Na ekranach polskich kin pojawił się właśnie melodramat „Życie Adeli – Rozdział 1 i 2”. Na koniec grudnia zapowiadana jest premiera „Nimfomanki” – kolejnego wstrząsającego filmu Larsa von Triera. Zanim jednak zobaczymy te obrazy, musimy przejść prawdziwą rewolucję obyczajową.

Oczywiście, sprawa erotyków trafiających do kin na całym świecie nie podlega dyskusji: wchodzimy do sali za okazaniem dokumentu potwierdzającego naszą pełnoletność, wyrażamy zgodę na oglądanie scen nieodpowiednich dla młodych widzów. Tak jest zresztą z horrorami, tak też było z "Pasją" Mela Gibsona. We francuskich kinach trzynaście lat temu pojawił się obraz wyreżyserowany przez Virginię Despentes, "Gwałt", a bileterzy krzyczeli głośno: wchodzisz na własną odpowiedzialność. W kontrowersyjnych ujęciach przewijały się bowiem kolejne żądne seksu postaci, grane zresztą przez aktorów porno. Nakręcone cztery lata później w Wielkiej Brytanii "9 songs" nie było już tak ordynarne, choć uchwycone z niebywałą dokładnością zbliżenia miejsc intymnych wydawały się sprawnie odstraszać pruderyjną część publiczności, samego filmu zabroniono notabene wyświetlać w wielu krajach (o cenzurze polegającej na wycinaniu klatek nie było mowy, gdyż nagość gościła na ekranie przez blisko trzy czwarte obrazu).

Pomińmy temat filmów z góry przypisanych do kategorii "erotyczne". Problem nagości na ekranie dotknął nieobytą z tematem seksu publiczność, gdy w kinach pojawił się w 2008 roku (w Polsce rok później) "Dziennik nimfomanki". Nadanie odpowiedniego tytułu powinno dać przecież do zrozumienia odbiorcy: "Ej, wiesz po co idziesz, nie czepiaj się, gdy poczujesz się zbulwersowany". Ale kiedy żadne znaki na ziemi i na niebie nie dają nam do zrozumienia, że czeka nas sporo obscenicznych zdjęć.

Wszystko jest jeszcze zrozumiałe, kiedy seks jest uzasadniony. Nie wyobrażałbym sobie "Monachium" Spielberga bez końcowej sceny, w której szczytujący mężczyzna ma w oczach cierpienie, żal, tęsknotę i złość. Perfekcyjne uniesienia w "Fortepianie" Jane Campion są zdecydowanie najwłaściwszym sposobem na ukazanie rozgoryczenia czy smutku. Albo łóżkowe wyczyny w "Mulholland Drive" Lyncha - zmysłowa Laura Harring i delikatna Naomi Watts są jakby bardziej środkami wyrazu artystycznego, aniżeli chęcią spełnienia skrytych marzeń erotycznych scenarzysty. Tych jest z kolei zdecydowanie więcej. Daleko szukać - w "Fuksie" z 1999 roku Agnieszka Krukówna pokazała, można śmiało powiedzieć, więcej niż wszystko, a tym, którym jej nagie ciało umknęło, przypominała się jeszcze w paru kolejnych scenach, następujących po sobie w kilkunastominutowych odstępach. Trudno winić za to samych aktorów, choć ci czytają przecież scenariusze (tu stawiam jedynie wątpliwość nad takimi gniotami jak porno-horror "Dom 1000 trupów"). Wydaje się więc, że panią Bo Derek do zagrania w "Tarzanie - człowieku małpie" namówił nie tekst (scenariusz opiera się na absurdalnym wątku atrakcyjnej kobiety poszukującej cmentarzyska słoni w dżungli, w której przeżyje więcej seksualnych zbliżeń niż wielkomiejska zdesperowana nimfomanka), ale mąż, który... wyreżyserował film.

Abstrahując od tegorocznego filmu biograficznego "Lovelace", przedstawiającego historię Lindy, która zasłynęła z roli w pornograficznym klasyku "Głębokie gardło": scenarzyści łączą - i robią to coraz mniej skrępowanie - przyjemne z pożytecznym. I to dosłownie. Pokazują nam wszystkie wdzięki aktorów i aktorek, chcąc jakby przełożyć na ekran swoje najskrytsze marzenia i kudłate myśli. To zaprowadziło pewnie śliczną Maríę Valverde od ocierającej się o seks postaci nastolatki w "Słabości bolszewika" z 2003 roku, przez nieśmiałe pokazanie piersi w "Pęknięciach", po absolutne obnażenie w "Melissie P". Bo o ile wspomniane "9 songs" już w zapowiedziach epatowało nagością, o tyle ukryte między kolejnymi scenami w komediach czy tragediach podboje seksualne bohaterów mogą odstraszyć widza.

