Toczy się wojna o pamięć

Środa, 4 czerwca 2014 (17:01)

Bynajmniej nie z okazji hucpy czwartego czerwca - fetowanej rocznicy wyborów 1989 roku - czytam opasłą książkę profesora Andrzeja Nowaka pt. "Intelektualna historia III RP. Rozmowy z lat 1990-2012". To zbiór wywiadów z krajowymi i zagranicznymi politykami, dyplomatami, intelektualistami i duchownymi z okresu nazywanego u nas, w skrócie III RP. Mimo że - jak podkreśla Autor- "nazwa ‘III RP’ wprowadzona została do przyjętej w kwietniu 1997 nowej konstytucji." Ja dodałbym do tego jeszcze jeden bardzo ważny wyłom w postaci prób ufundowania nowej - IV RP- w latach 2005-07, spacyfikowanych przez połączone siły reżimu. Przywołuję tę książkę, bo toczy się bitwa o przeszłość.

W świadectwach sprzed lat widzimy dzisiejszy establishment III RP w akcji, nie w wybiórczych dzisiejszych przemówieniach-manifestach ex post, a w politycznych wyborach dokonywanych  na początku lat dziewięćdziesiątych. Na przykład z wywiadów ze sławnymi Rosjanami wyłania się ówczesna twarz Adama Michnika, autorytetu III RP, który ostatnio o swój wizerunek toczy pojedynki w sądzie. Słynna poetka i dysydentka Natalia Gorbaniewska w wywiadzie dla "Czasu Krakowskiego" z 6-7 października 1990 roku tak mówiła o Michniku: "Dziwi mnie jego szaleństwo na punkcie Gorbaczowa. Wiem, że Adam zawsze popierał wszystkie ruchy wolnościowe, które wiele lat temu rodziły się w Związku Sowieckim. Te ruchy były przeważnie od razu tłumione. Może Michnik wyobraża sobie, że Gorbaczow jest potajemnym przywódcą tamtych ruchów? Jeśli tak jest, to myślę, że Adam się myli. Im bardziej będzie w to brnąć, tym bardziej będzie to niebezpieczne." - podkreślała Gorbaniewska. Bardzo symptomatycznie brzmią dzisiaj jej ówczesne diagnozy. "Imperium zmierza ku upadkowi. Władza Gorbaczowa jest podtrzymywana głównie przez zagranicę - z Polską i Czechosłowacją włącznie."  To nie była opinia jakiegoś ówczesnego polskiego "oszołoma". Pro-imperialne działania ówczesnych liderów polskiej "konstruktywnej" opozycji dostrzegali nawet dysydenci w Rosji! Dziwili się postawie polskich "rewolucjonistów" - bojących się własnych cieni.  

Jeszcze dosadniej o roli "spowalniaczy" przemian w Polsce mówił 6 listopada 1990 roku inny słynny Rosjanin Władimir Bukowski, więzień-pensjonariusz sowieckich psychuszek. Zapytany o "tę część byłej polskiej opozycji, która znalazłszy się u władzy, zdaje się zwalniać proces przemian, jakby bojąc się swego narodu" - autor powieści "I powraca wiatr" odpowiedział - " Przychodzi mi tu od razu na myśl nazwisko Adama Michnika, bo jest on przypadkiem typowym. Jest on znanym uczciwym człowiekiem, lecz na przykład w polityce zagranicznej popełnił wiele pomyłek. Zacząłem ostatnio dostawać anglojęzyczne wydanie "Gazety Wyborczej". Nie wierząc własnym oczom, przeczytałem tam artykuły Adama Michnika o tym, że wojska sowieckie winny zostać w Polsce, bo stabilizują sytuację. To jakiś koszmar! (...) Przeczytałem w którymś z artykułów Michnika, że polityka polska winna orientować się na Departament Stanu USA. Dało mi to wiele do myślenia, bo jest to typowa pomyłka ludzi, którzy stawiają pierwsze kroki w polityce czynnej: uznają Departament Stanu za reprezentanta całego Zachodu.  Departament Stanu natomiast - zarówno w Ameryce, jak i w Europie- uważany jest za instytucję dwuznaczną. Nazywa się ich organizacją ‘uspokajaczy’. To przecież ci sami ludzie, którzy potakiwali Hitlerowi i Stalinowi, ci sami którzy w czasie stanu wojennego- gdy mój przyjaciel Adam Michnik był internowany- mówili, że nie należy żądać od generała Jaruzelskiego zwrotu długów, bo jest on gwarantem stabilizacji. Według Departamentu Stanu Jaruzelski stabilizował sytuację tak samo, jak wojska sowieckie stabilizują ją według Adama. (...) Walczyliśmy z takimi poglądami na Zachodzie, a teraz Adam Michnik, gdy stał się wpływowym człowiekiem, tych poglądów broni."  Świadomie przywołuję słowa dwojga Rosjan, a nie Polaków.

