Wiedza o władzy

Środa, 6 grudnia 2017 (17:13)

1. Rugowanie bezrefleksyjnie recytowanych terminów 

Są utarte zwroty w polityce, które wszyscy powtarzamy. Mam nieodparte wrażenie, że często bezmyślnie. Jednym z takich wyrażeń jest "rekonstrukcja rządu". Jak to: rekonstrukcja? Przecież wystarczy spojrzeć do słownika, aby się przekonać, że jest to "odtworzenie czegoś na podstawie zachowanych szczątków." Czy z rządu zostały resztki? Czy z gabinetu pozostały ruiny? Jakaś bomba nań spadła? Wybuchła... afera? Nawet zaprzysięgli wrogowie premier Beaty Szydło i jej zbioru ministrów, oceniliby że to gruba przesada. Gabinetu nie zrujnował nawet prezydent Andrzej Duda, choć bardzo się starał. Nagłówkowała się głowa państwa. Jak biblijny Samson dwie kolumny świątyni Filistynów, Duda próbował za wszelką cenę zburzyć dwa filary koalicji. A to uderzając sędziowskim młotkiem w ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę, wetując mu jego ustawy o sądownictwie, to znów atakując ministra obrony z dział dużego kalibru. Wygląda jednak na to, że ta ogniowa ściana nie zburzyła ścian działowych w kancelarii Antoniego Macierewicza. Pokój szefa MON-u przetrwał tę wojnę. Tak więc nie widzę, żeby z rządu zostały jedynie gruzy, na podstawie których trzeba byłoby rekonstruować całość. Ergo: nie jest to żadna rekonstrukcja! A jeżeli to renowacja - odświeżenie, odnowienie? Pozornie to słowo bardziej pasowałoby do obecnej sytuacji. Czy jednak nagłośniona wymiana premierów - Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego- zapachniałaby nam świeżością?

Morawiecki jako "funkiel nówka, premier nie śmigany"? Po dwóch latach wicepremierowania? Żadna to premiera. Wygląda to na zwykły remont. Czyli? Przywrócenie wartości użytkowej (funkcjonalności, sprawności techniczno-ekonomicznej) obiektu? Obiektem remontu miałby być m.in. resort spraw zagranicznych? Obawiam się, że tu nawet generalny remont, polegający na posprzątaniu po ministrze Witoldzie Waszczykowskim nie wystarczy. Dyplomacja III RP jest do wyburzenia, aby na miejscu tego  komunistycznego bloku postawić nowy gmach, bez socrealistycznych "ozdóbek" z rodem z PRL-u. Zatem jeśli nie rekonstrukcja, nie renowacja, nie remont to może restauracja? Raczej też nie, bowiem odrestaurowanie polega na przywróceniu dawnego kształtu. A nie ma już powrotu do pierwotnego wyglądu gabinetu Beaty Szydło. Mnie by się marzyła restauracja w innym znaczeniu - sejmowa. Taka z konsumpcją! Nie byłoby źle, gdyby PiS pożarł takiego Kukiza. (Cookies - to po angielsku ciasteczka.) Jednak to już daleka przyszłość i odległa dygresja. W moim eseju pozostanę przy pojęciach rodem ze sztuki budowlanej. Jednak zamiast odnowy rządu, czyli czegoś, co już jest, żądam czegoś naprawdę nowego. Nie na odbudowę czekam, ale na budowę od podstaw rządowego "szklanego domu". Pragnę absolutnej awangardy, takiej, o jakiej w Polsce międzywojennej pisał w "Przedwiośniu" Stefan Żeromski. Marzę o rewolucyjnej architekturze władzy opartej na absolutnie unikatowych zasadach.  

