Czy lepiej przez 10 lat pracować nad filmem, który na całym świecie zobaczą dziesiatki milionów ludzi i... obejść się smakiem podczas oscarowej gali, czy może przejść do historii filmu, jako twórca najlepszego obrazu 2009 roku, którego... nikt nie widział? Oto dylemat reżysera.

REKLAMA

Rozpatrywanie tego dylematu możemy już spokojnie pozostawić głównym bohaterom wydarzeń w teatrze Kodaka, nam pozostają filmy, o których z takich, czy innych wzgledów będziemy pamiętać. Oba antywojenne, choć każdy na swój sposób. "Avatar" wyraźnie miał "zdążyć" na kampanię prezydencką 2008 roku i okazać się głosem przeciwko polityce prezydenta Busha. Nie zdążył i dlatego niektóre aluzje brzmią dziś mocno archaicznie. "The Hurt Locker" opowiada o wojnie w zupełnie inny sposób, można odnieść wrażenie, że uczciwy i mało propagandowy. Czy to właśnie zmiany politycznych wiatrów sprawiły, że najpierw nigdzie nie można było go zobaczyć, a teraz nagle Akademia Filmowa zapałała do niego głębokim uczuciem? Każdy zapewne może mieć własną teorię w tej sprawie.

Mnie, jako kinomaniaka oczywiście cieszy to zwycięstwo Davida nad Goliatem. Dzięki Oscarom dla "The Hurt Locker" tanich dobrych filmów będzie więcej, a niezależni filmowcy będą mieli więcej odwagi, by zaryzykować. Hollywood równocześnie i tak nie odejdzie od wielkich produkcji na miarę "Avatara", bo zbyt wiele można na nich zarobić. Brak złotych statuetek niczego tu nie zmieni. Na "Avatarze" momentami przysypiałem, "Hurt Lockera" obejrzałem z satysfakcją, ale w obu przypadkach nie jestem pewien, czy będę miał ochotę obejrzeć te filmy po raz drugi. Jeśli już, to obejrzę raz jeszcze "Bękarty Wojny". Mówcie co chcecie, ale przyjemność bycia manipulowanym przez Quentina Tarantino trudno w kinie porównać z czymkolwiek innym.