Dedykowane: Bratu Piotrowi Kantorskiemu

Motto: "A brat Maciej pozostał pełen łaski Bożej, tak że odtąd żył zawsze w radości. I często, kiedy się modlił, gruchał radośnie głosem stłumionym, na podobieństwo gołębia: ‘U, u, u’.  (...) Zapytany przez brata Jakuba z Fallerone, czemu w radości swej nie zmienia głoski, odparł wesoły wielce, że jeśli w jednej głosce wszelkie mieści się dobro, nie ma potrzeby jej zmieniać."

"Kwiatki świętego Franciszka"

Ojcowie Franciszkanie zaprosili mnie ostatnio na spotkanie w klasztorze w Krakowie. Bardzo mnie zaskoczył e-mail od Ojca Jana Marii Szewka. Po zakonnym pozdrowieniu "Pokój i Dobro" i bardzo miłych słowach pod moim adresem, znalazła się prośba o godzinne spotkanie z kilkunastoma klerykami i "podzielenie się z nimi doświadczeniem relacjonowania wydarzeń". Wyraziłem zgodę.

Niestety po chwili jakiś kusiciel zaczął mi szeptać wątpliwości do ucha wewnętrznego: "Nie będziesz przecież stróżem owych Braci!" - strawestował mi kainowe słowa, kpiąc z mojej nowej, szczególnej sytuacji. "Będziesz nauczycielem stylu? Arbitrem dziennikarskiej elegancji? Mistrzem komunikacyjnej skuteczności? Czujesz się powołany, by uczyć ich swego fachu, aby pouczać, że tak źle, a tak dobrze?"

Ingerować swą podejrzliwą, wątpiącą sondą umysłu w otwartą i szczerą, intelektualną pracę duchownych? Biłem się z myślami, nie tylko dlatego, że czułem się bardziej praktykiem niż teoretykiem, pragmatykiem mającym dystans do akademickiej wiedzy na temat dziennikarstwa. Na czele mojej prywatnej listy priorytetów już od dawna nie było prasowych tytułów z ich "leadami".        

Radość przyniosło mi to zaproszenie, ale też poczułem się dziwnie. Cóż ja świecki radiowiec mogę radzić piszącym duchownym? I oto stałem przed szczególną publicznością, składającą się głównie z osób zakonnych. (Były też dwie młode panie, z których jedna zadała mi dojrzałe pytanie). Starałem się zamknąć problemy "redaktorskie" w kilku banalnych w gruncie rzeczy gramatycznych formułach.

Oględnie o formie, więcej o poglądach - postanowiłem. Nie tyle o przesyłaniu, co o przesłaniu komunikatów. Nie byłem więc zdziwiony, kiedy nasza rozmowa zeszła na podstawowe kryterium - PRAWDY. W dobie dyskusji o propagandzistach w mediach o odpowiednich "korzeniach" rodzinnych i środowiskowych sięgających PRL-u słowo VERITAS znów nabiera dodatkowego znaczenia i wagi.

Katolik pamięta przesłuchanie Chrystusa opisane w Ewangelii świętego Jana. Kiedy Jezus mówi: "Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu",  Piłat odpowiada: "Cóż to jest prawda?". Wielu jest dzisiaj Piłatów w  postmodernistycznej, post-politycznej epoce makiawelicznych "lisów" i nihilistycznych "palikotów".

Relatywizm króluje! Ach, powtarzać swym słowem i życiem wygodną łacińską formułę: "quid est veritas?". Prawda jako taka jest przecież przeżytkiem, anachroniczną mrzonką. Liczą się "prawdy" etapu, prawdy dla elit i dla mas, półprawdy, ćwierć-prawdy, prawdy nie-do-końca, pełne przemilczeń i ingerencji cenzury, czyli w gruncie rzeczy, w ostatecznym efekcie - zwyczajne, ordynarne kłamstwa.