2. Zamiast podwójnej gardy odkryta awangarda 

Architektura władzy to nie jest tylko metafora struktury rządzenia. Dostrzegam analogie pomiędzy pracą architekta a działaniami politycznego demiurga. Kreator budynków i projektant ich wnętrz musi mieć wyobraźnię przestrzenną. Przestrzenią dla twórcy gabinetów rządowych jest cały naród, więc narodowy władca-bóg stworzyciel musi mieć szósty zmysł społeczny, absolutny słuch odbierający podprogowe komunikaty ludu. Kusi mnie porównanie takich - wydawałoby się - odległych postaci jak Le Corbusier i Jarosław Kaczyński: jeden z czołowych awangardowych wizjonerów architektury XX wieku na świecie oraz jeden z najważniejszych strategów politycznych XXI stulecia w III RP. Co łączy i co różni dwóch bohaterów kolejnego odcinka mojego gonzo-gnozo, zaangażowanego kolażowego reportażu z ważnych bieżących wydarzeń? Płaszczyzną porównawczą będzie tu pojęcie "awangardy".



Tłumaczę sobie z angielskiego fragmenty pracy Le Corbusiera "Towards architecture" ("Vers une architecture", "W stronę architektury"), aby ukazać wyjątkowość jego spojrzenia na swój warsztat. Używasz kamienia, drewna i betonu, i za pomocą tych materialów budujesz domy i pałace. Oto konstrukcja. Robota pomysłowości. Jednak nagle twoja praca chwyta mnie za serce, wprowadza mnie w dobry nastrój. Jestem szczęśliwy i mówię: "To jest piękne". Właśnie to jest Achitekturą. Gdy mój dom jest praktyczny, dziękuję ci za niego, tak jak mogę być wdzięczny inżynierom na kolei albo telefonistkom. Jednak nie to wywołuje we mnie wzruszenie. Przypuśćmy, że mury rosnące tak pną się w górę ku niebu, że ich widok mnie porusza. Chwytam twoje intencje. Twój nastrój był łagodny, albo byłeś brutalny, czy czarujący, pełen szlachetności. Kamienie, które kładłeś, zdradzają to. Wpasowałeś mnie w to miejsce i moje oczy wszystko widzą. Dostrzegają to coś, co wyraża twą myśl, która ujawnia się bez słowa czy dźwięku. Same kształty są nośnikami znaczenia, pozostając w pewnej relacji do siebie. Kształty te są wyraźnie widoczne w świetle. Stosunki między nimi niekoniecznie odnoszą się do tego, co jest praktyczne czy opisowe. Są matematyczną kreacją twego umysłu, językiem Architektury. Używając materiałów obojętnych i zaczynając od założeń mniej lub bardziej utylitarnych, ustanowiłeś pewne związki, które obudziły we mnie emocje. Właśnie to jest Architekturą.- podkreśla Le Corbusier. Jak widać ten piewca geometrycznych form, brył elementarnych, pozostawia szeroki margines dla "niepoliczalnego", które - co najważniejsze - stanowi dla niego samą istotę Dzieła Architektonicznego.

Właśnie w tym elemencie widzę podobieństwo do wizji polityki w myśleniu o państwie Jarosława Kaczyńskiego. Emocje narodu są domeną instynktu: "anteny" społecznej i czegoś, czego nie da się do końca przewidzieć, zaprojektować, przebadać statystycznie. Na tym polega na przykład różnica pomiędzy strategią sprawowania władzy przez Kaczyńskiego a metodologią "inżyniera prawicy", przywódcy Akcji Wyborczej Solidarność, Mariana Krzaklewskiego. Ten ostatni miał stosować algorytmy, parytety, by określić udziały poszczególnych partii w AWS. Tych obliczeń dokonywał na ekranie własnego laptopa. Właśnie to postnowoczesne, "komputerowe", stricte matematyczne podejście pozbawione "irracjonalnego" naddatku, odróżnia przeciętnego, efemerycznego szefa partii od charyzmatycznego "naczelnika", w stylu modernistycznym, jakim pozostaje Jarosław Kaczyński. Paradoksalnie zapóźnienie technologiczne prezesa PiS, przywiązanie do indywidualistycznego, opartego na osobistym geniuszu, piłsudczykowskiego modelu Zbawcy Narodu, jest jego walorem.      

