W kinach pojawił się właśnie "Wałęsa. Człowiek z nadziei". Nim jednak dzieło Andrzej Wajda dotrze pod strzechy, warto przyjrzeć się innym obrazom biograficznym, bo te - mówiąc krótko - nie należą do najmocniejszych stron polskich filmowców.
Z ról wielkich postaci wyrósł już na szczęście Piotr Adamczyk, którego tym razem do spektakularnego filmu realizowanego nad Wisłą nie zaangażowano. Nie zaproszono też Borysa Szyca, choć ekipa brała go ponoć pod uwagę. Być może uznano, że - mimo jego ogromnych zdolności - z doklejonym wąsem i w tureckim swetrze stanie się bardziej karykaturą, aniżeli odtwórcą komicznych czasem zachowań legendarnego przywódcy. Rodzime produkcje mają bowiem to do siebie, że im większą postać staramy się ukazać, tym bardziej się pogrążamy: przerysowany ksiądz w "Popiełuszko. Wolność jest w nas", martyrologiczne, łzawe sceny w "Karol - człowiek, który został papieżem" (nie mówiąc już o kontynuacji, przewrotnie nazwanej "Papież, który pozostał człowiekiem")...
Rodzime produkcje mają to do siebie, że im większą postać staramy się ukazać, tym bardziej się pogrążamy
Daleko nam do wielkich filmów w stylu "Jak zostać królem". Trudno powiedzieć, czy to braki budżetowe plasują nadwiślańskie produkcje na dalekim końcu filmowego peletonu, choć z pewnością nawet z pomocą włoskiego koproducenta twórcy nie byli w stanie zagwarantować widzom choćby przyzwoitego poziomu pseudobiograficzno-historycznego dramatu "Bitwa pod Wiedniem". Tam nie popisaliśmy się ani odrobiną ciekawego montażu, ciała (i to dosłownie) dał też Piotr Adamczyk w roli Leopolda I Habsburga, a reklamowanie obrazu nazwiskiem Jerzego Skolimowskiego, który jako Jan III Sobieski na ekranie pojawia się zaledwie przez trzydzieści sekund, wydaje się być srogim nadużyciem. W "Jak zostać królem" bowiem nie wyłożyli się ani scenarzyści, ani reżyser Tom Hooper (który wcześniej nie miał też specjalnego doświadczenia), montażyści wykonali swoją robotę zawodowo, a Geoffrey Rush i Colin Firth wydali się być dla siebie tak wielką konkurencją, że w każdej scenie odnosi się wrażenie, iż próbują prześcigać się popisami swojego kunsztu aktorskiego.
Czy wina leży w polskim aktorstwie? Nie do końca. Nie dajmy się zwieść rozpowszechnianym opiniom. Borys może i zagrałby dobrze Wałęsę (choć martwiłbym się jedynie o stosunek podobieństwa fizycznego do pierwowzoru), a ci, którzy patrzą na niego przez pryzmat "Kac Wawy" czy "1920 Bitwy Warszawskiej", zapomnieli już chyba o nagrodach, które trafiły do jego rąk za rolę w "Wojnie polsko-ruskiej", nie wspominając już o jego początkach z czasów "Symetrii" czy kultowego już obrazu "Vinci". Problem leży w napompowanych scenariuszach, które wielkością bohaterów próbują zamazać całe tło, jakże ważne przecież dla całych historii. Wydaje się nawet, że udają się nam bardziej próby odwzorowania życiorysów naszych cichych bohaterów. Wielkich postaci się boimy, delikatnie wgryzamy się w ich fascynującą przeszłość, ale nie potrafimy poprowadzić kamery odważnie. Te mniejsze postaci w mniemaniu twórców to materiał na film pod tytułem: och, nikt się nie oburzy, kiedy schrzanimy całkowicie film. Na tych mniejszych biografiach łatwiej pracować, bo można eksperymentować. I zaskakująco - to właśnie małe biografie stają się wznioślejsze, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Dlatego właśnie dziewięć lat temu zrobiliśmy wzruszająco pięknego "Mojego Nikifora", w roli którego Krzysztof Krauze nie wahał się obsadzić fenomenalnej Krystyny Feldman. Z tego też powodu "Jesteś bogiem" jest po prostu dobrze płynącą opowieścią o trzech hiphopowcach z typowych polskich blokowisk, gdzie młodzi aktorzy - w szczególności zasługujący na wyróżnienie Tomasz Schuchardt - nie bali się grać pełną piersią. I właśnie to musiał mieć w głowie Jan Kidawa-Błoński, sięgając po postać Ryśka Riedla, którego sceniczny tryb życia odwzorował Tomasz Kot w "Skazanym na bluesa". Czekam więc też na "Mój biegun" o życiu nastoletniego podróżnika Jasia Meli, który za kilka tygodni będzie miał swoją premierę.
Małe biografie są po prostu łatwiejsze do wykonania
Małe biografie są po prostu łatwiejsze do wykonania. Sean Penn odnalazł blisko sześć lat temu historię pewnego studenta, który uciekając od zgiełku codzienności zaszył się na dzikiej Alasce, by tam żyć w zgodzie z naturą. To zaprowadziło Penna do przedstawienia publiczności swojego filmu "Wszystko za życie", który zdobył zresztą mnóstwo nagród na całym świecie. Podobnie "Capote", chłodna i bezkompromisowa opowieść o wybitnym pisarzu (z bodaj najlepszą w historii kinematografii rolą Hoffmana, który zgarnął za nią niezliczone ilości nagród), czy kolejne filmy ukazujące życia znanych muzyków: "Spacer po linie" o Johnnym Cashu czy "Chłopak znikąd" o Johnie Lennonie. Wszędzie tam udało się stworzyć perfekcyjną historię, opartą na świetnym aktorstwie i przede wszystkim - odważnym scenariuszu. Wspomniane "Jak zostać królem" jest bowiem jednym z niewielu wyjątków potwierdzających regułę. Wielkie historie przerastają twórców na całym globie: twórcy niemiecko-austriackiego "Upadku" z 2004 roku, przedstawiającego ostatnie dni życia Adolfa Hitlera, oskarżani byli przez publiczność o szerzenie propagandy nazistowskiej; "Żelazna Dama" z Meryl Streep w roli głównej to głównie hołd dla wielkiej aktorki, aniżeli postaci, którą ta odwzorowuje; o "Dianie", która swą premierę miała miesiąc temu, zwykło się mawiać, że "po szesnastu latach uśmiercono księżną po raz drugi".
Dlaczego jednak rodzime produkcje, w których próbujemy pokazać największych bohaterów naszych czasów, po prostu wymykają nam się z rąk? Brak nam może światowego rozmachu, którego latami wyuczył się Roman Polański, olśniewając w 2002 roku widzów swoim "Pianistą" o skomplikowanym życiu Władysława Szpilmana. Nie próbujemy też zapewne nieco przymrużyć oka, bo nie każda poważna historia - ot, choćby ta o słynnym reżyserze ukazanym w obrazie "Hitchcock" - musi być przecież śmiertelnie pryncypialna. Pozostaje więc nadzieja, że tak jak Gus Van Sant był w stanie ukazać żywot człowieka walczącego w "Obywatelu Milku", tak Wajdzie uda się obronić "Wałęsę" w mocny, ale nie surowy sposób.