I Jeffrey Epstein już jest martwy. Lecz czy kogoś to martwi? Może tylko maniaków prawdziwej wiedzy o tym świecie. Naiwnych poszukiwaczy prawdy o czasie, w którym przyszło nam żyć, i o ludziach, którzy decydują o tym, jak to nasze życie ma wyglądać. Zwykle większość mieszkańców Ziemi nawet nie chce ich znać. Wystarczy, że gdzieś tam w mediach widzą tych o szczebel niżej, tych których zobaczyć można: Trumpa, Putina, Xi Jinpinga, Junckera, Kim Dzong Una, Macrona. Jednak i oni są traktowani z dystansu, jakby nic nie mieli wspólnego z bolączkami nas maluczkich. Po co zaprzątać sobie głowę takimi personami? To jest wiedza zupełnie zbędna. Gdy piszę te słowa mam otwarty balkon, z widokiem na piękną połać łąk, w nieruchawą niedzielę.

1. Jak się zawiesiłem

Od soboty byłem jednak bardzo pobudzony i biegałem jak szalony po wirtualnych stronach, bo jak wam próbowałem udowodnić w poprzednich odcinkach mojego serialu "Sztos Epsteina", skandal pedofilski nie jest "tylko" pedofilski i nie jest to wyłącznie amerykańska afera. Przeczytałem już od śmierci miliardera kilkadziesiąt artykułów i nawet byłem w połowie kolejnego erudycyjnego tekstu, nasyconego internetowymi adresami, gdy nieopatrznie odłączyłem sobie kabel od starego laptopa, pozbawionego baterii. (Nowszy zabrała mi żona, udając się w trzydniową podróż na Festiwal Tajemnic na Zamku Książ. Wybaczcie prywatny wtręt. To osobiste interludium jest istotne.) Początkowo kląłem na czym świat stoi, bowiem cała dotychczasowa praca poszła na marne, a to już dzieje się drugi raz podczas pisania cyklu "Sztos Epsteina". Nawet mniej przesądni ode mnie ludzie potraktowaliby to jako jakiś złowieszczy znak. Więc zamiast zamęczać was, nieliczni czytelnicy, nowymi cytatami z odniesieniami do konkretnych portali i książek, ten odcinek serii poświęcę na bardziej prywatne refleksje oparte na informacjach, które sobie przyswoiłem i zapamiętałem. Nie wszystkie już mam siłę ponownie weryfikować. Wybaczcie mi to lenistwo, wynikające z frustracji.

2. Dziesięć wskazań

Ujmijmy sprawę syntetycznie. Z tego co zauważyłem, doniesienia i komentarze dotyczące śmierci miliardera-pedofila w nowojorskiej celi idą w kilku kierunkach.

Po pierwsze: dominuje zaskoczenie - prawdziwe lub udawane - jak to "samobójstwo" było w ogóle w USA możliwe. Jakby prawny przedstawiciel ofiar nie przestrzegał wcześniej publicznie przez takim zagrożeniem! Pisałem o tym szeroko w poprzednich odcinkach. Poczytajcie o analogiach między historią Epsteina a brytyjskim skandalem Profumo z lat 60. XX wieku. Gdy Profumo - ówczesny minister rządu w Londynie - został przyłapany na romansie z panną, która miała kontakty z sowieckim dyplomatą, podał się do dymisji. Gdy jego przyjaciel, który polecił mu tę młodą niewiastę, okazał się stręczycielem dla innych przedstawicieli elity, nie doczekał procesu i "popełnił samobójstwo" w więzieniu. Wspominając o tym, zabawiłem się w grę słów i określiłem obecną sprawę pedofila - aferą "perfumo". Przewidziałem, że uwikłane kręgi będą chciały szybko perfumować szambo, które tak bardzo wybiło. Nie spodziewałem się, że aż tak szybko nastąpi ta radykalna operacja kosmetyczna. Od aresztowania do śmierci Jeffa Epsteina minął zaledwie miesiąc z małym kawałkiem.    