Choć mógłbym z książki profesora Andrzeja Nowaka czerpać garściami z wywiadów z uczestnikami krajowych potyczek ideowych i politycznych. Są w niej na przykład bardzo ciekawe rozmowy z braćmi Kaczyńskimi, na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza. Nie chcę być jednak posądzony o skrajną stronniczość. Autor "Intelektualnej historii III RP" również zauważa problem wyboru opinii. Tak tłumaczy się we wstępie z braku reprezentatywności wywiadów: "Ktoś może zaoponować: jak to? Historia intelektualna (mówiona) III RP bez rozmów z Tadeuszem Mazowieckim, Adamem Michnikiem, Leszkiem Balcerowiczem, Aleksandrem Kwaśniewskim, Andrzejem Wajdą, Bronisławem Komorowskim, Zygmuntem Baumanem? Oczywiście te, i inne jeszcze nazwiska, symbolizują ważną część toczących się dziejów. Tę część, która w ostatnich 25 latach dominuje nad polskim życiem politycznym, narzuca i utwierdza przez wielkie media i główne instytucje III RP swoje opinie swoje autorytety. Oni wydają się (teraz) zwycięzcami tej historii, a historia pisana przez zwycięzców jest zazwyczaj płaska."  Te słowa profesora z Krakowa to motto moich rozważań w rocznicę 04.06.89 r.

Kiedy myślę o tamtych dniach widzę siebie wstępującego w dorosłe życie, kilka miesięcy przed ślubem, studenta polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Widzę przed oczyma obrazki z krakowskiego Rynku ze stoiskami z plakietkami "Solidarności" i stoliki na Jagiellońskiej pełne książek i czasopism z drugiego obiegu, które można już było normalnie kupić, a nie gdzieś w bramie od "bukinisty-dealera". Nie chcę jednak pójść w takie sentymentalno-osobiste wspominki. Wolałem przywołać ideowe spory, które do dziś toczą się w naszym kraju, dzieląc nie tylko polityków na wrogie obozy. Przyznam, że jestem po stronie przegranych w naszej krajowej historii ćwierćwiecza. Nie dlatego, bym czuł się odrzucony zawodowo czy pokrzywdzony materialnie. Moje prywatne życie to w tym czasie pasmo sukcesów, więc pod tym względem nie czuję się żadnym outsiderem. Podkreślam to, żeby moi ideowi przeciwnicy i polemiści nie podejrzewali mnie o jakieś prywatne resentymenty.

Przez ten okres 25-lecia przegrywa Polska, w której chciałbym żyć, kraj w którym prym nie wiedliby koniunkturaliści i zwolennicy socjalizmu z ludzką twarzą, trzęsący się ze strachu przed mocarnymi sąsiadami, nadskakujący obcym, błędnie oceniający sytuację, spóźnieni w decyzjach o co najmniej kilka kroków. Takich ludzi widzę dziś brylujących na obchodach dętej rocznicy "nie-do-końca-wolnych" wyborów , symbolu chwiejności i zachowawczości. Wymieniłem z nazwiska Adama Michnika, dla mnie człowieka-ikony takiej polityki. Mógłbym jednak tu podać całą litanię nazwisk.

