Jestem przekonany, że państwa powinny zapewniać możliwie jak największy komfort wszystkim swoim obywatelom. Że władze powinny też zwracać uwagę na to, czy jakaś mniejszość nie jest w różnych przejawach życia dyskryminowana. Jestem jednak równie mocno przekonany, że dążenie do dyktatury mniejszości na dłuższą metę prowadzi do rozpadu więzi społecznych, a warunkiem sukcesu społeczności jest stan, w którym to większość generalnie jak najlepiej się czuje. I zachowuje z mniejszościami satysfakcjonującą obie strony równowagę. Poprawność polityczna tej równowadze nie służy. Podobnie, jak nie służą jej próby promocji ideologii LGBT w szkołach czy wymuszania jej na przedsiębiorcach.

REKLAMA

Wbrew tym, którzy twierdzą, że Jarosław Kaczyński tylko czekał na otwarcie kolejnej linii przedwyborczego sporu, uważam, że prezydent Warszawy i jego ugrupowanie sami są sobie winni. Podobnie jak w przypadku pamiętnej próby wycofania się z obietnic dotyczących ulg przy przekształceniu własności w Warszawie, Rafał Trzaskowski postanowił zrobić, co chciał, bez oglądania się na skutki. Trudno, by polityczni rywale nie wskazywali tego jako model przyszłych rządów PO po ewentualnym powrocie do władzy. W sprawie ulg prezydenta szybko przywołano do porządku, z deklaracją LGBT+ będzie dużo trudniej. PO praktycznie nie ma tu pola manewru.

Po zapowiedzi prezesa PiS, że jego ugrupowanie będzie konsekwentnie bronić praw rodziców do decydowania o wychowaniu swoich dzieci, zapanowała po stronie Koalicji Europejskiej wyraźna konsternacja. Nie da się przecież ukryć, że zgadza się z tym przygniatająca większość społeczeństwa. Kontestując to, żadnych dodatkowych głosów się nad Wisłą nie zdobędzie. Powtarzanie, że w podpisanej przez Trzaskowskiego deklaracji nie ma tego, co rodziców wyprowadziło z równowagi, a właściwie dopiero ustali się, co tam właściwie jest, nic nie daje.

Pojawił się więc w niedzielę przekaz dnia o tym, jak to PiS rusza na homofobiczną ścieżkę. A prezes tylko czekał, jak Trzaskowski da mu pretekst. Ponieważ taki przekaz do nikogo poza zagorzałymi wrogami PiS nie przemówi, jego skuteczność tu w kraju jest znikoma. Być może więc był obliczony na kolejną ofensywę "przez zagranicę". Na razie o tym cicho, ale niczego nie wykluczam. Napisanie przez zaprzyjaźnionych dziennikarzy odpowiednio demaskatorskich tekstów musi chwilę potrwać. Ich przetłumaczenie na wiodące języki, by mogły się ukazać w zagranicznej prasie, także. Jeśli się ukażą będziemy wiedzieli, że taką właśnie taktykę wybrano.

O skutkach nietolerancyjnej promocji LGBT, pisałem dwa tygodnie temu, o kampanii oczerniania Polski za granicą przed tygodniem. Nie chcę się powtarzać. Liczę na to, że te dwie sprawy jednak teraz się nie połączą. Byłoby to ze szkodą dla naszego kraju, nas wszystkich i owszem także tych osób z listy LGBT, które po prostu chcą spokojnie żyć. Sprawę rozpętał nierozważnymi działaniami prezydent Warszawy, dobrze byłoby, gdyby jedni zdecydowali się konfliktu nie eskalować, a drudzy dostrzegli, że są granice, poza które ich rewolucja nie powinna wykraczać. W czasie niełatwych i tak kampanii wyborczych nie potrzeba nam kolejnej awantury, potrzeba nam więcej dojrzałości. To mógłby być taki optymistyczny znak, że zaczynamy to rozumieć. I... na tym pozwolę sobie dziś skończyć. Zanim okaże się, że jednak znów byłem naiwny...