Po drugie: pojawiają się pierwsze wezwania do ukarania odpowiedzialnych. Monity kieruje oburzony senator do zbulwersowanego całą sprawą prokuratora generalnego. Czyli: cały ten pseudodemokratyczny cyrk. Cały ten zgiełk! (All that jazz!) OK. Może nawet powołają jakąś nową komisję Warrena, która -jak pamiętamy- badała sprawę zabójstwa prezydenta Kennedy'ego. Zbadała tak, że do tej pory właściwie nic nie wiemy. Hipoteza goni hipotezę. Już czytam, że sprawa Jeffa Epsteina może być jeszcze przez wiele lat pożywką podobnych spekulacji.

Po trzecie: różnie definiowana jest odpowiedzialność za śmierć bogatego dewianta; są zwolennicy hipotezy niedopatrzenia, bądź złamania procedur; są też propagatorzy tezy o celowym doprowadzeniu do śmierci tak niewygodnej postaci. Eksperci do spraw więziennictwa są oburzeni, jak można było człowiekowi, który już raz podjął rzekomą próbę samobójczą, zdjąć po krótkim czasie specjalną całodobową kontrolę. Takiego monitoringu Epstein został pozbawiony. Przypomnę, że wcześniej wsadzono go do celi z byłym policjantem Nicholasem Tartaglione, który był oskarżony o handel kokainą, zabicie powiązanych z tym czterech mężczyzn w barze swojego brata, oraz zakopanie trupów w wynajętej posiadłości. Na jednej ze stron internetowych znalazłem jego ówczesne zdjęcie. Spogląda z niego z bezczelnym uśmieszkiem brytan w rodzaju naszego Pudziana czy też inny amerykański Hardokorowy Koksu i tuli do siebie miłe pieski.  Miłe, ale nie wszystkie małe. Swoją drogą - Tartaglione - cóż to za nazwisko, jak z włoskiej Commedia del'arte!  Sympatyczny współlokator dla Epsteina, prawda? Były policjant twierdził, że to on uratował życie "samobójcy". W relacjach potem ten komunikat podświadomie jeszcze wzmacniano, powtarzając, że pedofila z raną szyi znaleziono na podłodze,  ułożonego w celi w pozycji "embrionalnej". I tak, otrzymawszy jak w grze komputerowej nową egzystencję, Epstein został przeniesiony do innej celi. Tam już jednak nie miał więcej "żyć". Ciekawe szczegóły można o tym pobycie poczytać. A to jeden portal donosi, powołując się na własne źródło, jakoby pedofilowi grożono śmiercią i miał o tym mówić strażnikom i więźniom. W innej z kolei witrynie podano, że zmuszano Epsteina do życia w więzieniu jak "świnia w chlewie, że musiał żreć pożywienie z posadzki". Generalnie użył chłopina pod koniec. Stosuję tę prostacką ironię, aby zaznaczyć, że nie żałuję tego więźnia. Jeśli jeszcze na tym łez padole spotkało go prawdziwe piekło, to na nie zasłużył. Natomiast ważniejsza jest dla mnie możliwa strategia zastraszania Epsteina, aby nie pisnął ani słówka. Od wpakowania mu "maczo" do celi, przez ekstremalne gnojenie, aż do prawdopodobnej bardzo "sugestii", żeby się bezszelestnie i niewidzialnie powiesił. I to tuż po tym, jak zaczęły ukazywać się w świetle dnia bardzo niewygodne dla wielu dokumenty. Dowody w federalnej sprawie cywilnej pozostawały pierwotnie  "pod pieczęcią". W piątek 9 sierpnia tę pieczęć złamano. Całe - bodaj 2000 stron - materiału opublikował od razu portal infowars.com. Następnego dnia Epstein już nie żył. "Przypadek? Nie sądzę." - jak zwykło się z ironią mówić o takich dziwnych koincydencjach ("strange coincidences"). Były więzień tego samego nowojorskiego zakładu wykluczył, by tam ktokolwiek mógł sam się zabić. Nie ma jak i nie ma czym. Wyklucza to ponoć konstrukcja i wyposażenie celi, oraz specjalne stroje. "Nawet kiedy chcesz napisać list, dają ci gumowy długopis, byś nie mógł sobie zrobić krzywdy." - wyjaśnia były pensjonariusz. Dlatego najlepszą ilustracją tego rzekomego całodobowego monitoringu Epsteina wydaje mi się ten satyryczny rysunek. Oto "oko kamery".

