładnie pokaże, jakie są preferencje Polaków. Po co więc te wcześniejsze konsultacje?

Po szóste, skrojone pod Kukiz'15 pytania dotyczące instytucji referendum są nierówne, sprawa zatwierdzania zmian w konstytucji z pomocą referendum faktycznie pozostaje do ustalenia, natomiast wprowadzenie obowiązkowych referendów na wniosek miliona obywateli nie rozwiązuje podstawowego problemu, jaki mamy z referendami, frekwencji, potrzebnej by były wiążące.

Po siódme, pytania o sprawy socjalne, poza sztywnym utrzymaniem 500+, czy obecnego wieku emerytalnego, są generalnie nieprecyzyjne i właściwie nie wiadomo praktycznie, co poza ogólną chęcią, żebyśmy żyli zdrowo, długo i szczęśliwie, odpowiedzi na nie miałyby oznaczać. Można je więc odczytywać jako swoisty plebiscyt dotyczący osiągnięć i obietnic Prawa i Sprawiedliwości, pytanie, czy warto to robić na rok przed wyborami parlamentarnymi. I czy powinno się to robić za nasze wspólne, niemałe pieniądze.

Po ósme, pytanie o chrześcijańskie dziedzictwo w preambule może i jest uzasadnione, ale w preambule obecnej Konstytucji RP takie odniesienia są i nie były do tej pory jakimś szczególnie gorącym ogniskiem sporu. Pytanie to może być owszem drogą do zwiększenia frekwencji, ale tylko wtedy, jeśli uda się rozpalić wokół niego odpowiednie kontrowersje. Pozostaje do ustalenia, czy się uda, a przede wszystkim, czy na pewno warto w tej chwili to robić.

I tak dalej, i tym podobne. Nie wiem, czemu ma służyć pytanie o NATO. Nie wiem, do jakich konkretnie działań miałyby prowadzić twierdzące odpowiedzi na pytania o wzmocnienie ochrony rolnictwa, ojcostwa, pracy, kobiet w ciąży, dzieci, niepełnosprawnych czy seniorów. Można oczekiwać, że obywatele byliby "za", ale mają prawo wiedzieć, co owo "za" miałoby w praktyce oznaczać. Tego tu oczywiście nie ma. No chyba, że chodzi o to, by przyciągnąć do urny jak najwięcej osób, zainteresowanych choćby tylko jednym z pytań. Taka walka o frekwencję mnie jednak nie przekonuje. Z kolei sprawa gwarancji jednostek samorządu terytorialnego powinna być przedmiotem debaty przed wyborami samorządowymi i to one powinny sprawę rozstrzygnąć.

Na koniec zostawiam sobie pytanie numer 13, o uprawnienia prezydenta RP. Jego postawienie przed pracami nad nową konstytucją ma oczywiście kluczowe znaczenie, jednak w tej chwili i w tej formie, dotyczącej tylko kompetencji w sprawie polityki zagranicznej i sił zbrojnych odpowiedź twierdząca właściwie niewiele zmieni. Większe znaczenie miałaby odpowiedź przecząca, ale tej chyba Andrzej Duda nie oczekuje. Kolejny raz wypada więc zapytać, po co.

Od zgłoszenia idei referendum 2018 minął już ponad rok. Fakt, że pomysł nie wzbudził wśród Polaków nie tylko entuzjazmu, ale nawet żadnego realnego zainteresowania, powinien dać Kancelarii Prezydenta do myślenia. Nawet jeśli obszerny zestaw pytań ma być teraz po trochu ukłonem pod adresem PiS, po trochu mrugnięciem oka do różnych środowisk, które mogłyby pójść do głosowania tylko po to, by poprzeć jedno z pytań, nic nie wskazuje na to, by miał okazać się sukcesem. Pociąga tymczasem za sobą konkretne koszty. Jestem przekonany, że te miliony można wydać lepiej. W niektórych sytuacjach warto się po prostu wycofać. To przynosi więcej szacunku, niż upieranie się na siłę. Mam wrażenie, że to jest właśnie jedna z takich sytuacji. Liczenie na to, że ludzie pójdą do referendum tylko po to, by nie dopuścić do kompromitacji prezydenta, którego kiedyś wybrali, byłoby bardzo słabe...

(mpw)