Czasopismo "Nature" chwali polska naukę. Nie pierwszy raz zresztą. "Nature" w sprawach nauki jest wyrocznią, jak "Vogue" w sprawach mody, "National Geographic" - podróży, "Variety" - przemysłu filmowego, czy "Rolling Stone" - muzycznego, jego pochwała nie jest więc czymś błahym, nie wartym wzmianki. Wręcz przeciwnie. Dobrze, że "Nature" naszą naukę chwali, choć powinniśmy pamiętać, że to pochwała w pewnym stopniu warunkowa i nieco na wyrost. Od nas samych zależy, czy będzie zapowiedzią rychłego i istotnego przełomu. Oby.

REKLAMA

Najpierw, w ubiegłorocznym zestawieniu jakości badań naukowych "Nature Index" Polska znalazła się na 24. miejscu na świecie. Dostrzeżono, że w latach 2014-15 nastąpił aż 12,7 procentowy wzrost indeksu WFC, obrazującego wkład instytucji naukowych danego kraju do ogólnego piśmiennictwa naukowego we wszystkich dziedzinach. "Nature" umieściło nas na liście "Wschodzących Gwiazd" nauki, wśród krajów, które na tym polu czynią obecnie najdalej idące postępy. Uniwersytet Jagielloński zajął przy tym 69. miejsce w zestawieniu najbardziej dynamicznie zwiększających swoje możliwości i dorobek naukowy instytucji badawczych świata. Uniwersytet Warszawski jest na tej liście 96.

Oczywiście może ktoś powiedzieć, że ów postęp to wynik niskiego poziomu, z którego startowaliśmy. I taka opinia z pewnością będzie miała w sobie ziarno prawdy. Przeszłości jednak nie zmienimy, dobrze więc, że przynajmniej zauważalnie próbujemy zmienić teraźniejszość i przyszłość.

W ubiegłym tygodniu z kolei "Nature" poświęciło polskiej nauce cały artykuł, wskazując, że jesteśmy siłą, którą warto już zauważać. Autor tekstu, niemiecki dziennikarz Quirin Schiermeier zwraca uwagę na to, z czego naprawdę możemy się cieszyć, gwałtowny proces modernizacji polskiej infrastruktury badawczej. W dużej mierze dzięki funduszom europejskim, staliśmy się miejscem, gdzie naukę na najwyższym światowym poziomie można już uprawiać. Zauważa to coraz szersze grono zagranicznych badaczy, co otwiera szanse i na współpracę, i na wspólne publikacje, wreszcie na przenoszenie na nasze podwórko dobrych wzorów. Jeśli dodać do tego rosnące (zbyt wolno, ale jednak) fundusze z naszego budżetu, otwierają się szanse ma dopływ świeżej krwi, który w nauce nigdy nie zaszkodzi. Bardziej realne stają się też marzenia o ściągnięciu na rodzime podwórko polskich badaczy, którzy kiedyś wyjechali, bo nie mieli tu na czym pracować. Teraz już mają. Te perspektywy oczywiście pozostają wciąż tylko szansą, którą można wykorzystać lub nie. Wiele zależy od tego, czy i jak zmienią się tu zasady gry.

Wyważona, rozłożona na lata reforma szkolnictwa wyższego według pomysłu ministra Jarosława Gowina zbiera na razie pochwały (a może raczej, nie spotyka się jeszcze z hejtem i histerią) głównie ze względu na tryb jej wprowadzania i rzeczywiście wszechstronne konsultacje. Ujawniono już szczegóły proponowanych w trzech konkurencyjnych projektach nowej ustawy rozwiązań, gdy we wrześniu ogłoszona zostanie decyzja, który z nich zostanie przyjęty, protestów i kontrowersji zapewne będzie więcej. Może nawet bardzo dużo. Sporów można się spodziewać już wkrótce, przy okazji debaty nad pomysłem prezesa Polskiej Akademii Nauk, prof. Jerzego Duszyńskiego, stworzenia na bazie instytutów badawczych PAN Uniwersytetu, który miałby zająć w światowych rankingach zdecydowanie wyższe miejsce, niż UJ, czy UW. Minister Gowin jest jednak na razie w o tyle lepszej sytuacji, niż szefowa MEN Anna Zalewska, czy minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, że sprawy, którymi się zajmuje wydają się mniej pilne i nie dotykają aż tak wielu obywateli. Kiedy reformy ruszą, szybko okaże się jednak, że interesy starego i nowego będą się ścierać głośno i spektakularnie.

Kolejność wprowadzenia reform edukacji i nauki ma jednak głęboki sens. Sukces reformy szkolnictwa wyższego i nauki będzie bowiem zależny nie tylko od pieniędzy i konkretnych, wprowadzonych przez nową ustawę zmian, ale także od wcześniejszego sukcesu polskich szkół podstawowych i średnich. Od tego, czy uda się wyrwać młodych ludzi z pułapki testomanii, nauczyć krytycznego i - często - niestandardowego myślenia, uświadomić im odpowiednio wcześnie, jakie są ich możliwości i szanse na rynku pracy. Polskie wyższe uczelnie odniosą sukces jeśli trafi do nich lepiej przygotowana, świadoma czego chce, młodzież, a one same będą w stanie sprostać jej wysokim oczekiwaniom. Czy będą w stanie? Jeśli zlikwiduje się utrzymujące się jeszcze powszechnie stosunki feudalne, zniesie choć część narosłej w ostatnich latach biurokracji i uświadomi wielu pracownikom naukowym, że w pogoni za grantami i punktami nie wolno im byle jak odbębniać dydaktyki - być może tak. Część tzw. Wyższych Szkół Gotowania Na Parze przy okazji zniknie, ale przyznajmy, nie ma ich co żałować.

III RP chwali się gigantycznym upowszechnieniem wyższego wykształcenia. Znakomicie. Niestety, zwiększona podaż magistrów nie wpłynęła jak do tej pory nie tylko na naszą innowacyjność, ale nawet na podniesienie ogólnego poziomu naszej codziennej kultury, jakości naszej debaty publicznej i obywatelskiego zaangażowania. Owszem, cierpkie kojarzenie "młodych, wykształconych, z wielkich ośrodków" z "lemingami" jest nieco złośliwe i politycznie motywowane, ale przecież nie całkiem i nie do końca oderwane od rzeczywistości. Ta grupa wciąż młodych ludzi powinna dziś aspirować do miana nowej polskiej elity, tymczasem w dużej części stać ją tylko na bezmyślne powtarzanie tego, co mówi im "elita" głęboko jeszcze PRL-owska. A politycy młodszego pokolenia? Cóż... często sprawiają jeszcze gorsze wrażenie, niż ci, za którymi niedawno nosili teczki. A przecież coś tam studiowali.

Sukces polskiej nauki i szkolnictwa wyższego będzie mierzony nie tylko postulowaną i niezwykle potrzebną innowacyjnością, nie tylko liczbą wdrożeń, patentów, czy publikacji w prestiżowych czasopismach. Wszystko to jest niezwykle ważnym, nawet kluczowym, ale nie jedynym wyznacznikiem kulturotwórczej roli tego, co nazywamy wyższym wykształceniem. Ilościowy postęp mamy już za sobą, pora na nową jakość.