​Józio ---> Benedykt

Czwartek, 8 września 2016 (21:16)

Peter Seewald - znany niemiecki dziennikarz - ukoronował swoje watykańskie dzieło. Właśnie ukazuje się jego czwarta książka rozmów z Benedyktem XVI "Letzte Gespräche". Polska edycja dokonana przez Dom Wydawniczy RAFAEL nosi tytuł "Benedykt XVI. Ostatnie rozmowy". Napisałem, że Seewald ukoronował swoją "wywiadowczą" pracę, ale od razu dodam nieco żartobliwie, że żurnaliście nie wystarczyła papieska tiara. 

Albowiem nie poprzestał na trzech koronnych rozmowach z Josephem Ratzingerem. Wcześniejsze wywiady, które ukazały się w formie książkowej, to: "Sól ziemi", "Bóg i Świat" oraz "Światłość świata". Teraz my - czytelnicy w Polsce i na świecie - możemy się cieszyć kolejnym, czwartym już, finalnym tomem. Następnych niestety już nie będzie, o czym autor szczerze pisze  w pierwszym, pełnym melancholii, zdaniu na samym wstępie.

Prolog otwiera wzruszające wyznanie Seewalda: Nadeszło lato, potem zima, a gdy 23 maja 2016 roku wjechałem na drogę wiodącą do klasztoru Mater Ecclesiae położonego w Ogrodach Watykańskich, zrozumiałem, że to będzie nasza ostatnia długa rozmowa. Podkreślam tę sentymentalną aurę, bo w trakcie czytania stale towarzyszyła mi ta smutna nuta. Była istotnym elementem odbioru. Warunkowała tak ton jak i tempo lektury.

Inaczej czyta się tekst skazany na książkowy los ostateczny. Pochłaniałem go nomen omen z większym nabożeństwem, już od pierwszych akapitów wyłapując drobne informacje, symptomatyczne szczegóły i znaczące fabularne fragmenty: Zamiast czerwonych pantofli Benedykt nosił na nogach sandały niczym mnich. Niewielu wiedziało, że przed wielu laty utracił wzrok w lewym oku, a potem do tej niesprawności doszło osłabienie słuchu. Od razu cofnąłem się do strony z fotografią.

Ekran z czarnobiałym konterfektem emerytowanego Ojca Świętego od razu nabrał dla mnie dodatkowych treści i znaczeń. Jak klatka z wyobrażonego filmu "Ecce Homo" ukazała mi wrażliwe człowieczeństwo Namiestnika Chrystusa, na którego spadło brzemię odpowiedzialności za całą ludzkość.  Niepewny uśmiech i szczere, ciepłe, męskie spojrzenie przeczą kłamliwemu czysto medialnemu wizerunkowi Ratzingera jako Pancernego Kanclerza, surowego teologa i strażnika doktryny.

Szczerze wyznam: ja po prostu bardzo lubię Benedykta XVI. Tym uczuciem darzę go już od dawna, zanim jeszcze został papieżem Benedyktem, a jego pontyfikat uważam za wielki czas dla Kościoła Powszechnego. Umysłowy format tego niemieckiego teologa jest dla mnie najwyższej próby, a jego odważne wypowiedzi, często idące w poprzek politycznych i medialnych oczekiwań, ciągle zachowuję w pamięci jako wzór intelektualnej i moralnej uczciwości. Jestem więc tendencyjny.

Katolicyzm ma różne oblicza i twarz następcy Jana Pawła II jest dla mnie duchowym wzorem, ikoną religii, którą pragnę wyznawać, mimo że często nie jestem w stanie sprostać jej wysokim wymaganiom. Jednak, co ciekawe, obraz osoby Bohatera książki Seewalda daleka jest od apodyktyczności i kategoryczności. Więcej, w  rozmowach jako kontrapunkt dla duchowej formacji Josepha Ratzingera przywoływana jest "surowa pobożność XIX wieku", która ukształtowała jego ojca.

Apodyktyczność głowy rodziny Ratzingerów z pewnością odcisnęła jednak piętno na wychowaniu małego Józia: Surowość objawiała się egzekwowaniem punktualności i dokładności. Nie żałował też przykrych słów przy wykroczeniach, których nie wolno się było dopuścić, a nawet potrafił wymierzyć policzek. Wtedy uważano to za normalny środek wychowawczy. Wiedziało się, że trzeba przestrzegać porządku wiary, porządku w rodzinie i prawa w ogólności. Był prawym i uczciwym człowiekiem, bardzo zabiegającym o to, żeby pozostać na tej drodze. A było na niej wiele ‘kolein losu’.

Dramatycznie układały się bowiem losy katolików w nazistowskiej III Rzeszy. Wiedziano, że na dłuższą metę Kościół musi zniknąć, nie będzie duchowieństwa. Dla nas było jasne: w tym społeczeństwie nie mamy przyszłości. (...) Ojciec od dawna określał Hitlera mianem zbrodniarza, ale rzeczywistość osiągnęła tak niewyobrażalne rozmiary, że stała się jeszcze bardziej przerażająca. Swego czasu sporo mówiło się o służbie młodego Ratzingera w hitlerowskim wojsku. Warto jednak zacytować, że jako młody wojak  zdezerterował z Wehrmachtu.