Yghhgh! Chrząknąłem nerwowo. Cóż miałem powiedzieć Braciom, że oprócz dziennikarskiej poetyki, powinni przede wszystkim opanować zasady socjotechniki, zapamiętać brudne chwyty erystyki Schopenhauera, wyuczyć się sztuki manipulacji, ideologicznego hipnotyzowania mas, niezadzierania z establishmentem, łaszenia się do nóg bożka Mamony, a także lizania cholew potężnej soldateski?            

Tak zrobiłbym, gdybym chciał się popisać cynizmem, cenionym w tak zwanych opiniotwórczych kręgach. Pamiętacie, co mówił jeden z najbardziej uczesanych, ulizanych? "Ludzie nie są tak głupi, jak o nich myślimy, oni są jeszcze głupsi!" Kwintesencja pogardliwego klerkizmu człowieczka ze świecznika, któremu sznurówki powinna zapętlać pracowita mechaniczna służka- snopowiązałka.          

Yghhgh! Chrząknąłem nerwowo drugi raz, stremowany rozglądając się po zabytkowej sali, wypełnionej duchową elitą naszych czasów, ludźmi którzy mają podtrzymywać w nas sens działań - budować etyczne rusztowania dla naszych życiowych ruder. Jak mówiąc im o roli spójników zbudować z nimi inny łącznik? Brać się za bary z Bralczykiem? Rywalizować z miodoustym Miodkiem?      

Klasztor jako miejsce zobowiązywał. Postanowiłem, że nikogo nie będę tu udawał, że ukażę szczerze, co się we mnie kłębi, dlaczego nic nie pasuje do niczego, i czemu ja nie chcę się do nikogo na siłę dopasowywać. Nie chcę już dzielić życia na prawdziwe, świąteczne, ukryte i to odgrywane na co dzień   przed publicznością. Patrzę na siebie wstecz i wszystko się we mnie łączy. W niewygodnej prawdzie.           

Aż zaprezentowałem szlachetnemu audytorium skomponowany i nagrany specjalnie na tę okazję najnowszy, niepoprawny pod każdym względem, wolny tekst okolicznościowy, w którym zawarłem te swoje dylematy - pracownika niemieckiej korporacji medialnej. Puściłem wodze skojarzeń, bez autocenzury, ale żeby nie popaść w totalną swobodę asocjacji, ubrałem je w klucz liczbowo-literowy.  

Akrostych o porządku oraz nieporządku, ładzie, brzydocie i stanach pośrednich


Posłuchaj performansu

Pobierz prezentację

1. Ordnung muss sein - Ordnung der Heiligen Messe. Porządek musi być - porządek Mszy świętej. Połączyły mi się nagle te dwa niemieckie porządki. Jak do tego doszło? Opowiem niebawem, bo to doświadczenie odmieniło mnie w jednej chwili, ukazując nieznany wcześniej aspekt mego życia. A może życia w ogóle? Kto wie? To pytanie zostawię otwarte. Nie lubię bowiem generalizować. Wolę robić porządki u siebie samego, czyli Bogdana Zalewskiego, tu -wyłącznie  w roli dziennikarza. Moim zadaniem jest ukazać ład słowa mówionego i pisanego.

2. Rozpatrzę najpierw niemieckie przysłowie. Co znaczy w kulturze naszych zachodnich sąsiadów powiedzenie: "porządek musi być"? To najbardziej znany stereotyp, który ma najlepiej oddawać istotę germańskiej cywilizacji. Warto jednak przypomnieć, że Niemcy mają dowcipne, autoironiczne rozszerzenia tej językowej kliszy. Dziewiętnastowieczne powiedzonka mogą zaskakiwać odwrotnością słynnej teutońskiej dewizy. Zawierają życiową mądrość, która z typową niemieckością raczej się nie kojarzy. To jakby miękka, słowiańska  podszewka odprasowanego niemieckiego munduru. Nagle więdnie sztywny kant ... spodni.