Albowiem Prezes Prawa i Sprawiedliwości, jak mało kto w polskiej polityce, zdaje sobie sprawę z "nadmiarowego" sensu, który decyduje o podstawowych procesach dziejowych. Expressis verbis mówił o tym w słynnym wywiadzie z Teresą Torańską z 1994 roku, zamieszczonym w książce "My". Tę logikę "relacji", pozostających poza możliwością oficjalnego opisu, poza medialnym dyskursem głównego nurtu,  porównuję do refleksji Le Corbusiera na temat "emocjonalnych" stosunków między kształtami brył architektonicznych. Oto co Jarosław Kaczyński mówił na temat "umów" w Magdalence w 1988 roku, tajnych zobowiązań podjętych jeszcze przed rozmowami Okrągłego Stołu.

(...) Przecież nie o stenogramy chodzi, tylko o ducha tych rozmów, ich podskórny sens. Okrągły Stół miał swoją logikę społeczną i ekonomiczną, nigdzie nie zanotowaną, którą jednak kolejne nasze ekipy rządowe podtrzymywały, a która z perspektywy strony rządowej mniej więcej wyglądała tak: dokonujemy w Polsce zmian, zgoda, są one potrzebne, ale muszą one przebiegać w sposób taki, by nie naruszyły interesów nomenklatury. Te interesy, owszem, zostaną zredefiniowane, czyli naszym interesem nie będzie już, żeby tutaj rządzić, my z rządzenia w zasadzie możemy zrezygnować, ale my mamy interesy ekonomiczne, chcemy je zachować i dlatego najlepiej będzie jak nasza nomenklatura zostanie nową klasą średnią, która tutaj zacznie powstawać. Spróbujmy wydobyć z tego cytatu słowa-klucze, które każą w tym fragmencie dostrzec elementy manifestu politycznego, uniwersalnej diagnozy neokomunistycznej rzeczywistości. Wykraczałaby ona poza epizodyczną i efemeryczną rozmowę z dziennikarką w konkretnym roku 1994, ujawniając swą aktualność (niestety) także dzisiaj.

"Duch rozmów", "podskórny sens", "niezanotowana nigdzie logika społeczna i ekonomiczna", "nienaruszalne, choć redefiniowane interesy nomenklatury" - wyznaczają ramy quasipaństwa zwanego III RP, neokomunistycznej hybrydy realnego socjalizmu i pseudorynkowej gospodarki opanowanej przez nomenklaturowe, pasożytujące na narodzie grupy interesów powiązane z podmiotami zagranicznymi. "Podskórność" tego status quo polega w dużym stopniu na niemożności wypływania owej "tajemnej wiedzy" o istocie skolonizowanego państwa. Zatkane kanały komunikacji, tłumione głosy prawdy wywołują niemal totalną społeczną hipnozę. Media "głównego nurtu" służą naprawdę tkaniu zasłony Mai, na której tańczą cienie pozbawione realnych postaci. "Duch" magdalenkowych rozmów obowiązuje jako niepisana zasada. Najlepiej ujął to były stalinowiec, a potem komunistyczny rewizjonista Bronisław Geremek, twierdzący, że umów z komunistami należy dotrzymywać ("pacta sunt servanda"). Na straży tego paktu z czerwonym diabłem stały i w dużej mierze nadal stoją instytucje i poszczególne segmenty władzy III RP. Wiodącą rolę (obecnie już w mniej monopolistyczny, monopolityczny, monotematyczny sposób) odgrywa tu IV władza- media, często porównywane z Matrixem, sztuczną, wykreowaną rzeczywistością ze słynnego filmu braci (sióstr) Wachowskich.