Z naszego podwórka: "Trzeci" z Markiem Kondratem w roli głównej, reklamowany jako nawiązanie do "Noża w wodzie" Polańskiego, to opowieść o parze trzydziestolatków, która zabiera ze sobą w podróż dużo starszego od siebie autostopowicza. Nic zdrożnego, jeśli nie weźmie się pod uwagę wiernie ukazanej sceny miłości fizycznej, otwierającej cały obraz. Albo "Wszystko, co kocham" Borcucha, o zespole muzycznym, działającym w czasie stanu wojennego, z absolutnie prawdziwą sceną zbliżenia młodziutkich Mateusza Kościukiewicza i Olgi Frycz.

Są jeszcze takie scenariusze, które bazują na pożądaniu. Tu nikt nie powinien mieć wątpliwości, że na ekranie pojawią się "te sceny". Wstrząsające "Przełamując fale" wspomnianego już Larsa von Triera, jako historia kobiety, którą sparaliżowany mąż namawia do niewierności; genialne holenderskie "Hemel", o poszukiwaniu własnej seksualności; "28 pokoi hotelowych" o kochankach spotykających się podczas służbowych podróży; czeska komedia "Święta czwórca", o wymianie partnerów między dwoma zaprzyjaźnionymi małżeństwami. Takie próby nie zawsze oczywiście wychodzą, czego przykładem jest z kolei pseudointeligentna "Noc w Rzymie", połączenie seksu i sztuki wyższej, co daje efekt kpiny z widza (ach, to sztuczne zachwycanie się obrazami i nawiązania do mitologii...). Wreszcie "Klip", osadzona w powojennej Serbii opowieść o zbuntowanej młodzieży (choć w krajach byłej Jugosławii seksualność nie jest tematem tabu, a przedstawiony ze szczegółami seks oralny w "Klipie" nikogo tam nie bulwersuje).

Seks jest jednak na ekranie bardzo ważny. "Z zasady jest brudny i niehigieniczny, ale cholernie istotny" - powie bohaterka filmu "Hemel". Opiera się na nim całe życie - tak nasze, prostych odbiorców, jak i wielkich postaci filmowych. Któż wyobrażałby sobie bowiem inne niż poprzez nagość, zobrazowanie tematu "Seksmisji"?

Można o seksie mówić niedosłownie, bo każdy domyśli się, o co chodzi. I tak: w filmach Allena, które obejrzałem - a było ich, jak zliczyłem, trzydzieści dwa - nie dopatrzyłem się nagiej kobiety (albo przynajmniej żadnej nie kojarzę - a już na pewno nie we "Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać"), choć seksualne obsesje są obok lęku przed śmiercią najczęściej powtarzającym się tematem jego obrazów. Albo trylogia "Przed wschodem słońca", "Przed zachodem" i "Przed północą" - przecież o nic innego tu nie chodzi, jak o zbliżenia partnerów, ale nikt nie obnaża się przed kamerą. Zresztą: nieważne, czy aktorka pokaże pół piersi, aktor przyrodzenie, czy scena seksu zobrazowana będzie widokiem błyszczącego na niebie księżyca: kino jest po to, by odwzorowywać życie. Ale, na litość - cytując mistrza rysunku, Andrzeja Mleczko - "obywatelu! Nie pieprz bez sensu"...

UWAGA KONKURS:

Przygotowaliśmy dla Was pytanie konkursowe! Oto ono: "Odważne kino: przyciąga czy odstrasza?" Na odpowiedzi czekamy do poniedziałku, 21 października, do godziny 12:00 pod adresem redakcja@rmfon.pl - tytuł wiadomości KONKURS FILMOWY.

Do wygrania mamy zestaw DVD: filmy "Shortbus" (2006, reż. John Cameron Mitchell) oraz "Drugie życie Lucii" (2010, reż. Stefano Pasetto) - dystrybutor: ADD Media Entertainment".