3. Druga część przysłowia brzmi  "Ordnung muss sein, sagte Hans, da brachten sie ihn in das Spinnhaus." Po polsku brzmi to tak: “Porządek musi być - rzekł Hans - więc zaraz zabrali go do domu wariatów." Inne motto brzmi następująco: "Ordnung ist das halbe Leben" co znaczy “porządek to połowa życia". Humorystyczne dopowiedzenie? "Und Unordnung die andere Hälfte" - a nieporządek to druga połowa. Jest jeszcze jedna sentencja: "Wer Ordnung hält, ist nur zu faul zum Suchen". W tłumaczeniu : "Kto dba o porządek jest zbyt leniwy, by poświęcać czas na poszukiwania". To moja ulubiona złota myśl. Świeci jak złoto i wciąż mi przyświeca.

4. Niemcy więc nie są aż tacy porządni, jak się ich maluje. A jeśli nawet są, to niektórzy z ich narodu zdają sobie sprawę do czego prowadzi szaleńcze porządkowanie. Nie będę się wyzłośliwiał i przywoływał tragicznych doświadczeń XX wieku, kiedy germańskie poczucie ładu doprowadziło do kompletnej ruiny nasz Stary Kontynent. Nie chcę rozpisywać się na stare tematy, czym kończy się sprzątanie na hitlerowską modłę. Nie zamierzam wypominać im ciągle, jak usuwali ze świata ludzkie śmieci, czyli nas podludzi - Żydów, Słowian i Romów. Ta kolejna podszewka słowa Ordnung- już nie humorystyczna, a makabryczna- to eugenika.

5. Ustawiczna obsesja wyrównywania, ociosywania, redukcji zbędnych elementów, panowania nad całością kompozycji i jej poszczególnymi częściami,  usuwania złogów, nieudanych partii, rugowania nieregularności, przykrawania do sztancy, modelowania i trzymania się ściśle danego raz na zawsze wzorca, skrawania i wygładzania, ciągłego ucierania i homogenizacji, glajchszaltowania i cenzurowania, spychania na margines, wycierania gumką, skazywania na zapomnienie za niepasowanie do totalnej wizji, potępiania za spontaniczność i zdolność do swobodnego improwizowania, karania za feerię kolorów - to jest czyste szaleństwo, to obłęd.

6. Neurotyczne zachowania byłyby podświadomą podstawą sztuki poetyckiej? Natręctwa myślowe należałoby uznać za pożywkę mnożących się reguł retorycznych? Czyżby zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne były ukrytym rezerwuarem teorii struktur literackich? Kompulsje to przecież rodzaj rytuałów, tylko obarczonych piętnem patologii. Czyż nie jest tak samo chorobliwe dążenie za wszelką cenę do uporządkowania naszego spontanicznego mówienia i pisania? Narzucać sztuczne symetrie i idiotyczną numerologię to pastwić się nad tekstem. Czy słowa nie mogą  tryskać z nas - ot tak- jak z radosnego, naturalnego źródła, wprost z serca?

7. Gdyby tak porzucić wszystkie sztywne reguły pisania, stworzyć nowy dziennikarski kanon, zmienny, momentalny, narzucający zasady, by je po chwili porzucać, taka stereotypowa niemieckość przechodząca za moment w niemotę, milknąca w obliczu utraty monopolu, oddająca pole innej poetyce, która króluje w kolejnym fragmencie, tylko we fragmencie i nic ponadto, bo oto kolejne metody segmentacji tekstu, podziału na znaczące części i wyróżniania dochodzą do głosu, by znów oddać pole szerzącej się wszędzie polszczyźnie nieplewionej, pleniącej się jak dzikie chaszcze, chwasty rozmaite, słowa bez ładu i składu?            