Ten z ducha gnostycki wytwór masmediów, środków nieustannej indoktrynacji masowej publiczności, hipnotyzowania niewtajemniczonych niższych kast, to kolorowa zbiorowa podświadomość, fatamorgana Fatum. Ten rzekomo z góry przesądzony los polskiego narodu nakazuje przetrzymywać nas - poddanych w jaskini platońskiego państwa- w celi więzienia bez Celu, z ruchliwymi cieniami na ścianach, drgającymi kształtami, które tylko odbijają stałą a nieobecną Istotę. Jesteśmy wszyscy niczym marne mary, snujące się po nagiej, kamiennej posadzce i łapiące zwierciadlane "zajączki", płochliwe błyskotki błahostek. Ten stan hipnagogii podtrzymują masowi mesmeryści, zwani pop-politykami, lansujący model tak zwanej post-polityki. Tacy łże-liderzy jak Donald Tusk, Bronisław Komorowski, a na niższym poziomie Paweł Kukiz czy Ryszard Petru są postaciami równie sztucznymi jak świat, w którym się poruszają i którym starają się zarządzać. Pop-polityka to słowno-obrazowa fantasmagoria, nieprawdziwy niby-byt, łżerzeczywistość, pozbawiona istotnego wymiaru dziedzina działań, płaska jak wielki ekran telewizyjny rozpleniający wirusy reklam i strzykający zatrutymi sloganami w centrum współczesnej metropolii. To jest właśnie pole działania post-prawdy, fake newsów, kłamliwej propagandy i sabotażowej dezinformacji. Od postmodernistycznej nierzeczywistości próbują uciekać moderniści- tradycjonaliści. To dlatego proponuję powrót do śmiałych idei Architektury Władzy. Dość już udawania, symulacji, symulakrów! Znów potrzeba nam w Polsce "szklanych domów", odważnych marzeń w stylu "żeromszczyzny". Czekam na nowego Le Corbusiera polskiej polityki i argumentuję w moim gonzo-gnozo, dlaczego mimo licznych analogii nie jest i już nie będzie nim Jarosław Kaczyński.                               

Mimo że były premier - jak żaden polityk w III RP - potrafi diagnozować stan naszego quasi-państwa. Wyciągnąłem na wierzch "podskórne" cechy nierzeczywistości społeczno-politycznej, żeby ukazać odwagę Jarosława Kaczyńskiego. Nikt z czołowych reżyserów i aktorów na naszej scenie parlamentarnej nie śmie tak celnie skierować reflektor w mrok, aby ukazać komunistyczne widma pierzchające przed snopem światła. Ten ukryty aspekt polityki w ujęciu Kaczyńskiego kojarzę ponownie z hermetyczną domeną rzekomo racjonalistycznej architektury Le Corbusiera. Tłumaczę sobie właśnie w moim gonzo-gnozo fragmenty znakomitej angielskiej książki "Le Corbusier and the Occult" autorstwa J.K.Birksted, aby zilustrować tę ideę niejawnej, zasłoniętej czasoprzestrzeni spektaklu sprawowania władzy. Poszukuję odpowiedniej metafory, która zobrazuje moją intuicję.            

I napotykam na intepretację "Poematu o kącie prostym" Le Corbusiera. Kąt prosty był podstawą jego myślenia architektonicznego. Świadczy wszystkie jego ukończone konstrukcje i projekty. Jak żadna forma nie jest on pozbawiony znaczenia. Kąt prosty to nie tylko geometria, to także symbol. Jest naładowany wartością mistyczną. Jest to obraz mężczyzny, który wstaje, by działać, potem kładzie się do snu i umiera. A przejście, kołysanie pomiędzy pionem a horyzontem, jest obrazem życia. Kąt prosty to "pakt z naturą". Le Corbusier poświęca mu właśnie słynny wiersz, który jest połączeniem słowa pisanego i rysunku. Poemat kończy się obrazem dłoni pokazującej kąt prosty, która jest także masońskim symbolem prawości. Architekt pisał o tym lirycznie łącząc kategoryczny kąt prosty z duchowym walorem płynącym z serca. "To uczciwość czystego serca dziecka stąpającego po ziemi blisko mnie." W tym poetyckim języku Le Corbusiera postrzegam także modernistyczną prostolinijność polityki Jarosława Kaczyńskiego.  "We mnie jest czyste dobro." - stwierdził były premier w jednym z wywiadów, wywołując tym wyznaniem ironiczne komentarze, kpiny a nawet oburzenie. Ja jednak uznaję tę konfesję za istotę jego architektury władzy. To Le Corbusierowska idea "kąta prostego", reguła prawej dłoni z odstawionym kciukiem, spoczywającej na sercu, obraz cnoty dziecka, pierwotnej chłopięcej niewinności, szlachetności lwa pośród cynicznych lisów post-polityki.