Na czele tej listy byliby prezydenci USA i Polski: Barak Obama i Bronisław Komorowski. To Obama jest twórcą niesławnego "resetu", czyli "wyzerowania" relacji z Rosją Putina, która dała watażce na Kremlu pole do popisu w polityce zagranicznej i utwierdziła go w chorych wielkomocarstwowych rojeniach. Nie wierzę w żadne deklaracje pana Baracka. Mówiąc szczerze, czekam z wytęsknieniem na koniec jego prezydentury. Od czasu Franklina Delano Roosevelta nie było dla Polski gorszego prezydenta USA niż ten. To polityk, który nie jest w stanie sprostać wyzwaniom XXI wieku, miękki figurant, nadrabiający braki swej prezydentury oratorskimi sztuczkami i pozornymi działaniami. Bronisław Komorowski to nasza polska mutacja "obamizmu". Głowa państwa polskiego też "zwróciła się na Wschód", nawiązując z Moskwą bliskie relacje, szczególnie zastanawiające po niewyjaśnionej do dziś tragedii w Smoleńsku. Na takich grząskich podstawach nie da się budować trwałego polsko-amerykańskiego partnerstwa. To, co obserwujemy w Warszawie, to jest tylko propagandowa hucpa.

W odpowiedzi wycedzę w ich kierunku moje szyderstwo, groteskowe "rocznicowe" przemówienie: 

 NOWA STRATEGIA     

1.

Staram się popatrzeć na siebie w tamtym czasie, pełnym złudnej wiary, płonnych nadziei. Taki byłem żenująco naiwny, taki nieznośnie dziecinny, krzycząc piskliwym głosikiem jak po helu. Alibi nie mam, nie byłem już gówniarzem, a mimo to dałem się nabrać. Reguły okrągłostołowej gry nie były specjalnie skomplikowane, aby dwudziestoparolatek nie mógł ich rozszyfrować. Ekonomię polityczną socjalizmu jako przedmiot zdawałem na studiach, nie był mi obcy NEP.  Komunizmu uczyłem się nie tylko z oficjalnych podręczników, chłonąłem łapczywie antykomunistyczną literaturę bezdebitową.  Łatwowierności nie mogę zatem niczym wytłumaczyć, zostałem na własne życzenie zrobiony w bambuko. Absurdalny polityczny spektakl wziąłem za dobrą monetę, zapominając o hiperinflacji po stanie wojennym. Monety mnożyły się w dłoniach, aby w sklepach zamieniać się w baśniowy piasek. Słowa władzy również były bezwartościowe, a mimo to kupiłem cały pakiet śmieciowych akcji. Tonięcie w symbolicznych długach w wyniku lekkomyślnych inwestycji nie przychodziło mi do głowy. Wierzyłem w całkiem nowy czas, a nie etap na drodze do wyśnionego komunizmu. Adam Michnik w telewizorze był wzorcem, w wyniku mimikry zacząłem się nawet zacinać.   

Tanio się sprzedaliśmy, my którzy nie kolaborowaliśmy z PRL-em, my niewspółpracujący z bezpieką. Alergia na układy z policją polityczną nie szła w parze z innym uczuleniem. Rozłożył nas brak objawów na kolejne rozpylane toksyny, oraz wirusy wiary w łże-Solidarność. Epidemię roznosili rzekomi lekarze, fałszywi medycy, felczerzy szkoleni przez tych samych syberyjskich szamanów. Białe kitle z logo pisanym czerwoną "solidarycą" kryły umundurowanie z poprzedniej, niezdrowej epoki. Łudząco podobny do symbolu radosnej spontaniczności sprzed dekady ten znak był tylko fałszywką. Abolicja dla bezpieczniaków powinna wywołać nasz protest, a jednak zatkano nam usta Gazetą.  Medialna maszyna ruszyła po szynach, pędził jak dawniej dziejowy parowóz, przestawiono tylko zwrotnicę. Szybko wszystko wróciło na stare, sprawdzone tory, oczyszczone z rdzy, świecące w słońcu. Totalitaryzm nabrał cudownej miękkości jak kociak w zimnej celi łaszący się do nóg. Wygnano wszystkie wątpliwości, jak kiedyś zesłańców na Sybir, prawda Etapu, droga darowana radykałom. Asortyment w sklepach zwiększono do trzynastu gatunków octu, gąbek i szczotek do toalet. Szkoda, że odmian ludzkich zrobiło się jakby mniej, glajchszaltung zbierał coraz większe żniwo.   

