Żyjemy w "ciekawych" czasach. Ci, którzy najgłośniej i najwięcej mówią o potrzebie równości, w praktyce coraz wyraźniej stosują praktykę segregacji. I to czasem segregacji na śmierć i życie. Ostatnie tygodnie pokazały to wyjątkowo wyraźnie w dwóch kontrowersyjnych sprawach, in-vitro i pedofilii. Okazuje się, że i w jednej, i w drugiej sprawie można dzieci traktować całkowicie odmiennie, zależnie od tego, jaką tezę ideologicznego sporu tradycji z postępem chce się ich przypadkiem udowodnić.

REKLAMA

Zacznijmy od in-vitro. Obserwacja debaty na ten temat pokazuje, że środowiska liberalnej lewicy dzielą dzieci na te poczęte naturalnie, które przed urodzeniem można zabić i te poczęte metodą in-vitro, które są najcenniejsze na świecie. Przykro mi, że w XXI wieku trzeba kogokolwiek jeszcze przekonywać, że WSZYSTKIE poczęte dzieci są najcenniejsze na świecie. Apeluję więc do wszystkich tych, którzy za metodę in-vitro daliby się pokroić, by swoje ciepłe uczucia pod adresem dzieci poczętych "na szkle" rozciągnęli na wszystkie dzieci, także te poczęte naturalnie. Jestem przekonany, że druga strona sporu, ta tradycyjna, doceni taką zmianę i debata o sztucznym zapłodnieniu stanie się z dnia na dzień bardziej cywilizowana.

To oczywiście nic dziwnego, że dzieci poczęte przy pomocy różnych technik wspomaganego rozrodu, w tym "dzieci z probówki" są w szczególny sposób traktowane przez własnych rodziców. Wytęsknione i wyczekane dziecko zawsze będzie specjalnie traktowane, także gdy pojawi się naturalnie. Okazuje się jednak, że i lekarze inaczej traktują ciąże naturalne i wspomagane. Przekonują o tym na łamach "Human Reproduction" naukowcy z Wielkiej Brytanii i Izraela. Ich badania pokazały, że w przypadku naturalnej ciąży 37-letniej kobiety, 45 procent lekarzy sugeruje wykonanie punkcji owodni, inwazyjnego testu zmierzającego do wykrycia chorób genetycznych płodu. Jeśli dziecko kobiety w tym samym wieku byłoby poczęte z pomocą technik wspomaganego rozrodu, podobny test sugerowałoby zaledwie 19 procent lekarzy. Punkcja owodni zwiększa ryzyko poronienia o mniej więcej procent. Psychologiczny efekt "cennego dziecka" jest jednak aż nadto wyraźnie widoczny. Dodajmy, że to efekt, który nie ma medycznego uzasadnienia.

No dobrze, pora na pedofilię. Tu też mamy do czynienia z dwiema grupami dzieci. Pierwsze to te, które były molestowane lub mogłyby być molestowane przez księży. To grupa specjalnej, ciągłej i nieustającej troski środowisk lewicowych. Żeby było jasne, te dzieci absolutnie na taką troskę zasługują, problem w tym, że ci, którzy ich najgłośniej bronią, zapominają równocześnie o drugiej grupie dzieci, nieporównanie liczniejszej. To dzieci, które były, są a przede wszystkim mogą w przyszłości być molestowane przez pedofilów, którzy z Kościołem nie mają nic wspólnego. One już na taką troskę sił postępu liczyć już nie mogą.

Dlaczego tak twierdzę? To bardzo proste. Widać to nie tylko po komentarzach dotyczących poprzednich "niekościelnych" afer, żarliwej obronie rozmaitych "psychoterapeutów", czy celebrytów, ale też po tym, jak owe środowiska patrzą w przyszłość. Ich ulubiony temat, edukacja seksualna, staje się właśnie instrumentem, który może w przyszłości pewne bariery przełamać. Wszystko jedno, czy w zamierzony sposób, czy nie (ja raczej sądzę, że zamierzony), może sprawić, że w przyszłości liczba dzieci, które "zgodzą się" na kontakty o charakterze seksualnym wzrośnie. Kiedy prawicy opadają ręce z wrażenia po zobaczeniu "stref erogennych" w Centrum Nauki Kopernik, lewica wyśmiewa się z seksualnych fobii. Panie i panowie, może i prawica ma tu pewne fobie, ale wam to seks przesłonił już niemal wszystkie dziedziny życia.

Wiele mówiono ostatnio o decyzji Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (APA), które w swym najnowszym katalogu schorzeń psychicznych uznało, że pedofilia nie musi być zaburzeniem. W skrócie mówiąc uznało, że jeśli pedofil sam nie czuje z powodu swych preferencji dyskomfortu i nikogo nie krzywdzi, jest w gruncie rzeczy normalny. W komentarzu do tej decyzji, dotyczącej zresztą także ekshibicjonizmu, masochizmu, sadyzmu i innych... jakby to teraz powiedzieć... orientacji, padło istotne zdanie komentarza, które pozwolę sobie przytoczyć w całości. "Owa subtelna lecz istotna zmiana sprawia, że dana osoba może za zgodą drugiej osoby podjąć nietypową aktywność seksualną, nie narażając się, że zostanie niewłaściwie określona, jako zaburzona psychicznie". Czyż postulaty uczenia o seksie od przedszkola i podejmowane - także u nas - próby dyskusji o obniżeniu tak zwanego wieku przyzwolenia, nie są sposobem, by ową zgodę drugiej - choć małej - osoby pedofilom zapewnić. APA zapowiada modyfikację swojego stanowiska, pożyjemy, zobaczymy.

Jeden z księży, podsumowując fakt przypisywania całej pedofilii tylko Kościołowi powiedział niedawno, że jeśli to upokorzenie pozwoli zwalczyć pedofilię w ogóle, to sprawa jest tego warta. I ja mam taką nadzieję. Po tym, co liberalne środowiska mówią teraz o pedofilii, żadne próby wprowadzenia jej "tylnymi drzwiami" już się przecież nie powiodą. "Katole" o to zadbają. A tak przy okazji mądrzejszych i mniej mądrych wypowiedzi przedstawicieli Kościoła, czasem warto prócz łapania za słowa, przyjrzeć się także ich treści. Gdy arcybiskup Józef Michalik w rzeczywiście niezręczny sposób wspomniał o znaczeniu rozwodów, powszechnie go wyśmiano. Ta uwaga jednak warta jest refleksji. Amerykańscy badacze ogłosili właśnie, że status materialny związany między innymi z wychowywaniem się w pełnej rodzinie ma kluczowe znaczenie dla ryzyka molestowania dziewcząt w wieku do 17 lat. To ryzyko w lepiej sytuowanych rodzinach spada nawet o połowę, z 12.3 do 5.6 procent. Artykuł w "Journal of Child Abuse & Neglect" opisuje różne przyczyny tego efektu, także wyższy poziom edukacji. I tu badacze zauważają, że pewne indywidualne cechy dziewczynek mogą zwiększyć ryzyko, że padną ofiarą molestowania. Jak jednak podkreślają, nigdy takie przypadki nie są winą dziecka. Jakieś znaczenie rozwody jednak mają.

Upominanie się o prawa wszystkich poczętych dzieci, także tych z in-vitro, które nie mają szansy się urodzić, nie jest żadną fanaberią. Upominanie się o normalny rozwój emocjonalny dzieci, bez sączenia im seksualnej propagandy, bez wystawiania na łup pedofilom spod dowolnych sztandarów, nie jest objawem żadnej fobii. To objawy zdrowego rozsądku. I zwykłego człowieczeństwa.