Symbolicznym obrazem jest pewna znacząca scena odmalowana przez Kaczyńskiego w słynnej, cytowanej już tu przeze mnie, rozmowie z Torańską: W 1977 r. po raz pierwszy zaproszono mnie na duże zebranie KOR-u. Przyszedłem, usiadłem przy stole. Otwierają się drzwi i wkracza czołówka opozycji: Kuroń, Macierewicz, Jan Józef Lipski itp. Patrzę ze zdumieniem, a tu wszyscy, którzy siedzieli przy stole, wstają i przenoszą się pod ściany. Podniosłem się także, ale by ustąpić miejsce Lipskiemu, który był starszym panem, kolegą mojej mamy i człowiekiem chorym. On jednak usiadł obok, a Kuroń wykorzystując ten moment już wieszał swoją skórzaną marynarkę na moim krześle. Ja jednak spokojnie na nim usiadłem i miejsca Kuroniowi nie ustąpiłem. Po jakimś czasie poszedłem do Jacka do domu i on piętnaście minut trzymał mnie bez krzesła. Zapamiętał i się zemścił (śmiech). Szczerze ci powiem: gdyby nie silna motywacja, że ja muszę z tym komunizmem walczyć, a więc muszę być w opozycji, to ja bym ją w jasną cholerę rzucił, bo tego towarzystwa nie akceptowałem. Jarosław Kaczyński był od samego początku outsiderem, nie tylko antykomunistą, ale także człowiekiem spoza "opozycyjnego towarzystwa". Ta scena z krzesłem jest dla mnie alegorią polityki w III RP. Kaczyński za każdym razem, kiedy sięgał po władzę (cóż z tego, że dzięki wyborom), był traktowany jako uzurpator, który "podsiada" właściwych władców neokomunistycznego państwa. Gdyby nie taki outsider nie posunęlibyśmy się nawet o krok od "układu magdalenkowego". Nadal powtarzano by Geremkową formułę "pacta sunt servanda", głoszącą że ustaleń z komunistami należy przestrzegać. Kaczyński był na tyle "naiwny", tak bardzo niewinny ze swym "chłopięcym sercem", że działał tak, jakby można było mu przekraczać neokomunistyczne tabu. "Polskę stać na więcej" to hasło, które mu przyświeca.

Sięgam po kolejną anglojęzyczną książkę o Architekcie. "Le Corbusier Guide" ("Le Corbusier. Przewodnik"). Napisała ją Deborah Gans. Na potrzeby mojego gonzo-gnozo tłumaczę sobie rozdział poświęcony słynnej "jednostce mieszkaniowej" (Unité d'Habitation). Ten modernistyczny budynek mieszkalny zaprojektowany przez Le Corbusiera w Marsylii to kolejna moja alegoria nowej awangardowej architektury władzy. Opór wobec tej konstrukcji jest dla mnie odpowiednikiem buntu przeciw autentycznej IV RP. Czytam o skargach architektów-tradycjonalistów, że blok narusza  przepisy budowlane. Z kolei lekarze alarmowali, że budynek doprowadzi do chorób psychicznych jego mieszkańców. Wiele osób uznało "jednostkę mieszkaniową" za porażkę, wskazując na jej niepełne wykorzystanie obiektów komunalnych, na mroczne, długie korytarze, antymiejską lokalizację, wznoszącą się na ogromnych słupach ("pilotis"). Jednak, obecni lokatorzy cenią tę architekturę.