Aparycja nowych przywódców nabierała zachodniego sznytu, ach ten garnitur szyty na miarę działacza! Reklamy robiły się coraz bardziej wiekopomne, trafiały do kronik nowej polskości, neo-saskich czasów. Epicentrum nowej władzy pozostawało zakryte przed oczyma profanów, byśmy - ciemniacy- nagle nie oślepli. Kolaboranci umościli się w cudownych, pachnących norach, chutliwych gawrach, daczach ze złotymi  sraczami. Łady zastąpiono mercedesami, towarzysze nabrali poloru,  koloru od markowych trunków z samochodowych barków. Aksamitne głosy zaczęły królować w kulturalnych salonach zamiast sznaps-barytonów charakterystycznych dla starych bardów. Minoderia wypindrzonych dam robiła się przysłowiowa, beza stawała się ciastkiem kultowym, dźgana widelczykiem. Socjalizm z ludzką twarzą świecił tłustą gębą bandyty- sybaryty, spoconego smakosza gorzkiej żołądkowej.  Towarzystwo koneserów drogich cygar grało w gałę w palmiarni, z bramkami pomiędzy donicami. Wątpliwych obyczajów damy oddawały się wątpliwym ministrom, a potem wystawiały ich na strzał. Agencje towarzyskie pękały w szwach, znacząco poprawiając oficjalne statystyki bezrobocia i podatkowe wpływy. Sutenerstwo i kuplerstwo nie było legalną, ale za to bardzo pożądaną profesją metropolitalną. Tradycyjne zawody odchodziły w przeszłość, najszybciej  kowalstwo własnego losu, oraz krawiectwo materii nieożywionej.

Rzeźbienie ludzi szło całkiem sprawnie, zaskakująco łatwo, jakby glina była już wcześniej wyrobiona.  Efektem obróbki skrawaniem byli ludzie gładcy, obli i śliscy, bo tacy byli potrzebni.  Komunizm w nowym wydaniu zaprzeczał swemu istnieniu, jak rogi diabła w czapce niewidce. Ładni celebryci ukrywali w szafach wewnętrzne lustra, z nosami całkowicie zżartymi przez kiłę. Aktor udający kipera schlał się sikaczem do nieprzytomności w piwniczce wyściełanej suchym mchem.  Maskotka władzy, pluszak establishmentu robił za wycieraczkę, myśląc, że nikt tego nie widzi. Szydzący z motłochu sam wywodził się z nizin, ba! z najgłębszych depresji społecznych.  Typowym zachowaniem prowincjuszy mentalnych, którym wręczono medialny kaduceusz było mieszanie w czaszach czaszek. Wszystkiemu, co wartościowe sztucznie obniżano cenę przy pomocy spekulacji etycznych, estetycznych i erystycznych.  Atakowano każdą wielkość, wynajdując jej najdrobniejsze małości i pompując je jak świńskie pęcherze. Stygmatyzowano każde odstępstwo od narzuconej normy, która sama w sobie była całkowicie anormalna.  Tolerowano tylko płaszczących się płaskich sługusów, ściśle przylegających do dna, jak flądry mądrale. Anatemą obłożono każdą chropowatą nieprzystawalność, wyzywając ją od anachronizmów i przyzywając bożka postępu.     

Ekrany ustawiane w centrach miast nadawały hipnotyzujące komunikaty, propagandowe mantry i usypiające hasła. Korupcja kwitła w rządowych gabinetach, walizki wędrowały pod stołami o bogato rzeźbionych nogach. Ład korporacyjny nakazywał odliczanie łapówek od podatków, jak VAT za kurtki watowane studolarówkami. Akumulacja kapitału następowała poza wścibskimi nosami i uszami, same lepkie, spocone, słone paluszki.  Matce Boskiej w klapie wyrosły dadaistyczne wąsy Bolka Wałęsy rodem z  Marcela Duchampa. Szyderstwo cisnęło się na usta, ledwie wczoraj głośno wyśpiewujące hymny na cześć Najjaśniejszej.  Twarde łokcie i tyłek musiał mieć homo sovieticus rzucony na transmisyjny pas turbo-kapitalizmu. Wątłe ciałka inteligentów służyły Molochowi za gumę do żucia o smaku herbaty słomki. Aparaturę do produkcji samogonu samokrytyki zastąpiła kafkowska machina do tatuowania wyroków jaskiniowym antykomunistom.  Sentencje odczytywano wprost ze skóry skazańców jak alfabet z elementarzy, jakie to proste! Tuzin umundurowanych sędziów w towarzystwie trzynastego - kata raz do roku okrążał tuleję państwa. Archiwa zabetonowano, oblano wrzącym ołowiem, pokryto ziemią i zasadzono las, ukrywając wstydliwy listek. Remanent ogłosimy za pięćdziesiąt lat, ale po półwieczu znów zaniemówimy, jak na komendę.  