         

Po czwarte: pojawiają się różne teorie spiskowe i to nie tylko w anonimowej domenie Internetu, ale wśród polityków - ważnych i tych najważniejszych, z jednej i drugiej strony amerykańskiej barykady. Mają te opowieści (czasem dziwnej treści), niezawoalowane specjalnie aluzje oraz walki słowne przeróżną zawartość, charakter, styl i rangę. Mamy na przykład analizę kształtu ucha "rzekomego" Epsteina wynoszonego z nowojorskiego więzienia. Ucho trupa miałoby się nie zgadzać z wewnętrznymi zawijasami w organie słuchu żywego miliardera. Do dyskusji włączył się nawet popularny zespół "Foster the People". Chłopcy zatweetowali, że śmierć Epsteina została sfingowana, a zdjęcie krążące online, które pokazuje, że zwłoki miliardera wywożone są na noszach, to element mistyfikacji. "Widzieliście zdjęcia ciała?" - napisali. "To oczywiście nie on. Przypuszczamy, że Epstein jest w prywatnym samolocie, gdzieś na Bliskim Wschodzie, przygotowując się teraz do operacji plastycznej." - skomentowali pod hasztagiem  #EpsteinBodyDouble" (w wolnym tłumaczeniu: "podmianka ciała Epsteina").  Strona lewicowo-liberalna znów przywołuje swoją "ruską śpiewkę", że to Trump z Putinem zrobili z pedofila trupa. Prawica nie jest dłużna. Wyciąga "zabójczy" hasztag #ClintonBodyCount, oskarżając Clintonów o kolejny już mord. To liczenie zwłok jest oczywiście wykpiwane przez Demokratów, ja jednak po lekturze trylogii Victora Thorna "Hillary i Bill Clintonowie" nie śmiem się z tego śmiać. Trzeci tom pt. "Morderstwa" zawiera całą listę znakomicie udokumentowanych przykładów co najmniej zagadkowych śmierci.

Intrygujące jest to tym bardziej, że Viktor Thorn, śledczy reporter-freelancer, został po wydaniu tej książki znaleziony martwy. Tak własną krwią dopisał jakby apendyks do swego dzieła. Trump wywołał burzę retweetując "ćwierk" z hasztagiem #ClintonBodyCount. Nieco mniejsze oburzenie wywołało jedno słówko Lynne Patton z administracji Trumpa. Komentując na Instagramie zdarzenie w celi napisała, że Epstein został "Hillary'd". Ten neologizm dosłownie po polsku brzmi "zhillarowany", czyli zamordowany przez Hillary.  W moim wolnym tłumaczeniu mógłby brzmieć: "Epstein? Jasna Hillary go wzięła". A jeśli chodzi o morderczą rolę Billa, proponuję hasztag #EpsteinaZaBilly. 

Po piąte: zadawane są pytania, co dalej ze "sprawą Epsteine'a"? Czy umrze śmiercią naturalną po zniknięciu podejrzanego? Pełnomocnicy ofiar zapowiadają dalszą sądową walkę o prawdę, prawo i sprawiedliwość. Bardzo to są szlachetne intencje, ale ja podejrzewam, że niewiele dalej ta sprawa się posunie, chyba że znów dojdzie do niezwykłego sądowego "zbiegu okoliczności". Przypomnę, że do ponownego rozpatrzenia afery i w końcu aresztowania Epsteina doszło wówczas, gdy prawicowy bloger i pisarz Mike Cernovich we współpracy ze znanym prawnikiem Alanem Dershowitzem (oskarżanym przez jedną z ofiar seksafery -Virginię Giuffre,) oraz dziennikarka śledcza Miami Herald Julie K. Brown wystąpili o ujawnienie dokumentów związanych z łagodnym wyrokiem dla Epsteina z 2008 roku. Sąd przychylił się do tych wniosków. Mówię o tym w dużym skrócie, bo sprawa jest wielowątkowa i skomplikowana.  Co więcej, autorzy wniosków kierowali się różnymi celami i nie do końca szlachetnymi motywacjami. Cernovicha łączyła z Dershowitzem wspólnota wsześniejszych interesów. "Miami Herald" skupiał się z kolei na dyskredytacji Donalda Trumpa, poprzez atak na prokuratora Alexa Acostę. Pisałem już o tym szerzej w poprzednich odcinkach mojego cyklu. Być może sprawy po prostu wymknęły się spod kontroli? I nie dało się już afery Epsteina dłużej chować pod korcem? Jest więc szansa, że i teraz, za sprawą małego kamyczka, ruszy nowa lawina.  Nie wszystkim jednak da się sterować.  To bardzo pocieszające.         

