Oni istnieją naprawdę. Żyją osiemset kilometrów na wschód od Moskwy, w Republice Mari El, zgodnie z pogańskimi tradycjami (wbrew prawosławnym). Jakkolwiek nie chcielibyśmy uwierzyć w historię „Niebiańskich żon Łąkowych Maryjczyków”, musimy przyjąć tę prawdę, którą oddaje nam kino.

REKLAMA

Na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Nowe Horyzonty - Grand Prix. Na GoEast w Wiesbaden - nagroda FIPRESCI. Ponadto liczne statuetki za scenariusz i reżyserię. Czego chcieć więcej, gdy film dostrzeżony zostaje przez krytykę i przez widzów, przy okazji nie będąc mainstreamowym jak "Kac Vegas", gdy nie wyciska łez, nie zawiera spektakularnych scen katastroficznych? Akceptacja ze strony publiki, poparta medalami, mówi sama za siebie.

"Niebiańskie żony Łąkowych Maryjczyków" to dwadzieścia sześć historii kobiet. Krótkich, czasem składających się zaledwie z jednego ujęcia, innym razem będących rozbudowanymi sekwencjami. Niewiasty, przedstawione już poniekąd częściowo we wcześniejszym z filmów Alekseya Fedorchenko, "Milczących duszach", noszą tu imiona zaczynające się na literę "O": jest więc Onya, Okanay Oshanyak, Oshtylech, Ormarcze, Osika, a wszystkie one - głęboko przekonane, że tam, gdzie przeciętny Europejczyk zauważyć może zabobony, one znajdą ukojenie dla swych trosk i kłopotów. I - jeśli wierzyć zapewnieniom reżysera, które składał podczas rzeczonego Festiwalu Nowe Horyzonty - analogii w ich imionach zupełnie nie należy się dopatrywać, bo są one po prostu dźwięczne i brzmiące wyjątkowo kształtnie.

Za scenariusz obrazu odpowiada Denis Osokin, kazańczyk badający maryjską kulturę, studiujący (bezskutecznie) w połowie lat dziewięćdziesiątych psychologię na jednej z warszawskich uczelni. On też - dla reżysera Fedorchenko - cztery lata temu napisał tekst do wspomnianych już "Milczących dusz", równocześnie tworząc - jako szef Rosyjskiego Centrum Folkloru - cykl dokumentów religioznawczych "Sołnceworot", przybliżający światu historię ruskich ludów, częstokroć już zresztą wymarłych. Dlaczego warto o tym wiedzieć? By podczas seansu "Niebiańskich żon" nie odnieść mylnego wrażenia, że ktoś próbuje nam mydlić oczy frapującymi, acz nieco naciąganymi opowiastkami.

Faktem jest, że o zabobonności Rosji (tej dalszej niż bliższej Europie) krążą legendy, o czym świadczyć może różnorodność zaskakujących - z pewnością wykpiwanych przez lwią część widowni - wierzeń podanych w "Niebiańskich żonach Łąkowych Maryjczyków". Mamy więc brzozę, przed którą klęcząca dziewczyna prosi o zniknięcie wszechobecnych na jej skórze pieprzyków; jest roztrzęsiona nastolatka, która swą pierwszą menstruację musi ogłosić światu, grając na gigantycznym trombicie na szczycie wzgórza; zasmucona panna, której zebrane do koszyka grzyby mają wskazać, jakiego męża powinna wybrać; nagie niewiasty oblewające się kisielem; wreszcie mnóstwo wróżek i szamanów, przekonań, że naturze składać należy ofiary, że z klątwami nie należy igrać, a duchy potrafią się zemścić.

Oczywiście, wyjątkowo silnie zapatrzonych w monumentalne wieżowce zachodniej cywilizacji nie przekona krajobraz dziki, do którego nie przywykliśmy w świecie konsumpcjonizmu, pełnego zabieganych i rozsierdzonych szczurów. My - naród doszukujący się w każdej z naszych produkcji kontekstów religijno-historycznych - przychylić ku "Niebiańskim żonom" powinniśmy się mając więc na względzie tło historii ugrofińskich. Jeśli więc w polskiej kinematografii pełno batalii martyrologicznych być musi, odrzeć z przeszłości Maryjczyków również nie można. A warto przecież wiedzieć, oglądając tych dwadzieścia sześć opowieści - choć zabawnych momentami, acz mocno związanych z całym tłem i widmem dramatycznej przeszłości - o rusyfikacji, której poddać się musieli lata temu, nie wspominając już o wielkim głodzie, którego doświadczyli w dwudziestoleciu międzywojennym, czy w końcu o wymordowaniu znacznej części inteligencji maryjskiej przez NKWD.

Fedorchenko słusznie chyba stawia tezę, której nie sposób więc w "Niebiańskich żonach" nie dostrzec: choć nam wydaje się to śmieszne, swoją polemikę odnośnie anachronicznych zabobonów zostawmy z dala od Maryjczyków. Jakakolwiek ingerencja w ich świat, piękny skądinąd (i barwnie - tak w zdjęciach jak i w ludowej muzyce w "Niebiańskich żonach" przedstawiony), zostawmy im samym. Ich świat bowiem nie wkracza butami w nasz - i w odwrotną stronę nie spodziewa się tego samego od cywilizowanej części świata. "Maryjczycy żyją w harmonii z naturą. Rytuały pozwalają im dziękować bogom za tę harmonię" - pisał kilka lat temu we francuskim dzienniku "Le Monde" reporter Alexandre Billette.

Jeśli więc - jak mówił podczas Nowych Horyzontów sam Fedorchenko - film jest ornamentem, opowiada o wszystkich porach roku, o życiu kobiet od dzieciństwa do starości, przyjmijmy go nie mniej, nie więcej, ale w takiej właśnie folklorystyczno-erotycznej formie, w jakiej został nam zaserwowany. I nie próbujmy - co już zauważyć można na licznych portalach poświęconych nowościom kinowym - kłócić się z sensem pogańskich wartości mniejszości etnicznych, choćby mając na względzie ich nieszkodliwą autonomię, którą wypracowali sobie po latach oskarżeń o antysowieckość.

OCENA FILMU: 6/10

Grzegorz Betlej. W RMF FM od maja 2010 roku. Od blisko dwóch lat w Redakcji Muzycznej RMF FM. Programuje stacje, tworzy serwisy muzyczne, przeprowadza wywiady z gwiazdami. Prywatnie: filmoznawca na krakowskim Uniwersytecie Jagiellońskim.