8. Mowa ma to do siebie, że lubi do siebie mówić, zapomniawszy o temacie zewnętrznym, narzuconym z góry. Czy pamiętamy jeszcze od czego zaczęliśmy naszą przemowę zanim przeszła w atematyczną improwizację pozbawioną ustalonej tonacji? Zanim wyrwała się spod kontroli, by przejść w jakąś lingwistykę chaosu, tworząc językowe fraktale, po to tylko by wyzwolone litery zajmowały miejsce na stronie, a słowa - czas coraz bardziej oszołomionych słuchaczy, otwierających usta ze zdumienia, jak możliwy jest taki tupet, by mówić tak, aby nic nie powiedzieć, by perorować  tak, by nic z tego nie zostało, bo nie ma nic prócz samej mowy.                 

9. Uprzyjemniałem wam jeszcze do niedawna czas niemieckimi anegdotami, ale tak naprawdę nie wiem, po co je opowiadałem. Potraktujmy je jak czystą formę, rodzaj relaksu od codziennej pisaniny, która charakteryzuje żałosnych żurnalistów, udających, że o coś im chodzi. Niestety od dawna nie chodzi już o nic. Pozostała tylko służba propagandzie, ustawianie wyrazów i zdań w rzędy, jak na apelu ku czci. I nie ważne w czyim jest hołdzie, na czyim żołdzie, to robota za pieniądze, drugi pod względem wieku zawód świata, budzący tylko zawód. Dlatego zamiast ideologicznego kondotierstwa, wolę tę beztroską grafomanię.                   

10. Staracie się podążać za mną? Przeczuwacie moje intencje? Rozumiecie co chcę Wam zakomunikować, tym komunikatem tak dalekim od Waszych oczekiwań. Bo czego się spodziewaliście? Że przyjdzie do Was ktoś kto odkrył na czym polega współczesne dziennikarstwo, kto ujawni jakieś arkana komercyjnego sukcesu, kto jak alchemik zdradzi wam kamień filozoficzny-  lapis philosophorum dziennikarskiej profesji, jakąś  substancjalną wiedzę zamieniająca teksty nieszlachetne w teksty szlachetne, świecące złotymi myślami, błyszczące przykładem i błyskotliwe jak żadne inne? A tu tynktury brak, atrament wysechł!         

11. Słuchacie skrajnego sceptyka. Nie ma żadnego powodu sądzić, że istnieją jakiekolwiek recepty na tekst, który będzie wypływał z waszego wnętrza, a jednocześnie trafi do największej liczby innych wnętrz, więc lepiej od razu nie zawracać sobie tym głowy. Jestem dokładnie w jednej trzeciej  mojego performansu tu przed wami,  szlachetnym audytorium, i lepiej żebyście od razu stracili nadzieję, że ktoś obcy może ukształtować wasz styl, że dostarczy wam bodźców, inspiracji, wskazówek, przepisów, nic tylko czerpać, co to to nie! Możecie sobie oczywiście przeczytać powiedzmy, dajmy na to, na ten przykład ... podręcznik.                

12. Starajcie się przeczytać jak najwięcej podręczników, czytajcie podręczniki dziennikarstwa codziennie, najlepiej po kilka jednocześnie. Jest ich  dużo, dużo za dużo, życia wam nie starczy, jeżeli pozwolicie sobie na komfort lektury jednego tomu za drugim. To musi być akademicka symultana, tom obok tomu, tu strona, tam strona, tu definicja w ramce, tam infografika  intonacji, tu semantyka i leksyka, tam genealogia i frazeologia, obok zaznajomienia się z gatunkami, trzeba zgłębiać reguły składni, oprócz nauki idiomów, trzeba w jednym czasie zapoznawać się z retoryką tekstów. A przecież jest jeszcze new journalism!            

13. Ekspert do spraw reportażu poleci wam na pewno jeszcze new NEW journalizm, jeszcze nowszą odsłonę eksperymentalnego dziennikarstwa, wykorzystującego awangardowe chwyty literackie. Specjalista w tej dziedzinie będzie was namawiał do malowania scen zamiast klasycznej opowieści, umieszczania w całości dialogów w mowie potocznej, stosowania narracji trzecio-osobowej,  z punktu widzenia jakiegoś Onego lub Onej. Profesor nowego ego dziennikarstwa będzie was zachęcał do podawania mnóstwa szczegółów z codzienności.   