Po szóste: co z odpowiedzialnością osób ze świecznika, które łączono - tak czy inaczej - z działalnością zboczonego finansisty? A jak analizowałem w poprzednich częściach "Sztosu Epsteina", jest ich wielu i to na całym świecie, w światku politycznym, finansowym, naukowym, artystycznym, arystokratycznym. Ofiary liczą na to, że w sidła aparatu ścigania i wymiaru sprawiedliwości wpadnie cała uwikłana w aferę Epsteina pedofilska sieć.  Czy ukręcą łeb tej hydrze, czy raczej inni ukręcą łeb sprawie? Stawiam na to ostatnie.  Za chwilę jeszcze rozwinę ten temat.

Po siódme: czy ofiary seksualnego, pedofilskiego zniewolenia otrzymają godziwe zadośćuczynienie za niegodziwe czyny swoich oprawców? Pełnomocnicy ofiar zapowiadają walkę o duże odszkodowania. Zadośćuczynienie wykorzystywanym dziewczynkom, a dziś dorosłym kobietom z traumą na całe życie, powinno być naprawdę sowite. Zresztą na biednego nie trafiło.  Tak by się wydawało. Jednak Miami Herald studzi te nadzieje. Domniemane samobójstwo Jeffrey'a Epsteina stanowi znaczącą przeszkodę dla prokuratorów federalnych, którzy spędzili miesiące, by wytoczyć  sprawę przeciwko multimilionerowi, tak aby w lipcu został oskarżony w sądzie federalnym w Nowym Jorku o handel seksualny nieletnimi dziewczętami. Teraz wiele ofiar nigdy już nie stawi mu czoła w sądzie . A rekompensata finansowa dla nich jest mocno niepewna. W akcie oskarżenia prokuratorzy federalni wyrazili zamiar skonfiskowania nieruchomości Epsteina, które były wykorzystywane jako miejsca zniewalania seksualnego nieletnich ofiar. Jednak jego śmierć to poważne wyzwanie dla takiego zastosowania przepadku majątku, aby zapewnić odszkodowanie domniemanym ofiarom zdegenerowanego krezusa. - donosi Miami Herald.

Po ósme: czy po tak potężnym skandalu powstanie jakiś oddolny ruch społeczny, wybuchnie jakaś rewolta przeciwko bezkarnym dewiantom w gronie globalnej elity? Nie sądzę. Akcja #MeToo, wywołana aferą Harveya Weinsteina, przetoczyła się przez środowisko celebrytek, bardzo wpływowe i chętnie zapraszane do mediów. Dzieci (często z nizin i tzw. patologicznych rodzin) wykorzystywane przez elity i elitki to zupełnie inna kasta- niższa, a bywa, że najniższa. Za tymi pariasami niewielu chce się ująć. Chyba, że w grę wchodzą ofiary kapłanów Kościoła katolickiego. Jednak w tym przypadku,  śmiem twierdzić, a bardzo chciałbym się mylić, chodzi raczej o atak na wielką, globalną znienawidzoną instytucję, niż o biednych maluczkich.   