Podobnie jest z buntem wobec budowy "szklanego domu" IV RP. Opór wobec architektów komunistycznego i neokomunistycznego reżimu należało złamać od razu, a nie bawić się w żadne kompromisy. Tym bardziej, że w wywiadzie z Torańską Jarosław Kaczyński dostrzegał taką konieczność. Widział i wiedział, że trzeba generalnie uderzyć w nomenklaturę. Po prostu: won. (...) Wszystkich nie dałoby się, nie mam złudzeń, ale znaczną część. (...) Liczebnie niewielu, prawdopodobnie kilkadziesiąt tysięcy, może mniej. Ale nie o liczbę chodzi, bo nie ona jest podstawą ich siły, tylko miejsca, gdzie nastąpiła ich znaczna koncentracja i z których powinni zostać usunięci. Ze środków masowego przekazu, z banków, z administracji gospodarczej, z policji, wojska. (...) Ustawą dekomunizacyjną, którą potem opracowaliśmy, z 10-letnim zakazem pracy dla określonych ludzi na pewnych stanowiskach w niektórych instytucjach. Można to było zresztą zrobić bez ustawy dekomunizacyjnej już w pierwszym roku. Trzeba było tylko lepiej wykorzystać uchwaloną wtedy ustawę o wymianie urzędników państwowych; staranniej przeprowadzić weryfikację sądownictwa, która wprawdzie została zrobiona, ale na zasadzie samoweryfikacji, co niewiele dało; ostrzej uderzyć w bezpiekę, czyli po prostu rozwiązać ją, rozgonić i zorganizować od nowa, przyjmując nowych ludzi, co było możliwe, bo trochę ludzi o odpowiednich kwalifikacjach wykształciło się w latach podziemia i na dodatek bardzo chciało tam iść. Dla mnie zresztą była to najbardziej zadziwiająca rzecz, jaką wtedy odkryłem w swoich kolegach: oni koniecznie chcieli pracować w Urzędzie Ochrony Państwa i to nie tylko na stanowiskach kierowniczych, ale i na niższych; strasznie przebierali nogami, bili się wręcz jak cholera, żeby się tam dostać, zwłaszcza do kontrwywiadu; i to znani politycy, ważne nazwiska, byłem zdumiony. Jednych więc wyrzucić, innych wystraszyć. Po to, by trochę uspokoić społeczeństwo. Pokazać mu, że dzieje się sprawiedliwość. By nie mogło mówić: przedtem działo się niesprawiedliwie i obecnie też jest niesprawiedliwie, demokracja niczego w tym zakresie nie zmieniła. Wiele, oczywiście, decyzji byłoby chybionych, złych, niesprawiedliwych nawet, nie ma się co oszukiwać, trochę łobuzów powiązanych układami by zostało, cudów nie ma. Ale bez wywalenia ich, wszystkie reformy możemy sobie sadzą na ścianie pisać, święty Boże nie pomoże, nic nie wyjdzie, a komunizm będzie u nas trwał ad Kalendas Graecas. Niestety Kaczyński lepiej diagnozuje niż leczy, sprawnie projektuje, gorzej z praktyką. Wizje Le Corbusiera też oczywiście często nie spełniały wymagań jego i mieszkańców, jednak Architekt budowli był w swoich działaniach niezwykle konsekwentny i zdecydowany. Nasz Architekt polityczny jest niestety kunktatorem, człowiekiem kompromisu, eklektykiem łączącym dawne neokomunistyczne style z awangardą konieczną na nowe czasy. Dlatego to nie On zbuduje nam już nową Polskę, "jednostkę mieszkaniową" (Unité d'Habitation) na miarę wizji XXI stulecia.          

W tym moim gonzo-gnozo, metapolitycznym tekście-manifeście, ekspresją poetyckiej poli-polityki, inspiruję się książkami o Architekcie. Sięgam po kolejny tom - tym razem po polsku - wydane niedawno tłumaczenie pracy Anthony’ego Flinta "Le Corbusier. Architekt jutra". To z tej biograficznej, syntetycznej monografii czerpię wiedzę o metaforze "transatlantyku". Le Corbusier miał obsesję statku, który był jednostką samowystarczalną: z pomieszczeniami mieszkalnymi i służącymi rozrywce, sklepami i basenami, kuchniami, restauracjami i obiektami sportowymi, miejscami do pracy oraz rekreacji. Właśnie w taki sposób potem projektował swoje "jednostki mieszkalne". Na dachu Unité d'Habitation w Marsylii wyznaczył sale sportowe i świetlice, a nawet betonowy ekran do projekcji filmów. Na szczycie budynku nie zabrakło też basenu. Całości dopełniały rzeźby odgrywające rolę wentylacji, upodabniające blok do gigantycznego transatlantyku. Architektura jako realna metafora!

