O polskich tłumaczeniach zagranicznych tytułów filmów napisano już chyba wszystko. Problem tkwi jednak w tym, że nawet oryginalne wołają często o pomstę do nieba… Założę się, że wiele obrazów przeoczyli nawet najwięksi kinomani, bo nagłówek na plakatach był idiotycznym, odpychającym sloganem. Przykład? Proszę bardzo!

REKLAMA

Na jednym z wykładów na studiach - był to może przedmiot, na którym oglądaliśmy kino współczesne - profesor pokazał mojej grupie "Podkręć jak Beckham". Czy naprawdę sam sięgnąłbym po dvd, gdybym nie wiedział, że to opowieść o mniejszości muzułmańskiej w Wielkiej Brytanii? Nie, tytuł zepsuł już wszystko, bo ja - o ironio! - nienawidzę piłki nożnej.

Przykładów jest mnóstwo. Za tytułami często nie kryje się ani pół ciekawego ujęcia, dobrego scenariusza, atrakcyjnego obrazu, a ja zastanawiam się, dlaczego więc twórcy produkujący kinowe gnioty nie próbują ratować ich intrygującymi tytułami... Wynotowałem kilka nazw, które sprawnie odstraszają widzów (a prym wiodą tu horrory, w drugiej kolejności zaś - komedie romantyczne): "Dwugłowy rekin atakuje", "Niepokalana osiemnastka", "Atak morderczych pomidorów", "Zmotoryzowane laski w krainie Zombich", "Szybciej koteczku! Zabij! Zabij!", "Zemsta embriona", "Barbarzyńska nimfomanka w piekle dinozaurów" czy "Nazistowscy surferzy muszą umrzeć" (i - naprawdę - wszystkie te są jak najbardziej autentyczne). Jeśli komuś nadal wydaje się, że nazw polskich produkcji nie można zepsuć, pragnę przytoczyć, proszę bardzo: kogo przekonują tytuły "Pokaż kotku, co masz w środku", "Projekt dziecko, czyli ojciec potrzebny od zaraz", "Komisarz Blond i Oko sprawiedliwości", "Polisz kicz projekt" i "Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa"?

Są jednak oczywiście tytuły mniej rażące, a jednak, bez podpowiedzi obrazy mogą umknąć, z powodu czyjejś skomplikowanej wyobraźni, która pozwoliła temu komuś przylepić kinu familijnemu mroczną, rodem z thrillerów, etykietę. Często mówię znajomym o "Bardzo długich zaręczynach", zaczynając swą opowieść od słów: "jest taki film, który ma głupi tytuł, bo to nie jest wbrew pozorom komedia romantyczna, ale...". Po co więc skracać życie obrazom, które mają wstrząsnąć, rozbawić, zaciekawić, a są omijane przez wzgląd na dwa, czasem trzy słowa, które sugerują klimat zupełnie odbiegający od zawartości? Większość widzów nie widziała zapewne ani jednego spośród wymienionych niżej tytułów...

1. "Bardzo długie zaręczyny" (reż. Jean-Pierre Jeunet). Młoda kobieta przyjmuje oświadczyny urodziwego młodzieńca. Piękną miłość przerywa jednak wybuch pierwszej wojny światowej. Odtąd oglądamy skomplikowane losy kolejnych postaci - bohaterów wojennych, jeńców i przegranych, prostych obywateli, żyjących z dala od frontu rolników. Nuta tej sugerowanej tytułem romantyczności przewija się zaledwie w melancholijnych spojrzeniach, gestach pełnych tęsknoty. Postawiłbym ten film w jednym szeregu z "Szeregowcem Ryanem" czy "Byliśmy żołnierzami".

2. "Antychryst" (reż. Lars von Trier). Para w średnim wieku wyjeżdża do domku na odludziu, by tam przeżywać rozterki, podsumowywać życie i mierzyć się ze swoimi lękami. Poza odpychającą sceną seksu, najbardziej przerażają na ekranie... żołędzie uderzające w dach wspomnianego domu, reszta to po mistrzowsku uchwycona natura i wyjątkowe studium ludzkiej natury. Strach w tym filmie widać tylko w oczach Charlotte Gainsbourg. A kiedy oglądałem "Antychrysta" w kinie, zawiedzeni brakiem wątków rzeźniczych fani horrorów wychodzili z sali...

3. "Zabić prezydenta" (reż. Niels Mueller). Filmów o tym tytule było kilka, jednak ten, z Seanem Pennem w roli głównej, to oparta na faktach opowieść o mężczyźnie, który winę za rozwód i niepowodzenia w pracy zrzuca na fakt obejmowania przez Richarda Nixona prezydenckiego stołka. Fenomenalne kino dla tych, którzy poszukują w filmie idealnych połączeń obrazów, gestów, muzyki, załamań świateł, minimalistycznych dialogów. Pościgów, popisów sprawności fizycznej i gadżetomanii rodem z sagi o Bondzie - wbrew tytułowi - jednak tu brak...

Przesłanie? Oglądajmy filmy wbrew kolorowym plakatom.