Po dziewiąte: czy kiedykolwiek wyjdzie na jaw wiedza o roli służb specjalnych i tak zwanego "Shadow Government" ("Ukrytego Rządu") w tym całym pedofilskim procederze? Jak już pisałem w moim cyklu, padają oskarżenia i pytania (przez śmierć Epsteina coraz głośniejsze, coraz bardziej otwarte) o rolę Rosji, o długie ręce Mosadu, o Głębokie Państwo. W poprzednich odcinkach "Sztosu Epsteina" wspominałem o wątkach okultystycznych stowarzyszeń, w których wykorzystywanie dzieci jest wpisane w rytualną obrzędowość. Zdaję sobie sprawę, że te motywy są często przedmiotem kpin. Więc na pewno z takim chichotem, albo pukaniem w głowę, spotka się moja wzmianka, że na swojej tajemniczej "świątyni" na "Wyspie Orgii" Jeff Epstein umieścił sowę, symbol starożytnego bożka Molocha, któremu składano ofiary z dzieci. W Starym Testamencie czytamy napomnienie: "Nie będziesz dawał dziecka swojego, aby było przeprowadzone przez ogień dla Molocha, nie będziesz w ten sposób bezcześcił imienia Boga swojego. Ja jestem Pan!"  Sowa Epsteina jest miniaturą słynnego 30-metrowego posągu stojącego w słynnym gaju Bohemian Grove. To motywy, które pojawiają się na stronach obywatelskich badaczy afery.

Na tym terenie oddalonym 120 kilometrów od San Francisco zbiera się Bohemian Club, elitarna grupa łącząca ludzi polityki, wojska, biznesu, świat medialny i artystyczny. Ceremoniały odprawiane w sekwojowym lesie budzą niezdrowe zainteresowanie, ale nie chodzi tylko o sensacje. Zarówno Bohemian Club, jak Klub Bilderberg to nie są żadne wymysły prawicowych oszołomów, sen wariata, który stracił rozum, bo wertował strasznie wiele stron internetowych z teoriami o reptilianach, rządzących światem ludziach-jaszczurach. Te elitarne kręgi naprawdę, na osobności, się spotykają, faktycznie ustalają harmonogram dalszych działań dla całego świata.

Wracam do początku mojego artykułu: to "Oni" rzeczywiście decydują o tym, co będzie dla każdego z nas realne, a co nie. To "Oni" mają najwyższą moc sprawczą. Dlatego tak ważna jest kontrola nad tymi enigmatycznymi gremiami, unikającymi rozgłosu, ukrywającymi się w swoich świętych gajach, w pałacach otoczonych wysokim ogrodzeniem i czujną strażą, w starych zamkach na wysokich skałach, tradycyjnych budowlach nafaszerowanych najnowocześniejszą  elektroniką. Przecież spotkania na prywatnej wyspie Epsteina niczym się od tego nie różniły. W poprzednich odcinkach mojego cyklu dokładnie opisałem akolitów pedofila: polityków i aktorów, arystokratów i naukowców. Wszyscy z najwyższego szczebla społecznej, światowej drabiny. A wokół pełno młodziutkich dziewcząt. Dziewczynek. Jeden z komentatorów-ironistów, typowych dla liberalnych portali, wyśmiewał porównywanie afery Epsteina do filmu Stanleya Kubricka "Oczy szeroko zamknięte". I odesłał z wyraźnym sarkazmem do fotoreportażu ze słynnego "Surrealistycznego Balu" w Chateau de Ferrières z 1972 roku, którego gospodarzem była baronowa Marie-Hélène de Rothschild i jej mąż Guy. 

Faktycznie Kubrick inspirował się estetycznie tym towarzyskim spotkaniem w stylu René Magritte'a. Jednak reżyser nie ograniczył się wyłącznie do inspiracji wizualnej, ukazał że za tą - chwilami upiorną przebieranką - kryje się groza gnozy, opętanie okultyzmem. Zatem pytanie, które nurtuje nas maluczkich, nie brzmi: czy bogacze się bawią inaczej niż my, bo są bogaci? Pytamy: czy bogaci naprawdę tylko tak niewinnie się bawią, czy też za tą grą kryją się poważne rytuały, ceremonie odprawiane na serio? Mówiąc wprost: czy światem rządzą zdeprawowani nihiliści, albo jeszcze gorzej sataniści, czczący czyste Zło?  Czy to są głupie pytania, kiedy na światło dzienne wyszło aż tyle szokujących szczegółów na dowód wyżej postawionej hipotezy?      