2.

Kocham cię nowa ojczyzno, tak bardzo jak nigdy dotąd, tulę cię w urodziny! Ładnie ci w kotylionach, cudownie ci na koturnie, z włosem upiętym w kok. Absolutnie nie jesteś brzydką pannicą na wydaniu, wydadzą cię za Niemca, Meistera Heimatu. Miłością zapłoniesz czystą, bez dwuznacznych kontekstów, będą cię kochać sąsiedzi, takaś niewinna jest. Szwed na cię więcej nie wyleje żadnego potopu, już suszy do ciebie zęby.  Turczyn na ciebie nie dybie, niewierny syn bisurmański, w jasyr nie weźmie cię. Wiking nie będzie napadał, ni grodów zakładał na brzegu, morze odrzuci go precz. Austriak cię nie rozbierze do spółki z dwoma zbokami, bo sam impotentem jest. Sas na twym tronie nie spocznie, nie dadzą mu twoi szlachcice, szlachetni waszmościowie. Teutońska buta odeszła  w przeszłość, pomachaj jej na pożegnanie, Auf Wiedersehen,  pa pa! Kaśka już dawno nie jest carycą całej Eurazji, nie masz kogo obawiać. Rosja jest dziś rządzona przez pragmatycznych zbrodniarzy, ci nie mordują przypadkiem, przemyśliwują rzecz. Elegancko mi dziś wyglądasz, mogę być z ciebie dumny, wstydzić nie muszę się.      

Ładnie mówię, pochwalisz mnie, pogłaskasz po główce, w której lęgną się same pochlebstwa? Ambicję chowam do kieszeni , mogę ci kadzić do woli, tylko nagrodę mi daj. Monument ci nawet  mogę postawić w twoją rocznicę, tylko mnie doceń i wyceń. Stanę w szeregu z innymi, wypnę pierś do medalu, zapomnę wszystko za order. Trudno, szczerość za szczerość, ja udam miłość do ciebie, a ty pooszukuj mnie. Wolność nie jest bezcenna, można się bez niej obejść , a bez splendoru nie. Bez sławy jestem bochenkiem wciąż pozbawionym głodnego i wodą bez chciwych ust. Starzeję się więc wiem, że pozostało niewiele czasu na zwrot, półobrót z półukłonem.  Tracę ostatnią szansę by zostać  obywatelem, bo nie będzie innej niż ty ojczyzny. Akomodacja oka do takiej perspektywy zajęła mi trochę, ale ileż radości z nawróconego. Radość jest tym większa, że robiłem za radykała, mocnego w gębie, co nie?  Efektem nawrócenia niech będzie dłuższy lans, więcej niż kwadrans sławy w ośrodkach twej propagandy. Konformizm musi mieć cenę, inaczej nie ma to sensu, cyrograf za rozgłos, O.K.?     

Amnezja warunkiem dołączenia do elitarnego grona pieszczoszków szołbiznesu, bo klaunów zatwierdzają smutni panowie. Maskarada jest rytualną stroną fasadowego państwa, chowającego po szufladach metrykę urodzenia oraz mikrofilmy. Spisek nie został nigdzie spisany i to jest ustna tradycja tajemnicy mordów założycielskich. Trzecia Rzeczpospolita nie została ufundowana na konstytucji, a na cuchnącym posoką spoiwie władzy. Wiedzących łączą nie tyle biografie, co cyrografy podpisane serdeczną krwią, na rozstaju dróg. Anarchiści nie mają racji, wskazując słusznie na totalny chaos rządzenia, bo to pozór. Struktura rządności jest niejawna, i nie chodzi o prymitywne teorie na temat konspiracji. Tajemnice państwa są jak ruchy robaczkowe dla człowieka patrzącego na człowieka z zewnątrz. Aby dowiedzieć się co nieco, potrzeba co najmniej wiwisekcji , albo lepiej metod bezinwazyjnych.  Rentgen poetycki to bardzo ryzykowna metoda, grożąca badaczowi nie tyle niepowodzeniem, co niepotwierdzeniem.  Esej o państwie kreślony pisakiem encefalografu zawsze będzie budził psychologiczne podejrzenia oraz dwuznaczne domysły. Kto nie ryzykuje, niech nie narzeka, trzeba stoczyć uliczne walki w zaułkach zdań. Łudzisz się tylko, że żyjesz w rzeczywistym kraju, on się robi nadrealistyczną podrzeczpospolitą.

