Prawdziwi transhumaniści nie chcą mieć nic wspólnego z „pedofilskim narcyzem” Jeffreyem Epsteinem - czytam o reakcjach na doniesienia „New York Timesa” o "genetycznych" rojeniach miliardera-degenerata. Witryna melmagazine.com cytuje wypowiedzi sfrustrowanych wyznawców naukowego postępu i wiary w ulepszenie ludzkiego gatunku. Dla mnie to współcześni kabaliści, wierzący w nowego Golema.

1. Trans Jeffreya

"Autentyczni" transhumaniści uważają, że chora była obsesja Epsteina na punkcie krioniki - czyli "głębokiego ochładzania ciał ludzi, których współczesna medycyna nie jest w stanie utrzymać przy życiu, i przechowywania ich w temperaturze ciekłego azotu (-196 °C), z intencją przywrócenia do życia, kiedy medycyna wystarczająco się rozwinie". Tak Wikipedia definiuje tę wiarę. Przypomnę, że w poprzednim odcinku cyklu "Sztos Epsteina" relacjonowałem plany amerykańskiego oligarchy, aby po śmierci zamrozić swego penisa i głowę. Jeśli zamrożenie głowy Epsteina jest "jednym ze sposobów na pozbycie się go, to w pełni zachęcamy do wypróbowania tej metody jak najszybciej" - komentują wściekli na miliardera zwolennicy homo 2.0.  Dziwnie to brzmi, biorąc pod uwagę tajemniczą, więzienną "próbę samobójczą" pedofila i przyjaciela elit.

"Przypadek Epsteina to wypaczenie wszystkiego, co oznacza transhumanizm" - podkreślają oburzeni wyznawcy tej idei. Podobnie oceniają projekt perwersyjnego bogacza, aby "zaszczepić i poprawić rasę ludzką " swoim DNA. "Doświadczyłem największego zainteresowania mediów moją dziedziną. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłem" - dziwi się Zoltan Istvan, amerykański dziennikarz i przedsiębiorca, założyciel Partii Transhumanistycznej. Jednak nie jest to dla niego - mówiąc delikatnie - najbardziej pożądana reklama idei, w którą sam wierzy oraz propaguje.

Przypomnę w skrócie, że wielokrotnie, począwszy od  2000 roku, Epstein opowiadał naukowcom i biznesmenom o swoich chorych ambicjach, aby wykorzystać ranczo w Nowym Meksyku jako bazę, w której kobiety byłyby zapładniane jego nasieniem i rodziłyby jego dzieci. "Te samolubne cele są sprzeczne z zasadami transhumanistów." - zdecydowanie dystansuje się od miliardera 26-letni Jack Ebersole, fizyk i bloger z Chicago. "Nie muszę chyba szczegółowo wyjaśniać, dlaczego pomysł ‘małego rancza', oraz fantazja o zapłodnieniu dwudziestu kobiet w tym samym czasie, w celu rozprzestrzenienia własnych genów, nie ma nic wspólnego z dążeniem do poprawy kondycji ludzkiego gatunku." - komentuje Ebersole, określając fantazmaty Epsteina jako sposób na zaspokajanie zboczonych pragnień fetyszysty. A przecież prawdziwy transhumanizm to taka szlachetna idea! - przekonują radykalni wyznawcy tej nowej quasireligii. To "ruch intelektualny, kulturowy oraz polityczny, postulujący możliwość i potrzebę (ale nie konieczność) wykorzystania nauki i techniki, w szczególności neurotechnologii, biotechnologii i nanotechnologii, do przezwyciężenia ludzkich ograniczeń i poprawy kondycji ludzkiej." W skrócie jest oznaczany jako >H lub H+.

Czyżby, mówiąc w skrócie,  transhumaniści wierzyli w inny fetysz ... technologii?

Ja nie wierzę w świecką, ludzką nieśmiertelność H+.

Nie wierzę w życie po życiu, życie już po odmrożeniu >H.       

Nie będę więc pisał o ciekłym azocie.

Nie fizyką się zajmę, a metafizyką. Ale najpierw: architektura.

2. Architektura "świątyni d(((u)))mania"

Czytam artykuł w NBC News o dziwacznym budynku w niebieskie pasy na prywatnej karaibskiej wyspie Jeffrey'a Epsteina. Portal donosi, że obiekt ten miał być pawilonem muzycznym. Jednak ostatecznie jego design okazał się zupełnie inny. Dziennikarzy zaintrygowało, z jakiego powodu zmieniono projekt, na który uzyskano wcześniej zezwolenie. NBC News jest portalem należącym do "głównego nurtu", więc oczywiście z dużym sceptycyzmem podchodzi do hipotez pojawiających się w nieoficjalnym Internecie. "Budynek, w kształcie gigantycznego pudła i początkowo zwieńczony złotą kopułą, podsyca szalone spekulacje i teorie spiskowe w sieci" - komentuje autor artykułu. Według mnie niektóre rozważania internautów nie związanych z amerykańskim mainstreamem są intrygujące. Bardziej frapujące są często dla mnie analizy publicystów-amatorów niż te, którymi chwalą się tuzy oficjalnej żurnalistyki. Właśnie śledztwo NBC News wydaje mi się brnięciem w ślepy dziennikarski zaułek, ale może się mylę. Wybiorę się jednak na te manowce, ponieważ są one koniecznym wstępem do moich kolejnych hipotez na temat afery.  