Po dziesiąte: czy gigantyczna afera z wykorzystywaniem nieletnich w Ameryce pociągnie za sobą podobne przesilenia w innych częściach świata? (Domniemana pedofilia Władimira Putina, plotki i niedopowiedzenia o preferencjach seksualnych Emmanuela Macrona, zamieciona pod dywan i sprowadzona do poziomu satyry afera bunga-bunga Silvio Berlusconiego itp.)

Przypomnę, co o przywódcy Rosji pisała prasa w Londynie. To seksualne oskarżenia formułowane przez Aleksandra Litwinienkę pod adresem Władimira Putina, mogły być przyczyną zabicia byłego oficera FSB za pomocą polonu. Litwinienko rozpowszechniał informacje, że Putin jest pedofilem. W swoim artykule ten przeciwnik prezydenta Rosji przywołał spotkanie Władimira Władimirowicza z chłopcem "w wieku czterech lub pięciu lat" na placu w pobliżu Kremla.

"Putin ukląkł, podniósł koszulkę chłopca i pocałował go w brzuch" - napisał Litwinienko. I dodał: "Nikt nie może zrozumieć, dlaczego rosyjski prezydent zrobił tak dziwną rzecz, jak całowanie brzucha nieznanego małego chłopca". Były agent twierdził też, że rosyjski prezydent sam znalazł "taśmy wideo w dyrekcji FSB, które ukazywały, że uprawiał seks z małoletnimi chłopcami". Czy te wyznania Litwinienki mogły mieć związek z jego okrutną śmiercią? Nikt tego nigdy nie wyjaśnił. 

Kilka lat temu włoski Sąd Najwyższy uchylił wyrok skazujący 60-letniego mężczyznę za seks z 11-letnią dziewczynką, biorąc pod uwagę ich "miłosny związek". Sąd uzasadnił wyrok brakiem przymusu fizycznego i obopólną zgodą partnerów. Sprawa ta była szeroko omawiana w związku z oskarżeniem premiera Włoch Silvio Berlusconiego o uprawianie seksu z prostytutką w wieku poniżej 18 lat. Prasa donosiła o alfonsach włoskiego premiera. Takimi jego "Epsteinami" byli - siedemdziesięciodziewięcioletni prezenter telewizyjny Emilio Fede i pięćdziesięcioletni Dario "Lele" Mora.  Mora.  Oskarżano ich o odgrywanie kluczowej roli w organizowaniu imprez "bunga bunga".

To Fede "odkrył" Karimę El Mahrouga ("Ruby"), urodzoną w Maroku tancerkę erotyczną. Jako siedemnastoletnia prostytutka miała ona uprawiać miłość z podstarzałym lowelasem, będącym szefem włoskiego rządu. Płacenie za stosunki seksualne z dziewczyną, która nie ukończyła jeszcze 18 lat, jest we Włoszech przestępstwem, ze które grozi kara pozbawienia wolności do trzech lat. Jednak ostatecznie  Sąd Najwyższy, uznał że podczas słynnych orgii "bunga bunga" ekspremier nie korzystał usług nieletniej prostytutki. 

W 1992 Emmanuel Macron miał 15 lat, gdy rozpoczął  romans ze swoją nauczycielką - Brigitte z domu Trogneux primo voto Auzière. Kobieta - dziś Pierwsza Dama Francji - miała wtedy lat 39. Sprawa chyba jasna. Pozostaje tylko jedna wątpliwość - terminologiczna - czy to była pedofilia, czy efebofilia.   

3. Dwie miary

Zastanawia mnie, jak to jest? Jeśli z taką konsekwencją i bezkompromisowością tropiona jest na świecie pedofilia wśród kleru katolickiego, zresztą bardzo słusznie, dlaczego nie nagłaśniane są równie częste przypadki wykorzystywania dzieci przez pastorów, rabinów, czy wychowawców w organizacjach skautowskich? Wystarczy poszukać w Internecie, żeby zebrać pokaźne, naprawdę ogromne dossier na ten temat, jak z erotycznego horroru.  