Mamy tu różne style, do wyboru do lokalnego kolorytu, totalną fragmentaryzację, to Polska.  Szarpana sprzecznościami, dezintegrowana od środka i z zewnątrz, to Polska tylko z nazwy.  Tak jak ona, ten esej ma tylko udawać tradycyjne państwo, wedle anachronicznych formuł. Wiedzący, a są tacy, zdają sobie sprawę z jego wewnętrznej struktury, ale milczą. Albo porozumiewają się cienkimi aluzjami, ezopowym językiem wtajemniczonych, niezrozumiałym dla obcych lub wykluczonych.  Starają się o najbardziej subtelne sugestie, samotne słowo, nic nie znaczące bez kontekstu. Toczka w toczkę jak pierwsi chrześcijanie, komunikujący się przy pomocy palimpsestowych kaligramów. Albo nielegałowie stosujący steganografię w fotograficznych awatarach na facebooku, dla zmylenia wrogich służb.  Rysunki poukrywane w tekstach, szyfry liczbowe, literowe algorytmy, akrostychy oddają właściwy sens traktatu. Erupcja sztucznych obrazów, fałszywe złote myśli, idiotyczne sentencje skrywają prawdę na głębszym poziomie. Każdy, kto chce ją pojąć, zrozumie, potrzeba tylko trochę dobrej woli i wysiłku. Łatwizna daje szybką satysfakcję, momentalną radość, a trud po cierniach kłuje nowym cierniem. Atlantydą jest nasza prawdziwa ojczyzna, zatopiona w myślach, błękitna dusza na dnie oka.  

Starajmy się teraz wspólnie zestrzelić myśli w ideał, nie pławmy się w cynizmie. Trzecia Rzeczpospolita samotrzeć z dwiema pozostałymi odchodzi  w siną dal, śledzona w dalmierzu.  Wolność pozwala na najbardziej szalone pomysły państwowotwórcze, łącznie z najbardziej egzotycznymi uniami dynastycznymi. Andegawenowie objawili się na krakowskim Rynku Głównym, głównie by głosić przewagę linii jerozolimskiej.  Stary Kazimierz rozkwitł wywieszkami w językach Bliskiego Wschodu, i aramejskie drony roznosiły drinki. Tałes z Miletu stał się najmodniejszym okryciem wierzchnim krajowych kryptografów, kabalistów rozkminiających Enigmę.  Apokalipsa zastąpiła konstytucję, batalistyczny pejzaż wyspy Patmos robił za nową "Bitwę pod Grunwaldem".  Real-politik zesłano na pustynię Negew, by tam natychmiast stoczyła powietrzną bitwę z Persami.  Eufrat i Tygrys uznano za najbardziej polskie z polskich rzek, nacjonalizm nareszcie triumfował. Kraj od morza do morza, w którym panował uproszczony język Mickiewicza straszył Eurazjatów. Ładna historia! - zakrzyknął Aleksander Dugin usychający z tęsknoty za zruszczonymi Atlantykiem i Pacyfikiem. Aleksander Dugin, Aleksander Dugin ... skąd ja znam to nazwisko- nie mogłem sobie przypomnieć. Morze Martwe w środku globalnej Polski uśmiercało wszelkie wątpliwości i uśmierzało przeszłe bóle.

