XXI wiek. Jeszcze kilkanaście lat temu wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Tworzenie muzyki opierało się na żywych instrumentach, wokalne eksperymenty kończyły się zaledwie na nakładaniu na siebie kolejnych ścieżek, a ci, którzy cięli i wklejali fragmenty taśmy w pozornie niepasujący fragment melodii, uznawani byli za szaleńców. Jeszcze raz: XXI wiek dotarł wreszcie nad Wisłę. Wreszcie go mamy.

Nie bez przyczyny dopatruję się czegoś wyjątkowego w tym zjawisku. Zalani niedawno krążkami "Piękny koniec" grupy Mikromusic, "Grandą" Brodki czy nie do końca udaną, ale poszukującą - a to niezwykle ważne - płytą "Jaszczurka" Pati Yang, zaczęliśmy wierzyć, że w tym kraju można robić muzykę na światowym poziomie. Zainspirowani czymś, co przypłynęło do nas z Zachodu - może trochę grupami The Knife i Crystal Castles, może dokonaniami takich artystów jak James Blake, na pewno nieobojętni na dwa kolejne longplay’e The xx i lata doświadczenia Phoenix.

Od czasów telewizyjnego "Idola" z 2002 roku wszystko się zmieniło. Postęp technologiczny sunie do przodu bez zahamowań, spojrzenie na produkowanie muzyki stało się skrajnie odmienne, a Tomek Makowiecki nie jest już kolorowym bożyszczem nastolatek, ale panem, który kilka miesięcy temu skończył trzydzieści lat, jest mężem i ojcem, a teraz udowadnia jeszcze jedno: jest inteligentnym i dojrzałym muzykiem. Zrobił "Moizm", który - jak zgrabnie sugeruje tytuł - jest prawie w stu procentach autorskim materiałem artysty, może poza tekstami, których napisanie powierzył swoim przyjaciołom. Muzyka, produkcja są jego. Makowiecki żartował niedawno: Zwijałem nawet kable i stawiałem mikrofony.

Można, rzecz jasna, spotkać się z nieprzychylnymi komentarzami na temat "Moizmu", ale niedostrzeżenie wyjątkowej roli syntezatorów, przenikających się dźwięków, prawdziwych i bolesnych nieraz do szpiku kości, jest raczej ignorancją, aniżeli po prostu brakiem sympatii dla krążka. Nie można odmówić bowiem racji fanom muzyki okołoelektronicznej, którzy zgodnie kupują kolejne płyty wymienionych dwa akapity wcześniej artystów, że ta muzyka jest po prostu na wskroś świeża.

"Moizm" to pulsujący rytm miasta, narastający niepokój, tworzący sprawnie tło dla ciepłego głosu Makowieckiego. "Na szlaku nocnych niedopałków", numer sześć na płycie, słusznie przywodzi na myśl album "James Blake" z 2011 roku, w szczególności "Why Don’t You Call Me", "To Care (Like You)" czy wreszcie otwierające wydawnictwo "Tep And The Logic". Nie widzę zresztą w tym porównaniu niczego zdrożnego, jeśli zważy się na fakt, że "Moizm", zaczynając od utworu "Dziecko księżyca" po "Ostatni brzeg", to materiał w całości oryginalny, choć inspirowany tym, co na Zachodzie obecnie najmodniejsze.

Jeśli weźmiemy poprawkę na to, że w Polsce nikt jeszcze z takim materiałem sukcesu nie odniósł, mając na względzie choćby ex-gitarzystę grupy Muchy, Piotra Maciejewskiego, który elektryzował syntezatorami pod pseudonimem Drivealone (świetnie, ale... bez sukcesu), to Makowiecki ma szansę być naprawdę niezłym prekursorem nowych brzmień nad Wisłą. Bo przecież jego "Holidays In Rome" już gdzieś tam słychać. A na płycie ma jeszcze choćby świetne "Your Foreign Books"...

Mamy dla Was konkurs, w którym nagrodą będą egzemplarze płyty „Moizm” Tomka Makowieckiego!

Pytanie konkursowe brzmi: Jacy polscy artyści mogliby ze swoją muzyką robić karierę na Zachodzie? Uzasadnij w trzech zdaniach, dlaczego właśnie oni.

Odpowiedzi nadsyłajcie do wtorku do godziny 12 na adres redakcja@rmfon.pl, wpisując w tytule maila: KONKURS PŁYTOWY. Najciekawsze nagrodzimy płytami Tomka Makowieckiego!

Grzegorz Betlej