Mam nieodparte wrażenie, że tak długie skrywanie pod korcem "afery Epsteine'a" było możliwe nie tylko dlatego, że uwikłani są w nią liczni wpływowi ludzie. Decydowała też o tym niestety także polityczna poprawność, która jest w obecnym świecie rodzajem totalitarnego kagańca. Bez zerwania go nie ma mowy o pełnej społecznej kontroli ludzi władzy. A nie zanosi się na to. Przeciwnie, tłumik jest coraz większy i coraz mocniej dokręcany. Dziennikarze obawiają się podejmowania takich niebezpiecznych tematów. Mają powody. Ostracyzm to najłagodniejsza konsekwencja.                                     

Wbrew pozorom, złowieszczy jest czas w którym żyjemy, i wcale nie mam na myśli wyłącznie tych zagrożeń, które płyną z komunistycznych satrapii typu Chiny, czy Korea Północna. Niestety nie bardzo chcemy zauważyć, jak po równi pochyłej ześlizguje się ten nasz, rzekomo wolny, demokratyczny zachodni świat. Grupy, które niegdyś były spychane na margines i autentycznie prześladowane, dzisiaj - chyba w ramach jakiegoś resentymentu - chcą się stawiać ponad innymi (innymi od nich) i dyktować im swoje, absurdalnie wygórowane warunki, na zasadzie: wszystko, albo nic. Pozwolę sobie na dygresję, ale nie odbiegającą bardzo od tematu.   

Oto przykład tłumienia debaty historycznej. Profesor Richard Plant - gejowski działacz pochodzenia żydowskiego, emigrant z nazistowskich Niemiec do USA - napisał książkę "The Pink Triangle: The Nazi War Against Homosexuals". To praca, w której starał się udowodnić, że to homofobia była przyczyną prześladowania homoseksualistów w III Rzeszy. Tom profesora Planta został przyjęty z entuzjazmem i cieszy się dużą estymą.

Oczywiście każdy autor ma prawo do stawiania tez, dowodzenia ich słuszności i przytaczania argumentów. To czytelnik powinien ocenić, czy jego argumentacja jest wiarygodna, koherentna, wyryfikowalna itp. Dlaczego zatem potępiana i odsądzana od czci i wiary jest inna książka - współautorstwa żydowskiego tradycjonalisty Kevina Abramsa pt. "Różowa swastyka", w której przytaczane są fakty na temat nasycenia partii nazistowskiej homoseksualistami? Czy ci, którzy dzisiaj rzucają wyzwiskiem "naziol" pod adresem przeciwnika "tęczowej" rewolucji, zdają sobie sprawę z tego, że nazizm w dużej mierze zawdzięcza swą męską, totalitarną butę homoseksualnym "twardzielom", którzy nie znosili wszystkiego, co rozmemłane, dekadenckie, liberalne etc. ? (Nazywano ich "butches" w odróżnieniu od zniewieściałych "femmes".)  W "Różowej swastyce" mamy  dziesiątki nazwisk wysoko postawionych hitlerowskich działaczy o takiej konstrukcji psycho-fizycznej. Dochodził do tego szerzący się wśród tych sfer okultyzm, oparty na homoseksualnej magii erotycznej. Warto poczytać kim był i jaką rolę odgrywał w tym czasie niejaki Aleister Crowley, zwany Bestią 666.) Ten irracjonalizm był prekursorski wobec niektórych współczesnych prądów ezoterycznych, gnostyckich, New Age'u itp. Robię tę dygresję, aby ukazać przedziwne związki i nieoczekiwane kontynuacje, niewidoczne gołym okiem korzenie i ciemne źródła współczesnych nurtów.

To właśnie dlatego prześledziłem możliwy, gdzieniegdzie w sieci sugerowany, trop sabataizmu Jeffreya Epsteina. Jego perwersyjne, pozbawione jakichkolwiek granic moralnych zachowania erotyczne połączone z szalonym projektem poprawy ludzkiego gatunku przy pomocy własnego DNA, przypomniały mi bowiem o niezwykłych ideach żydowskiego mesjasza Sabataja Cwi oraz orgiastycznych rytuałach jego radykalnych wyznawców.