W architekturze władzy ważna jest konsekwencja formy. Jeśli IV RP ma być nową "jednostką mieszkalną" trzeba zaprojektować konstrukcyjny ład na wszystkich poziomach od "pilotis" czyli słupów nośnych, filarów państwa ze służbami specjalnymi, organami bezpieczeństwa, sądami itp. po dach czyli kulturę czy sport. Nie można sobie na jakimkolwiek poziomie pozwalać na architektoniczne ustępstwa i odstępstwa. Potrzebny jest tu upór a nawet bezwzględność. Czy Le Corbusier faszyzował?          

Jarosław Kaczyński już w 1994 roku tak postrzegał nową Polskę, ten nasz "szklany dom". Dostrzegał, że stara rudera PRL-u jest przeżarta przez zdradę na wszystkich piętrach. Interes kraju, interes tego państwa wymagał zniszczenia starego układu i dlatego w stosunku do wszystkich, nawet do uczciwych później działaczy, należało wyciągnąć konsekwencje polityczne. To jest może przykre, trudne do przyjęcia, ale konieczne dla kondycji tego państwa. Ten kraj był przecież powiązany ze Wschodem i struktura tych powiązań była prawdopodobnie nieporównanie bardziej rozbudowana, niż my sądziliśmy. Gdyby wciągnięci w nią byli tylko pojedynczy ludzie z naszych elit politycznych, to można byłoby im - nie wiem - darować, zapomnieć, przemilczeć. Ale tak nie było. W niektórych dziedzinach nastąpiła ich szczególna koncentracja, co stawało się groźne dla państwa, niebezpieczne dla społeczeństwa. Od razu było więc wiadomo, że stara struktura państwa z PRL jest niefuncjonalna.

Nic się praktycznie do tej pory nie zmieniło. Architekci prawdziwej Polski nie zbudowali jeszcze niestety żadnej "jednostki mieszkalnej". Wciąż rządowe biuro projektowe obawia się awangardowych pomysłów. Potrzebny jest nam w końcu nowy wzorzec władzy - jak słynny "Modulor" Le Corbusiera.

W książce Anthony’ego Flinta "Le Corbusier. Architekt jutra" czytam o tym standardowym modelu ludzkiej postaci, który Le Corbusier wymyślił, aby określić odpowiednią przestrzeń życiową potrzebną mieszkańcom w jego budynkach. Modulor - wzorzec proporcji architektonicznej- był dla niego kontynuacją długiej tradycji Witruwiusza, "Człowieka witruwiańskiego" Leonarda da Vinci, dzieła Leona Battisty Alberti i innych, którzy stosowali proporcje ludzkiego ciała w określaniu funkcji architektury. Oprócz złotego podziału, Le Corbusier oparł system na wymiarach ludzkich i ciągu Fibonacciego. Wielu uczonych postrzega Modulora jako humanistyczną ekspresję, ale są tacy, którzy uważają, że jest dokładnie odwrotnie, że jest to matematyczna koncepcja ciała, jego standaryzacja i racjonalizacja. Le Corbusier umieścił systemy harmonii i proporcji w centrum swojej filozofii projektowania, a jego wiara w matematyczny porządek wszechświata była ściśle związana ze złotym podziałem i ciągiem Fibonacciego. Określał to jako rytmy widoczne dla oczu i klarowne w ich wzajemnych relacjach. Rytmy były dla niego podstawą ludzkich działań, które rezonują w człowieku poprzez organiczną nieuchronność. Konieczny jest w naszej architekturze władzy podobny modulor!