14. Intrygujące jest łamanie wszelkich przyzwyczajeń ze świadomością, że babrając się w magmie niewiadomego mamy szansę stworzyć  przyszły kanon mody, oczywiście nie w tekstyliach, a w tekstualiach. Któż nie chciałby przejść do historii gatunku, trafić do Wikipedii, a może zasłużyć nawet na wirtualne hasła w obcych językach? Czy chcemy wciąż podążać w ariergardzie, skazywać się na epigonizm, czy od razu brać się za wykuwanie nowych wzorców z pisarskiego Sevres? Każdy tekst niech będzie nowym miękkim pomnikiem, krzepnącym w przyszłym spiżu. Czy nie macie wrażenia,  że właśnie go tworzę? A to nawet nie jest wstęp !

15. Nie ma sensu zaczynać pisać bez świadomości, że to jest tekst ostatni, najważniejszy, summa wszystkich naszych przeszłych literackich doświadczeń. Każda nawet najmniejsza notatka powinna być testamentem dla przyszłych pokoleń, przesłaniem dla kolejnych generacji. Zobaczcie: oto ja, tu i teraz, ale jednocześnie zawsze i wszędzie, roztopiony w masie innych pism, wypływających z pierwotnego źródła. Totalna energia twórcza musi być wyzwolona bez względu na rangę pisarskiego przedsięwzięcia. Oto szumne ogłoszenie prasowe, nekrolog  o randze epickiej sagi, oto SMS gęsty od wysysanych znaczeń jak narracyjny kosmiczny karzeł!

16. Uniwersalne teksty są na początku kropką w morzu semantycznych potrzeb. Rodzą się z drobnej anegdoty, o której na pewno jeszcze opowiem, aż w końcu ją opowiem, mimo że tak daleko odbiegłem od pierwotnego zamysłu i waszych najskrytszych nadziei. Przyznajcie się przed samymi sobą, że już sprawiłem wam ogromny zawód, ale też bez tego uczucia nie da się zrozumieć zawodu dziennikarza. Wszystko, co w nim najlepsze rodzi się w oporze przeciwko jego podrzędnej roli. Wszystko, co w nim żywe polega na nieuleganiu śmiertelnym groźbom terrorystycznych teorii. Paradoks: to terroretyzowanie wymaga  totalnej kontroli!

17. Nareszcie zatoczyliśmy hermeneutyczne koło. Doszliśmy po okręgu do punktu wyjścia, czyli do tezy, od której odbiegliśmy, nie wiedząc, że i tak do niej wrócimy. Zauważcie: żeby nie ulegać szantażowi prawodawców  teoretyków, wrzeszczących nam do słuchawki ucha swoje kanoniczne żądania, musimy w naszej twórczości wprowadzić stan wyjątkowy, etap wyjątkowej czujności, a to wymaga nadzwyczajnych środków literackich. Podsumujmy: nie mamy już żadnych teoretycznych założeń, przedustawnych harmonii, porzuciliśmy każdy zewnętrzny wzorzec, przebyliśmy już etap językowej i tematycznej anarchii. A więc? Co dalej?

18. Dalej są tylko odśrodkowe napięcia tekstu i jego wewnętrzna logika. To on sam nas prowadzi ku swemu własnemu celowi, z  niezwykłą dyscypliną, o którą nie podejrzewalibyśmy go wcześniej : pełna mobilizacja, wybiegają na kolejne place stronic karne szeregi wyrazów. Wyrazów wszystkiego, co istotne w danym momencie. Tak jak teraz - w tej odradzającej się pewności każdego słowa i linijki - że wszystko zmierza do nieuniknionego końca, być może pięknej katastrofy, cóż, jesteśmy przecież gotowi na wszystko. Nie wątpimy już w nasze siły. Czerpiemy energię z własnego przedsięwzięcia i nie ulegamy już ułudzie cudzych wpływów.

