22 lipca 2014 roku ówczesny minister spraw zagranicznych Holandii wygłosił na forum Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych emocjonalne wystąpienie. Cztery dni po zestrzeleniu nad wschodnią Ukrainą malezyjskiego boeinga z 298 osobami na pokładzie szef holenderskiej dyplomacji podkreślał miedzy innymi, że najwyższym priorytetem jego kraju jest bezpieczne sprowadzenie zwłok ofiar lotu MH17, w większości Holendrów, do kraju. Wyrażał przy tym oburzenie, że szczątki ofiar nie były traktowane z właściwym, należnym im szacunkiem. Tym ministrem był obecny wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans.

REKLAMA

Blisko dwa miesiące później Timmermans, na tym samym forum informował, że zidentyfikowano 225 z 298 ciał ofiar, zapewniał, że sprowadzenie do kraju wszystkich szczątków i należących do ofiar przedmiotów osobistych pozostaje priorytetem jego rządu, podobnie jak śledztwo w sprawie przyczyn tragedii i zapewnienie, że winni tej haniebnej zbrodni zostaną osądzeni. Jesteśmy świadomi odpowiedzialności, jaka na nas spoczywa, uczynimy co tylko możliwe, by jej sprostać" - podkreślał Timmermans. "Mój kraj nie spocznie, nim fakty nie zostaną ustalone i sprawiedliwość wymierzona - zakończył.

Nie przypominam słów wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej, by rozliczać go z ówczesnych obietnic. Przypominam je, by zwrócić uwagę na to, że wyraźnie zdaje on sobie sprawę z tego, jak ważne jest traktowanie z szacunkiem ofiar strasznej lotniczej tragedii. Dlatego oczekuję, że jego zainteresowanie sprawą przestrzegania praworządności w Polsce nie pozwoli mu nie zwrócić uwagi na to, jak prawo w Polsce było przestrzegane za rządów Donalda Tuska, bezpośrednio po katastrofie smoleńskiej. I jak wtedy działał polski wymiar sprawiedliwości. Być może łatwiej będzie mu zrozumieć naturę konfliktu w naszym kraju i powody, dla których polski rząd nie mógł poprzeć kandydatury przewodniczącego Rady Europejskiej na drugą kadencję. Nie twierdzę, że moje nadzieje w tej sprawie są jakieś szczególnie duże, zauważę tylko, że pan wiceprzewodniczący mógłby potraktować to jako próbę uwiarygodnienia swej obecnej wrażliwości na sytuację w Polsce.

Najnowsze doniesienia o tym, co znaleziono w smoleńskich trumnach budzą przerażenie już nawet nie dlatego, że Rosjanie mogli to zrobić, ale dlatego, że przez tyle lat polski rząd to tuszował i próbował ukryć. I robił to z poparciem większości mediów i istotnej części społeczeństwa. Nie wiem jakim cudem Donald Tusk i jego podwładni mogli przypuszczać, że ekshumacji nigdy nie będzie, skąd brali przekonanie, że to nigdy się nie wyda. Teraz zmowa milczenia pękła i przypuszczam, że prawda w końcu uruchomi lawinę. Decyzji o tym, by w Polsce trumien nie otwierać rządzący wtedy Polską nigdy nie byli w stanie racjonalnie wytłumaczyć. W obliczu znanych już faktów decyzja ta była nie tylko barbarzyńska i niezgodna z prawem, ale sprzeczna z elementarnym poczuciem przyzwoitości. Nawet jeśli komukolwiek przyszłoby do głowy poważnie traktować dzisiejsze wypowiedzi rzeczniczki rosyjskiego MSZ o tym, że "ich specjaliści w trudnej chwili uczciwie wypełniali swój obowiązek zawodowy", wiadomo dokładnie, że wtedy nie było żadnych, absolutnie żadnych powodów, by w Polsce sekcji nie przeprowadzono, choćby w przypadku ofiar, których rodziny wyraźnie sobie tego życzyły. W tej sprawie rząd Donalda Tuska nie mógł się tłumaczyć żadnymi zewnętrznymi uwarunkowaniami. W każdej chwili mógł to minimum troski o ofiary wykazać, a jednak - z sobie tylko wiadomych przyczyn - rozpaczliwie nie chciał.

W chwili, gdy dominująca narracja się pruje, trudno będzie równocześnie uchwycić wszystkie sznurki i ochronić przed odpowiedzialnością wszystkich "bohaterów" tamtych zdarzeń. Jeśli prawdą jest, że Ewa Kopacz "pojechała do Moskwy opiekować się rodzinami i żadnej innej roli tam nie pełniła" trzeba będzie zapytać byłego premiera, czy ktokolwiek z rządu jakąś rolę tam pełnił. Jeśli po wyjściu z przesłuchania w Prokuraturze Krajowej była premier mówiła dziennikarzom, że decyzje w sprawie sekcji zwłok podejmuje prokurator, a nie polityk, trzeba będzie ówczesnego zwierzchnika prokuratury zapytać, czemu ta decyzja miała służyć. Można wymyślać naprędce jakieś teorie o "zbiorowym pochówku", można próbować jeszcze utrzymać przekonanie coraz mniej licznych o "grze na trumnach", ale trzeba zdawać sobie sprawę, że opinii o "państwie, co zdało egzamin" utrzymać się już nie da. To będzie miało swoje konsekwencje.

W wielu komentarzach do najnowszych, dotyczących wyników ekshumacji, doniesień pojawia się słowo "horror". Jestem przekonany, że coraz częściej jednak powinno pojawić się słowo "ulga". Myślę, że nawet jeśli rodzinom ofiar i nam wszystkim przyjdzie się jeszcze zderzyć z bolesnymi informacjami, u ludzi dobrej woli właśnie uczucie ulgi zacznie powoli dominować. Mam na myśli ulgę na myśl, że polskie państwo wreszcie naprawdę zaopiekowało się ciałami ofiar, że dołoży wszelkich możliwych starań, by zostały pochowane z należnym im szacunkiem, że pomoże rodzinom wreszcie tę sprawę zamknąć. Wtedy pozostanie już tylko ustalenie faktów i wymierzenie - tam, gdzie to możliwe - sprawiedliwości. Dokładnie tak, jak sugerował Frans Timmermans, w końcu nie byle kto, tylko Człowiek Roku czegoś tam czegoś.