Pierwszy Człowiek Szklanego Domu jest autentycznym antykomunistą. Co znaczy, że jedynym pozytywnym odniesieniem w architekturze władzy jest dla niego okres przedwojennego modernizmu. Nie uznaje żadnych wytycznych "socrealizmu", traktowanego tutaj jako całokształt tradycji PRL-u. Ta epoka jest czarną dziurą bezformia, niegodną by nazwać ją "polską". Bez drastycznego, chirurgicznie precyzyjnego cięcia chronologii, nie ma mowy o budowie naszej nowej Unité d'Habitation. Realizm socjalistyczny jest narzuconą łże-rzeczywistością, którą należy zbeszcześcić, wyrugować, zburzyć, zniwelować, zapomnieć, wykorzystując wszelkie metody anihilacji. W tym celu należy użyć radykalnych sposobów, bez oglądania się na tak zwaną opinię publiczną, oraz ignorując groźby zagranicznych "recenzentów", dla własnej wygody i profitów walczących o zachowanie status quo w naszym quasi-państwie: III RP. Ekstremalne działania powinny wykraczać poza ramy pseudodemokracji, która stanowi obecnie autorytarną architekturę władzy neokomunistów. 


3. Zamiast mdłej mediacji mocarny Modulor  

Awangardowa budowla, "maszyna do rządzenia" jest już dzisiaj możliwa, choć w mocno ograniczony sposób. Radykalna propozycja, rewolucja w łonie rządu, przewidywałaby zarówno zmiany personalne jak i przede wszystkim strukturalne. W mojej Le Cobusierowskiej wizji najważniejsza byłaby jedność formy, celu, oraz symbolicznego znaczenia. Należałoby zignorować głosy sprzeciwu i spacyfikować działania sabotażowe, izolując dywersantów i delegalizując wrogie ośrodki oporu powiązane z zagranicznymi mocodawcami. Istotną metodą budowy Unité d'Habitation jest swoista militaryzacja działań: hierarchia, dyscyplina, karność i konsekwencja. Wiąże się z tym ściślejsza koordynacja międzyresortowa także między ministerstwami, które wydają się od siebie odległe, tak jak wymiar sprawiedliwości i dział kultury, wojsko i sport. Gabinet ministrów ma być jak stateczny transatlantyk, samowystarczalny, z kapitanem tłumiącym bunty załogi. Oto statek odporny na obce wpływy fal, sztuczne sztormy i wysokie bałwany toczące pianę. A bez metafor? Z matematyczną precyzją, której wymaga nowa architektura władzy, należy wyznaczyć dowództwo, nakreślić relacje, narysować ostre granice sfer pomiędzy ośrodkiem prezydenckim a kołem rządowym, oczywiście na niekorzyść głowy państwa. W projekcie na nowe czasy większe uprawnienia należałby oddać resortom siłowym, które w zdecydowany sposób powinny oczyścić pole działań na niwie gospodarczej, edukacyjnej, kulturalnej i ochrony środowiska. Resort dyplomacji poddać opcji zerowej, wyczyścić do spodu wszelkie męty neokomunistyczne, a także wyrugować jakiekolwiek wpływy obcych ośrodków. Brak jakiejkolwiek taryfy ulgowej byłby sygnałem dla naszych sojuszników i wrogów, że staliśmy się w końcu państwem poważnym a nie żenującą atrapą. Dymisje, dymisje, dymisje! W edukacji zwolnienia całej kasty związanej ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego. Rewolucja kulturalna! Odcięcie od finasowania wszelkich instytucji, które podkopują fundamenty Unité d'Habitation. Clearing w sporcie. Dość aferalnych związków. Masowa kultura fizyczna zamiast hucpy zawodowców podpiętych pod mafie. Generalnie - więcej stylu Macierewicza, jak najmniej Glińskiego. Ziobro - przodem. Duda - z tyłu, wycofany na z góry upatrzone pozycje. I Kaczyński na premiera, ale już nie na długo. Po to, by przygotować następcę. Prawdziwego Le Corbusiera. Jak pisał Architekt? Mój nastrój był łagodny, albo byłem brutalny, czy też czarujący, pełen szlachetności. Kamienie, które tu kładłem, zdradzają to.                                                   

Artykuł pochodzi z kategorii: Bogdan Zalewski - blog

Bogdan Zalewski