19. Oto efekt błądzenia, odzyskana pewność trasy tekstu, wykarczowaliśmy spory kawałek chaszczy polszczyzny, czujecie, że już za chwilę pojawi się utęskniona anegdota? Bo co z tą niemiecką mszą, od której zaczęliśmy? Gdzie ta teutońska parabola jak z "Procesu" Franza Kafki z kapłanem przemawiającym w pustej katedrze wyłącznie do Ciebie, gdzie ta germańska agrafa z Jezusem i jego intrygującą niemczyzną? Gdzie się skryła? W której wewnętrznej kaplicy odbywa się duchowe święto, rytuał echa w starych murach świątyni człowieczego ciała, powtarzający wciąż tamtą skromną ofiarę w kościele świętej Barbary? Szukajmy nadal!

20. Rozglądajmy się każdym słowem wokół. Tańczące wyrazy obracają się wokół własnych osi, jak głowy dookoła szyi. Nawet jeśli nie uda nam się odnaleźć poszukiwanej mszy dziennikarstwa, odkrywamy symetrie, już nie narzucony, a nasz własny porządek gnomiczny. Oto gnomony wbite w nasze słowa, jak te na zegarach słonecznych rzucają cienie na godziny umieszczone na ceglanych kościelnych murach. "Czas ucieka, wieczność czeka." To jedyna maksyma, papieski klucz do sukcesu, rozumianego inaczej niż komercyjna blaga głupich bogów świata tego. Bo my nie panny głupie z tabloidowych pseudoewangelii. Nasz news to Dobra Nowina.

21. Drogą jest Chrystus, Prawda i Życie, Pokój i Dobro. Nasza Ars Poetica to wzorce zapisane przez świętych - Marka, Mateusza, Łukasza i Jana. Nasz znak mnemotechniczny to swoisty krzyż. Na górze orzeł, na dole człowiek, na lewo wół, po prawej lew. Pisz orlim piórem, ze skrzydła wyrwanego chrześcijańskiej polszczyźnie, bądź ludzki dla ludzi, jako dla siebie samego, lecz nie bój się sobie narzucić zwierzęcego jarzma, to co pociągowe też może być pociągające, zawsze idź przy tym drogą dumnego lwa, nigdy nie przyjmuj na siebie roli makiawelicznego lisa. Zostaw to redaktorom-reduktorom masowej destrukcji. Lis to ich los.

22. Nauczaj tak jakbyś uczył siebie samego, sam masz słuchać wewnętrznego głosu jedynego Nauczyciela. I tyle. Nie ma co więcej prawić "kazań". Pamiętamy jednak zawsze o literackim przesłaniu i o anegdocie, która wciąż jakoś nie może nam się narodzić. Podążamy jak trzej Magowie za nią jak za jaką jasną gwiazdą, pulsującą na dalekim horyzoncie. Światło ze Wschodu, Lux ex Oriente? Orientacyjnie wytyczyliśmy sobie szlak ku stajence, która jest dzisiaj w każdym kościele. Na wschodzie i zachodzie, północy i południu. Żywa szopka w odróżnieniu od tych codziennych szopek urządzanych przez celebrytów cywilizacji śmierci.   

23. Usłyszałem ją na przystanku przed krakowską Filharmonią i zobaczyłem jej blask jak przez dłonie, czarne dłonie drzew na Plantach poubierane w rękawice chroniące od zimna, bezlistne, marznące, marzące o przeszłej i przyszłej zieleni, zakwitły nagle polskimi kolędami, najwspanialszą miejską iluminacją, soczystym światłem wypływającym nagle we mgle na powierzchnię, światłem płynącym wprost z naszych ojczystych korzeni. Dotarła do mnie ta najbardziej  kanoniczna "Pieśń o Narodzeniu Pańskim", ze spiżowymi słowami "Bóg się rodzi, moc truchleje, ogień krzepnie, blask ciemnieje". Zawisł mi na choinie łańcuch oksymoronów.