Rozbrajająca jest szczerość tego wyznania: Wciąż się temu dziwię. Wiedziałem, że są warty, że grozi mi natychmiastowe rozstrzelanie, że coś takiego może się tylko źle skończyć. Dlaczego mimo to tak swobodnie poszedłem do domu, nie potrafię już wyjaśnić. Nie wiem, skąd się we mnie wzięła taka naiwność. Przyznaję, że sam tego nie rozumiem. Zapytam brutalnie, wyprzedzając pewnie skojarzenia czytelników niechętnych papieżowi z Niemiec. Czyż jako dezercji nie można potraktować też jego ustąpienia miejsca na tronie Piotrowym?            

Opisał okoliczności swego ustąpienia bardzo szczegółowo i dla mnie przekonywająco w rozdziale zatytułowanym Abdykacja. Dowiadujemy się od Benedykta XVI kiedy nastąpił ten przełomowy moment. Stało się to podczas wakacji w 2012 roku. Stwierdziłem, że podróż do Meksyku i na Kubę kosztowała mnie sporo wysiłku. Także orzeczenie lekarza brzmiało: nie wolno mi już wybierać się za Atlantyk. Zgodnie z harmonogramem Światowe Dni Młodzieży wypadały w Rio de Janeiro dopiero w 2014 roku, ale ze względu na mistrzostwa świata w piłce nożnej przełożono je o rok wcześniej. Stało się dla mnie oczywiste, że muszę wycofać się w takim terminie, żeby następca miał czas na przygotowanie. Tak więc po wizycie za Wielką Wodą stopniowo ‘dojrzewałem’. W przeciwnym wypadku próbowałbym przetrwać do 2014 roku, a tak doszło do mnie, że nie dam już rady. Nie ma w tym więc drugiego dna.

Gazetowi "sensacjoniści" z pewnością poczują się zawiedzeni takim "banalnym" zdrowotnym wytłumaczeniem. Benedykt XVI stanowczo dementuje plotki włoskich mediów, jakoby za rezygnacją kryła się afera Vatileaks czyli skandal z "wyciekiem" tajnych dokumentów z najbliższego otoczenia papieża. Jako nieprawdziwe określa również spekulacje, jakoby za Jego ustąpieniem stały problemy finansowe i intrygi w kurii. Mimo, że Peter Seewald nie cenzurował swoich pytań i przywołał w rozmowie te prasowe plotki, jakoby liczące trzysta stron sprawozdanie z przeprowadzonego dochodzenia okazało się tak szokujące, że nie było innego wyjścia, jak zrobienie miejsca dla następcy. Papież zaprzecza a ja wierzę w każde Jego słowo.          

Agnostycy, czyli ludzie pozbawieni daru wiary, mogą rzecz jasna wyciągnąć z tego odmienne wnioski. Warto jednak samodzielnie zapoznać się z tą książką i nie przyjmować na wiarę tego, co tu piszę, albo nie wierzyć papieżowi tylko na podstawie moich watykańskich aktów strzelistych: Ojcze, Ty wiesz, że Cię kocham. Jak bowiem już napisałem, darzę Benedykta XVI wielką synowską miłością i nie chcę wcale dojrzeć, aby stać się sceptycznym, chłodnym recenzentem "Ostatnich rozmów". Możecie mnie nazwać papieskim dewotem, ale ja byłem po prostu naiwnie wzruszony, kiedy przeczytałem takie wyznanie Josepha Ratzingera:  Jako chłopca nazywano mnie najpierw Josepherl [Józio - przyp. tłum.]. Ale potem, w wieku ośmiu lat, powiedziałem, że tak nie może być dłużej, bo na całe życie zostanę Józiem. Odtąd mam imię Joseph! Ten postulat uszanowano i go przestrzegano. Mimo moich, może nieco infantylnych wyznań, przestrzegam powagi w traktowaniu Papieża - Emeryta. A czynię to w imię Ojca ...               

ROZWIĄZANIE KONKURSU Egzemplarze książki "Benedykt XVI. Ostatnie rozmowy" wyślę do pięciu osób, które jako pierwsze rozwiązały zagadkę. Są to: Jerzy Szpyrka z Krakowa, Romuald Rzeszutko z Warszawy, Tomasz Hermansa z Żor, Mariusz Piecuch z Blizn oraz Rafał Odorczuk z Warszawy. Rozwiązanie brzmiało: PAPIESKA DROGA. Gratuluję! Dziękuję wszystkim uczestnikom zabawy i zapraszam do udziału w kolejnych książkowych konkursach. Pozdrawiam : Bogdan Zalewski.

Artykuł pochodzi z kategorii: Opinie