W postaci Jeffreya Epsteina ujrzałem kogoś w rodzaju Zeliga bohatera filmu Woddy'ego Allena. To człowiek "proteuszowy", zmieniający bez przerwy swoje tożsamości. Wywodzący się z proletariackiej żydowskiej rodziny, w dość "oryginalny" sposób pnący się po szczeblach akademickiej kariery, dochodzący w niewyjaśniony sposób do ogromnych pieniędzy, aż w końcu brylujący na globalnych salonach, jest jak Enigma. Podobnego żydowskiego człowieka-zagadkę opisał  Pini Dunner - ortodoksyjny rabin mieszkający w Beverly Hills w Kalifornii- w swojej książce "Mavericks, Mystics & False Messiahs: Episodes from the Margins of Jewish History" ("Indywidualiści, Mistycy i Fałszywi Mesjasze: epizody z marginesów żydowskiej historii"). Niejaki Icchak Trebicz, ortodoksyjny żyd urodzony w 1879 r. na Węgrzech, przeszedł na chrześcijaństwo, gdy pojawił się w Anglii w 1897 r. Już jako Ignaz Trebitsch-Lincoln zamieszkał  w Kanadzie jako chrześcijański misjonarz ze swoją niemiecką żoną Margarethe. Następnie para przeniosła się do Anglii, gdzie Trebitsch-Lincoln z powodzeniem kandydował do parlamentu w 1909 r. Jednak z powodu bankructwa zrezygnował ze swojej kadencji. Podczas I wojny światowej próbował szpiegować zarówno dla Anglii, jak i dla Niemiec, zanim uciekł do Stanów Zjednoczonych. Trafił tam do więzienia w Nowym Jorku i  opowiadał sensacyjne historie w wywiadach prasowych  przed repatriacją do Anglii. W latach powojennych związał się ze skrajnie prawicowymi spiskowcami w Niemczech. Podobno ostrzegano Hitlera, by z nim nie rozmawiał z powodu jego żydowskich korzeni. Trebitsch-Lincoln ostatecznie zdradził swoich narodowo-socjalistycznych towarzyszy i udał się na Wschód, gdzie został ... mnichem buddyjskim o imieniu Chau Kung. Został uznany przez Japończyków za Dalajlamę Tybetu przed śmiercią w 1943 r. Wypisz-wymaluj XX-wieczny Sabataj Cwi. A nasz (anty)bohater?

Czy Jeffrey Epstein, człowiek o wielu twarzach, jak goście w "światowidowych" maskach z Balu Iluminatów na zamku baronowej Marie-Hélène de Rothschild, mógł być takim Trebitschem-Lincolnem? Skąd się wziął  ten "człowiek znikąd", przyjaciel polityków z najwyższej półki, hojny sponsor żydowskich fundacji, kumpel aktorów i innych celebrytów, mecenas uczonych, a jednocześnie pedofil, alfons i najpewniej agent (pytanie: jakich służb)? Próbowałem podążyć tropem, który wydawał mi się najbardziej frapujący: jego dziwnej budowli na Pedo-wyspie.     

Zdaję sobie sprawę, że moje "internetowe dochodzenie" dotyczące sabatajskich inspiracji tajemniczego budynku jest oparte wyłącznie na mojej hipotezie badawczej. W poprzednim odcinku "Sztosu Epsteina" zająłem się łaźnią w Aleppo, tak bardzo przypominającą "świątynię" Epsteina. Ich podobieństwo - jak nikt dotąd - wytłumaczyłem możliwym nawiązaniem tego architektonicznego cytatu do wizyty Sabataja Cwi w syryjskim mieście w 1665 roku. Niech czytelnicy sami osądzą, czy to uprawniony trop. A jeśli nie, mogą podać przeciwne argumenty.

Tak, według mnie, powinna wyglądać normalna debata w demokratycznym społeczeństwie. Jeśli pewne pytania zostaną z miejsca zdyskwalifikowane, pora umierać. Nie chcę, by mój pytajnik przypominał ciało Jeffreya Epsteina zwinięte w pozycji embrionalnej. Brutalnie mówiąc: trupy, bardziej niż dzieci, głosu nie mają.