24. Nagle zrozumiałem, że miejskie światełka, druciane rozświetlone anioły z trąbami, ledowe, lodowe gwiazdki, iluminowane strużki spływające po strzelistych topolach byłyby tylko bezbożnym blichtrem, neopogańską celebracją solipsystycznej pustki, bezdusznym wielkomiejskim szumem informacyjnym, zimnym echem w rezonansowym pudle, jak w piersi Fausta, albo w brzuchu czarnego, czarciego pudla, gdyby codziennie na całym świecie nie pełgała wbrew łgarstwom chrześcijańska Prawda, odpalana od żywego płomienia Chrystusa, zrodzonego, a nie stworzonego, który umarł, a żyje -życiem mężczyzny prostego jak świeca.

25. Gorejący krzew zajarzył mi na krakowskich Plantach podczas żywej szopki przed Bazyliką ojców Franciszkanów i na pewno nie było to żadne złudzenie optyczne. Kryterium prawdy mamy bowiem wmontowane w serce, w sumienie, we wnętrze, które za każdym razem reaguje na takie świetlne fenomeny swoistym tropizmem, serce wyrywa się z piersi ku iluminacji, łaknąc takiego serdecznego światła jak kania dżdżu, jak bogobojna panna młoda Kany Galilejskiej. Stałem na przystanku przed Filharmonią i czułem jak polskie powietrze przemieniło się w tamto śródziemnomorskie, i Dafnis w drzewo krakowskie przemienieła się.

26. Drzewo dobrego, tylko dobrego, ta nasza bożonarodzeniowa, polska choina, bo jej dekoracje, jak czytamy w świętych książeczkach, libellach symbolicznej dendrologii, nigdy nie były przypadkowe: łańcuchy oznaczały zniewolenie grzesznymi myślami i czynami, ale też zadzierzgnięte mocniej więzi rodzinne; gwiazda na czubku to oczywisty znak tej Betlejemskiej, ale i latarnia morska- Stella Maris- dla tych członków rodziny, którzy wciąż nie mogą powrócić na jej łono i błąkają się po świecie niczym Ulisses. Ten mój tekst błądzi tak nadal, kontynuując odyseję świeckiego dziennikarstwa ku Itace Harmonii Sakralnej czyli IHS.

27. Eklezja miałaby być dzisiaj znowu tylko zgromadzeniem ludowym? Demokracja miałaby sprowadzić Kościół Święty do jeszcze jednego ciała ustawodawczego w globalistycznych planach piewców Nowego Światowego Porządku? Nie o taką powszechność przecież chodzi w Kościele Katolickim, by sprowadzać go wyłącznie do ziemskiego wymiaru na miarę tak ograniczonych duchowo polityków. To powinien być cel dziennikarstwa, ratować prawdziwy uniwersalizm zwalczany przez zadufanych w sobie mondialistów, budujących wieże Babel, jedną na drugiej, na ruinach, wciąż na ruinach i znów na ruinach, na wieki wieków.  Amen.

28. Radykalizm gnostyckich herezji sieje grozę i zbiera gruzy. Ileż już było apokalips, a jeszcze nie przeżyliśmy tej ostatecznej, wieszczonej w Objawieniu świętego Jana, na końcu historii, gdy nagle urwie się świecki czas, zapętlony w powrotach zbrodniczych ziemskich rewolucji. Czyż nie należy każdym dniem przygotowywać się na ostateczność, choćby w podświadomości każdego tekstu, niby znak wodny, fideistyczny filigran, umieszczać na nim imiona Aniołów Zagłady i Zbawienia, milczące podwójne piętno, medalion egzorcysty chroniący od wpływów złego ducha, który też bywa zwykle subtelny, tylko że tak czarowny, taki hip-hip-hypnotizing.

