Nie pamiętam dokładnie, kiedy na nich trafiłem – to był dowolny ciepły wieczór w okolicach krakowskiego Rynku. Wszedłem do knajpy, po znajomości nie płacąc nawet za bilet wstępu. Okazało się, że trwa jakiś koncert. Dziś za Clock Machine zapłaciłbym dużo. Naprawdę bardzo dużo.

REKLAMA

Bezczelnie nazwali płytę "Greatest Hits", choć - przewrotnie - na swoim koncie mieli dotąd zaledwie EP-kę, nagraną po tym, gdy przypadkowo zauważył ich Bardzo-Ważny-Ktoś z Wytwórni. Mówią jednak, że to najlepsze kawałki, jakie w tym momencie mają w repertuarze. Zagrali na Woodstocku, Orange Warsaw, Empik Make More Music, na Rock Open Air czy Festiwalu FAMA. I to nie na jakichś tam małych scenkach - supportowali gigantyczne gwiazdy, rozgrzewali tłumy, o jakich wielcy polscy artyści mogą sobie tylko marzyć.

Najpierw było więc po prostu "Clock Machine EP" z genialnym "Bad Man", którego słuchałem w kółko nie mogąc uwierzyć, że nad Wisłą ktoś potrafi tak składać dźwięki. Potem jeszcze ze dwa koncerty, na które trafiłem - totalne szaleństwo. Teraz jest "Greatest Hits", które spokojnie mogliby wydać za dwadzieścia lat, mówiąc: to nasz materiał, zbierany latami, najlepszy z najlepszych. Ale to tylko ich debiut. Aż strach pomyśleć w tym kontekście, gdzie będą za rzeczone dwadzieścia lat.

Czterech młodych chłopaków z krakowskiego Clock Machine pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy, że to, co się dzieje, nie jest przypadkowym szaleństwem. I pewnie marzyliby, żeby rock nie umarł, dlatego katują nim codziennie swoje trzeszczące gitary, molestują niezwykle punktualną perkusję, eksperymentują z zachrypłym i niezbyt czystym wokalem, wreszcie: testują wszelkie możliwości, by odgrzać rocka, którego znamy już przecież od wieków, ale który ma się nam po prostu nie znudzić w nowych aranżacjach.

Siedziałem ostatnio przy piwie z kolegą, perkusistą innej kapeli, który powiedział: takich młodych muzyków jest dziesięć tysięcy, ale Clock Machine mają to do siebie, że są niesamowicie zgrani, mają głowy cały czas otwarte. Trudno się z tym nie zgodzić, można powiedzieć nawet więcej: wszystko to gdzieś już było, bo chyba samym muzykom nie zależy na wielkich odkryciach, ale cała oprawa sprawia, że "Greatest Hits" to materiał wyjątkowy, świeży, zaryzykować można nawet stwierdzeniem: jeden z kilku najlepszych polskich albumów, jakie ujrzały światło dzienne w tym roku.

Nie ma co kłócić się z faktami: być może o "Greatest Hits" będziemy mówili za jakiś czas tak, jak debiutanckim krążku Myslovitz z 1995 roku, czy o "Pierwszym wyjściu z mroku" Comy - a więc o krążkach, które - jakichkolwiek mankamentów miałyby nie mieć - zmieniły oblicze polskiej sceny rockowej. Więcej, zdawać by się mogło, że otwierający wydawnictwo numer "In The Flames" to kwintesencja siły, która drzemać może wyłącznie w naturalnym środowisku dwudziestolatków. A pokładów mocy na ich debiucie jest w dużej mierze mniej więcej tyle, co na kultowym już "Ten" Pearl Jamu.

Całość podszyta jest oczywiście krzykiem buntu, choć jakby stonowanym (przyzwyczailiśmy się już do tego, że młodzież lubi rzucać błotem, chociaż tutaj raczej wydaje się to być bardziej uzasadnione i zdystansowane, niż w garażowej muzyce setek post-punkowych składów), do tego podbita zaskakującym spektrum eksperymentów brzmieniowych. I nie chodzi o bóg wie jakie wygibasy, zmieniające świat jak pierwszy model iPoda. To poukładane z wyczuciem dźwięki, stawiane z taką gracją, że słuchaczowi robi się zwyczajnie wstyd za falę rocka, którą zachwycali się jeszcze do niedawna, a teraz jawi się już jako płytka papka.

Rzecz jasna, trudno nie zauważyć frontu, wybijającego się ponad przeciętność (ba! ponad ponadprzeciętność), wokalu świetnie kooperującego z instrumentarium, raz kojącego - choć z pewną manierą, ale niepowtarzalną, innym razem budującego nieprawdopodobne napięcie (jak w "Unsent Letter", bodaj najlepszym numerze na płycie), jeszcze kiedy indziej wykrzykującego z wyrzutem w stronę słuchacza (czułem się winny i oskarżany niemal o morderstwo, gdy słuchałem utworu "Broń"), następnie przechodzącego wręcz w falset (w "Swimming In The River"). Ale za głosem stoją jeszcze melodie, świetne kompozycje gitarowe, riffy jak z ciężkich numerów kapel grunge’owych. Perkusja, nagrana z fenomenalnym wyczuciem, być może nawet zasługująca na międzynarodowe uznanie, potem bas - spajający całość, momentami nawet (choćby we wspomnianym przed momentem "Swimming In The River") trzymający cały zespół w równowadze.

I na koniec jeszcze rodzynek, piosenka zamykająca krążek, singiel "Bije dzwon". Jego balladowe brzmienie nastraja na długi i niepokojący sen o wielkiej karierze. "Niektóre marzenia zbyt szybko stają się prawdą" - refren podsumowujący chyba całą dotychczasową karierę Clock Machine.

Ostatnio miałem okazję przywitać się z nimi na radiowym korytarzu. Dzisiaj, po przesłuchaniu materiału z "Greatest Hits" przybiłbym im piątkę. Nawet piątkę z plusem. Chłopaki, przed Wami lata ogromnej kariery i życia w dobrobycie. Ten album to nie tylko "płyta tygodnia", ale petarda ostatnich miesięcy, może nawet lat.

Grzegorz Betlej. W RMF FM od maja 2010 roku. Od dwóch lat w Redakcji Muzycznej RMF FM. Programuje stacje, tworzy serwisy muzyczne, przeprowadza wywiady z gwiazdami. Prywatnie: filmoznawca na krakowskim Uniwersytecie Jagiellońskim.
UWAGA KONKURS! Wystarczy, że do 9 kwietnia do 23:59 na adres redakcja@rmfon.pl napiszecie w TRZECH ZDANIACH, w czym - Waszym zdaniem - tkwi siła polskiego rocka. Najciekawsze - naszym zdaniem - odpowiedzi nagrodzimy albumem "Greatest Hits" Clock Machine!