Dzisiejsze rozmowy pokazały, że politycy nie mają pojęcia, na czym polega praca nauczyciela. Nie szanują nie tylko nas, ale i wszystkich, którzy tworzą system edukacji – a przede wszystkim uczniów i ich rodziców.

REKLAMA

Przeciąganie negocjacji do ostatniej chwili było niewątpliwie zaplanowaną strategią działania, wycelowaną na wywołanie chaosu i zmniejszenie nauczycielskiej mobilizacji. Plan ten jednak przyniósł skutek odwrotny - w moim pokoju nauczycielskim atmosfera jak przed wielkim wybuchem. Ale i ze spokojem przygotowujemy się po prostu do rozpoczęcia strajku. Strajku, który - jestem o tym przekonany - będzie trwał aż do skutku. Najbardziej zdezorientowani i pozostawieni przez rządzących są uczniowie i ich rodzice. Brak nowych propozycji rządu, rozwiązujących problemy "tu i teraz" a nie w 2023 roku, oraz powrót do rozmów w niedzielę o godzinie 18.00 jest po prostu kpiną i dalszym lekceważeniem zaistniałej sytuacji.

Oliwy do ognia dolała dziś Premier Szydło, która swoimi propozycjami jeszcze bardziej rozzłościła środowiska nauczycielskie. W sloganach "zmiany systemowe" mieści się bowiem przede wszystkim kwestia podwyżek dla nauczycieli, przy jednoczesnym podniesieniu jego pensum - czyli godzin, które nauczyciel spędza "przy tablicy". Zwiększenie "tablicowych godzin" oznacza w praktyce zwolnienia i masowe odejścia ze szkół. Jako nauczyciel języka polskiego w liceum już w tym momencie spędzam przy tablicy 20 godzin, ponieważ uczę klasy maturalne, które kończą edukację pod koniec kwietnia. Mając więc mniej godzin w maju i czerwcu, muszę uczyć więcej od września do kwietnia, aby mój etat po uśrednieniu wyniósł 18 godzin.

W sytuacji nauczyciela języka polskiego w liceum propozycja podniesienia realnego czasu pracy przy tablicy do 22 czy 24 godzin jest nie do udźwignięcia. Jedyne przeprowadzone badania czasu pracy nauczycieli już wykazały, że tygodniowo pracujemy średnio 47 godzin. Do "godzin tablicowych" dochodzą bowiem: ciągłe sprawdzanie wypracowań, kartkówek, przygotowywanie się do lekcji, wypełnianie dokumentacji szkolnej, dziennika elektronicznego, kontakty z rodzicami, rady pedagogiczne - a to i tak tylko wierzchołek i wycinek nauczycielskiego tygodnia. Zaprezentowana dziś propozycja jest nie tylko wyrazem zupełnego braku znajomości realiów szkolnych, ale i sprytną próbą sfinansowania naszych podwyżek. W istocie, w dużej części zostaną one pokryte z oszczędności wynikających z nauczycielskich zwolnień. Jest także wyrazem lekceważenia tego, kto w tym systemie jest najważniejszy - ucznia. Bo nie liczmy, że w przyszłości będzie go uczył nauczyciel, który czuje się doceniony i ma realny czas na odpoczynek i regenerację. No to strajk...