Teraz czas na czarny scenariusz, szybką agonię naszej ojczyzny, w trzynastu wersjach-wersach. Wersja pierwsza: gwałtowna śmierć następuje po zastrzyku unijnych funduszy, przedawkowaniu euronarkotyku, strukturalnej heroiny. Albo- wersja druga- śmierć z głodu wartości, wersja trzecia- zaduszenie poduchą polit-poprawności .Staram się nie opisywać szczegółowo wersji czwartej: jest drastyczna, pełna fiducjarnych płynów fizjologicznych. Tak samo wersja piąta, przy której rozdrobnienie dzielnicowe mogło robić za integrację. Aktualnie mamy wersji szóstą- przypominam, bo wiąże się ona z rodzajem politycznego Alzheimera.  Rak jest metaforą wersji siódmej, gdy guzy województw-regionów  zżarły całe polskie państwo.  Entuzjaści sojuszu Warszawy z Pekinem są odpowiedzialni za ósmą śmierć, szczęśliwą liczbę Chińczyków. Klimatyczna katastrofa była dziewiątą mortualną wersją, więc nie należy do przedmiotu naszych zainteresowań. Łaska dziesiątej śmierci była największym wybawieniem, niczym osiemnastowieczne rozbiory Rzeczypospolitej dla zdrajców targowiczan. Abdykacja władz zwiastowała jedenastą odmianę śmierci polskiego państwa, była symptomem i samą chorobą. Megalomania okazała się przyczyną dwunastej śmierci, ojczyzna spuchła i pękła, wydzielając propagandowe wyziewy.  Siostrzana była trzynasta śmierć , co całkiem nas już oślepiło, i stała się ciemność.

Wzorem mojego eseju są szlacheckie sylwy, las rzeczy chcę tu zmieścić, dla pożytku. Albo ci się to spodoba, albo nie, trudno- Polska bez tego jest podzielona. Sterany życiem stary wiarus jestem wierny mojej idei bycia państwowcem, nieprzystającej do współczesności. Tłukłem się po świecie i widziałem wiele, sporo też przeczytałem, ale to marność. Apatrydzi czyli bezpaństwowcy to niestety przyszłość w takich słabych państwach jak to nasze. Rezultatem wysysania polskich soków będzie doświadczalny susz dla szalonych szowinistów-globalistów, eksperymentalna pożywka. Ekstrakt pozbawiony smaku, zapachu, koloru- czysty do analiz materiał demograficzny, populacja popkulturowej papki. Kpiłem sobie w tym manifeście, ale z kpiną kryła się autentyczna człowiecza rozpacz. Łodyżki zdań rosnące przed twoimi oczyma po lekturze zaraz zwiędną wraz z kwiatkami. Albowiem kwiecistość mego stylu ma być ozdobą momentalną, chwilę później zostaje suchy przekaz.  Masz mnie czytać na mój sposób, a potem natychmiast zapomnieć o mnie. Staraj się nie dać ponieść emocjom towarzyszącym buntowi, bo wywołuję w tobie opór. Trzecią Rzeczpospolitą trzeba traktować jak taką prowokatorkę, którą należy pokonać w sobie fortelem.

Ach, jak ja ci zazdroszczę, że masz tu tak bogaty materiał do przeciwstawień. Szukaj, szarp, szemraj po cichu, głośno mnie wyśmiewaj, ale nie spocznij na marach.  Ty jako trup to cel lokalnej polskiej władzy, sprzymierzonej z całą globalną ferajną.  Afazja jest pożądanym stanem elektoratu dla kneblujących policjantów niewoli, wypluj tę szmatę Gazety. Rewolucja, którą ogłaszają z przytupem była tylko restauracją starego systemu, niczego nie wniosła. Ekstatyczne okrzyki, którymi wzywają się nawzajem są tylko odgłosem ich stale włączonej zagłuszarki.  Krzyczą, żeby sparaliżować wyrzuty sumienia, resztkę, która popiskuje jak szczute szczury w piwnicy. Łajdackie plemię przebierańców, gorszych niż jawni zdrajcy, bo o nich przynajmniej wszystko wiadomo.  Akcja bezpośrednia jest rodzajem nowego dziennikarstwa, którego skromne przejawy możesz zaobserwować nawet tutaj. Miej mnie za lwa i lisa, lub skunksa w salonie, starego wiarusa-wirusa. Syczę też wężem w ogrodzie, udając że podlewam im czerwone róże, tak- kwasem. Toksyny w posiłkach , chemiczny catering to wszystko czym częstuję hrabiego, murgrabiego i  dworaków. Walka trwa, walka o przebicie osikowym kołkiem trupa w ciemnych okularach nad oczodołami.

Artykuł pochodzi z kategorii: Bogdan Zalewski - blog

Bogdan Zalewski