29. Miłość jest odpowiedzią na jego przymilanie się, miłość zbrojna w miecz, amor sacro z orlim piórem w dłoni, z laptopem - dalekim potomkiem inkaustu i kałamarza, ale cywilizacyjne więzi rodzinne pozostały, pokolenia technologiczne zachowują nadal ciągłość helisy DNA - Dziennikarskich Narzędzi Anabazy, tego ciągłego podążania w górę, wznoszenia się ku Bogu. Czy płaski ekran komputera ma wykluczać głębię komunikatu, czy zawsze sam przekaźnik musi być przekazem, czy piszący nie może być świętym medium, otwartym na metafizyczne natchnienie? Czy sieciowa struktura wyklucza wertykalne porządki, hieratyczną hierarchię?

30. E-kultura nie musi być tylko kontrkulturą, nie jest skazana na tech-gnozę. I have a dream, mam sen Jakubowy, o drabinie Internetu, po której schodzą i wchodzą anioły. Miejsce wizji którą biblijny Jakub określił jako Betel traktuję jako skrót Be-et-el: Boska Etymologia Elektroniki. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby skrót www - czyli world wide web - przestał straszyć swym ezoterycznym demonizmem. Koniec z diaboliczną numerologią, zgodnie z którą trzy litery w to kabalistyczny odpowiednik  666, znaku apokaliptycznej Bestii i liczby człowieka. Licz nie na siebie, a na Boga - w Trójcy Jedynego. W imię Ojca i Syna i Ducha św.

31. Sacrum w tym tekście zaskakuje? Nawet duchownych? To znak jak bardzo oddaliliśmy się od źródła. To jak metafizyczna katastrofa - cywilizacyjny Big Bang: uniwersum eksplodowało od gnostyckiego ładunku podłożonego przez knujących od wieków demonów kontrkulturowych aktywistów. Kawałki naszej tradycji mkną w kosmicznej duchowej przestrzeni. Żydzi nazywają to zim-zum albo cim-cum. Naczynia były zbyt kruche i nie wytrzymały Słowa Bożego. Kabała kabałą, ale my chrześcijanie powinniśmy wystarczająco mocno wypalić nasze własne dzbany. Jednak z dziennikarskiego pieca trzeba korzystać umiejętnie, by nie przesadzić z płomieniem.           

32. Starałem się przez cały czas kontrolować swą żywą mowę, mimo że brzmiało to jak dygresyjny poemat, przemówienie-kłącze, wykład o wszystkim i niczym. Poddałem go innej, wewnętrznej logice, a rozpocząłem od przywołania zagadkowej kontaminacji niemieckiego powiedzenia "Ordnung muss sein" oraz tytułu "Ordnung der Heiligen Messe", który zobaczyłem na małej książeczce rozdawanej na niemieckojęzycznej Mszy w krakowskim kościele świętej Barbary. Wybrałem się tam z dziennikarskiej ciekawości, mimo że nie znam niemieckiego.  Ich spreche kein Deutsch, aber ich wollte auf dem deutschen Massen gehen.

33. Ewangelia na żywo po niemiecku była dla mnie dziewiczym doświadczeniem. Wcześniej byłem na włoskiej mszy w kościele Franciszkanów i na łacińskich, w rycie trydenckim, w Kościele świętego Krzyża.  Niemiecka wersja  Prologu wg św. Jana uderzyła mnie nie wiem czemu, jakimś brzmieniowym ładem nieuchwytnym w polszczyźnie: "Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. "Im Anfang war das Wort, und das Wort war bei Gott, und das Wort war Gott. "Potem przyszła homilia, a ja potrafiłem ją pojąć, nie zrozumieć, pojąć jej przesłanie. Jakby odwieczny porządek słowa przekraczał już każdy wyraz.