Piąta solowa płyta w jego karierze – choć te wydane pod szyldem innym niż „Roger Taylor” można wymieniać bardzo długo. Zresztą nie krócej, niż ilość nagród, które wpłynęły na jego konto. Oto płyta tygodnia godna legendy: „Fun On Earth”.

Nie znam kogoś, kto nie kojarzyłby supergrupy Queen. Składu prawdopodobnie jeśli nie najlepszego, to jednego z najlepszych na świecie. Mówiło się: Queen miał trzech wokalistów: Freddiego Mercury’ego - najbardziej rozpoznawalną twarz zespołu, a także Briana May’a (na co dzień gitarzystę) i Rogera Taylora właśnie (siedzącego równocześnie za zestawem perkusyjnym).

Trudno byłoby też znaleźć osobę nie znającą "A Kind of Magic". Albo kogoś, kto nie słyszał w życiu instrumentów klawiszowych w utworach Queen, tak charakterystycznych w pewnym momencie twórczości zespołu.

A teraz wszystko wystarczy poskładać w jedną całość i... dojdziemy do wniosku, że od dawna zanosiło się na "Fun On Earth". Przecież skoro Taylor śpiewał (i to całkiem zgrabnie, mając na względzie kilkuoktawowy wokal Mercury’ego u boku), grał na kilku instrumentach i to on wciągnął klawisze do legendarnego składu, skoro to on wreszcie napisał kilka wielkich przebojów, począwszy od "A Kind of Magic" właśnie, to jedna czy druga płyta wreszcie musiała się pojawić.

Ale jest piąta. Nazywa się "Fun On Earth" i od kilku dni leży na półkach w sklepach na całym świecie. Jasne, to nie "News of the World" ani "A Night at the Opera", ale tamte krążki pozostają od lat na listach najważniejszych albumów w historii muzyki rozrywkowej. Poza tym - jeszcze dwadzieścia lat temu do pomocy miał przecież starych, dobrych kolegów. Więc jest piąta płyta, nie tak świetna jak za złotych czasów Queen, ale... i tak jest bardzo dobrze.

Jest na "Fun On Earth" trochę tego, co stare i zapożyczone z własnych nagrań sprzed lat, jest też trochę nowości. Wśród tych wygrzebanych z dna zakurzonej szafy możemy usłyszeć "Say It’s Not True" w melancholijnej, słodkiej wersji. Jest mocne, otwierające zresztą wydawnictwo, "One Night Stand!". Są kawałki znane z dokonań grupy The Cross, którego wokalistą był właśnie Taylor (podobnie ma się historia Dave’a Grohla, który z niezłego perkusisty Nirvany stał się świetnym głosem Foo Fighters, chwytając przy okazji za gitarę prowadzącą).

Nie ma za to na "Fun On Earth" niczego przewrotnego, rewolucyjnego, co mogłoby zdominować rynek muzyczny na kilka następnych lat. Ta płyta jest po prostu dobrze płynącą materią. Bo Taylor zrobił już w życiu naprawdę wszystko, co mógł z siebie wycisnąć jako jedna z legend rocka.

Krążek zapada w pamięć jako całość. Nie pochyliłbym się w stronę krytycznie nastawionej części publiczności, która "Fun On Earth" uważa za niepotrzebny tej jesieni balast. Kilka lat temu bowiem w Wielkiej Brytanii powstał film dokumentujący poczynania Queen, "Days Of Our Lives", z mnóstwem wypowiedzi Taylora właśnie. Odnosi się wrażenie, że on wcale nie chce pokłonów w swoją stronę, nie chce bóg wie jakiej sławy - chce tylko robić to, co go cieszy, będąc zapamiętanym jako naprawdę niezły muzyk. A tego tytułu "Fun On Earth" absolutnie mu nie odbiera.

Płyta utrzymuje się w charakterze dokonań zarówno The Cross, jak i wspominanego wielokrotnie składu promowanego twarzą Mercury’ego, potem jeszcze Paula Rodgersa. Towarzyszący jej sentymentalizm nie przeszkadza, bo zdaje się chcieć utrzymać legendę.

Queen widziałem raz - jestem za młody, by móc pamiętać Freddiego. Zagrali we Wrocławiu, z krytykowanym zresztą Adamem Lambertem na wokalu (który notabene swoje miejsce w szeregu wyczuł i usunął się w cień w najwłaściwszym momencie widowiska). Widziałem za to Taylora, który sięgał po mikrofon na przemian z May’em. To cały czas facet pełen chęci do chwytania za serca fanów. I niech schowają się wszyscy ci, którzy się z jego patrzeniem na muzykę nie zgadzają.