"Rysunki dostarczone przez architektów Epsteina agencji US Virgin Islands, która nadzoruje rozwój wybrzeża, pokazują, że obiekt zaprojektowano jako pawilon przeznaczony do wykonywania w nim muzyki: ośmiokątny budynek o powierzchni 3500 stóp kwadratowych z fortepianem." Dziennikarze NBC News z uporem godnym lepszej sprawy stawiają pytania, czy został on zbudowany zgodnie z projektem przedłożonym Departamentowi Planowania i Zasobów Naturalnych. Szkice w dokumentach prawie nie przypominają bowiem zbudowanej potem konstrukcji. Jeden z urzędników rzeczonego departamentu przyznał, że faktycznie istnieją różnice, zwłaszcza jeśli chodzi o kształt budynku, ale odmówił dalszych komentarzy. 

Dziennikarze NBC News nie są zdziwieni, że Epstein chciał mieć dla siebie wielki pokój muzyczny na swojej prywatnej wyspie. Przyjaciele i byli współpracownicy bogatego finansisty oskarżonego o handel ludźmi i wykorzystywanie seksualne młodych dziewcząt, wspominali go bowiem jako utalentowanego pianistę. Zezwolenie wydane firmie Epsteina dotyczyło budowy sali muzycznej o powierzchni 1800 stóp kwadratowych. NBC News podało w sensacyjnym tonie, że miliarder zmienił jednak projekt i zdecydował o powiększeniu posiadłości na wyspie w tym samym okresie, w którym prawnicy pedofila po jego pierwszej poważnej "wpadce" potajemnie negocjowali łagodną dla niego umowę z federalnymi prokuratorami w Miami.

Może to i ciekawe z punktu widzenia amerykańskiej polityki. Jak już wspominałem w poprzednich odcinkach "Sztosu Epsteina", to ówczesny prokurator Alexander Acosta, późniejszy sekretarz pracy w administracji Trumpa, wypracował z naszym bogatym dewiantem to liberalne dla niego rozwiązanie. (Przypominam, że miał to uczynić po sugestii, że Epstein jest ze służb specjalnych). Więc to, że złapany za rękę (?) miliarder w tym czasie (2007/8) nosił się już z planami powiększenia posiadłości, specjalnie mnie nie dziwi. Po prostu był pewien swego i tyle. Kompletnie mnie to nie ciekawi. Dziennikarze w USA, tak jak na całym świecie, również w Polsce, są w dużej części powiązani z walczącymi ze sobą obozami politycznymi. Stacja NBC News informacją o rozbudowywaniu "hacjendy" przez pedofila w okresie, kiedy rzekomo wpadł w tarapaty, chciała po prostu uderzyć w Donalda Trumpa (rykoszetem- pociskiem odbitym od "ustrzelonego" Acosty). Dość więc na tym, bo inne sprawy, związane z jakże zagadkowym budynkiem Epsteina,  są znacznie dla mnie ciekawsze.   

3. Geometryczne rymy

Witryna vigilantcitizen.com ma motto "Symbole rządzą światem, nie słowa, ni prawa", sentencję rzekomo przypisywaną Konfucjuszowi. Nawet jeśli to autorstwo nieprawdziwe, nawet jeśli ta myśl jest apokryficzna, to, według mnie,  i tak oddaje głębszą prawdę o rzeczywistości, w której się poruszamy. Tak też traktuję analizy, które zostały umieszczone na tej interesującej internetowej stronie. Autor  tutejszej prezentacji ukazuje całkiem możliwy pierwowzór obiektu na pedofilskiej wyspie.  A przynajmniej coś niezwykle podobnego do epsteinowskiego sześcianu ze złotą kopułą. Mianowicie... łaźnię w Syrii. Analogie widać gołym okiem. Tajemnicza rzecz!

Czytam w tekście na vigilantcitizen.com przypomnienie, czym była wyspa Little Saint James, zwana "Pedophile Island", albo  "Orgy Island", na którą ściągano nieletnie niewolnice seksualne i przedstawicieli globalnej elity. Bliższy ogląd wyspiarskiej architektury ujawnia dziwne szczegóły, które wymagają dalszych badań. Wszystko wydaje się być tam wykonane na szczególne zamówienie, aby zaspokoić ekstremalne wymagania zdeprawowanej światowej świty. Czyżby zanurzonej w okultystycznych odmętach? Rodzą się takie podejrzenia, kiedy widzi się dziwny budynek, tak bardzo przypominający orientalny obiekt, na dodatek z umieszczonymi na nim symbolicznymi rzeźbami. A może szalone "transhumanistyczne", "eugeniczne", "kroniczne" pomysły Epsteina mają podłoże w ezoterycznych wierzeniach? Nie tylko ja o tym pomyślałem.

4. Mroki oświeconych

Aresztowanie Jeffrey'a Epsteina to co więcej niż tylko działanie wymierzone w seksualnego drapieżnika. - czytam na stronie amerykańskiego "Newsweeka". Według tygodnika jest to także przekonujący dowód na korupcję wśród najpotężniejszych grup politycznych oraz wpływowych elit biznesowych w Stanach Zjednoczonych. Jednak- jak podkreśla autor artykułu - na obraz sytuacji, który widzi opinia publiczna, składają się zarówno szokujące, zweryfikowane informacje, jak i insynuacje, które budzą przerażenie. Tym bardziej, że są już gotowe schematy... w kulturze popularnej. Jako przykład publicysta podaje ostatni, zagadkowy, budzący wiele teorii spiskowych film Stanleya Kubricka pt. "Oczy szeroko zamknięte". To jest właśnie obraz definiujący epokę Jeffreya Epsteina - konstatuje anglojęzyczny "Newsweek".

Przypomnę, "Eyes Wide Shut" to dzieło z 1999 roku, będące rzekomo jedynie erotycznym dramatem psychologicznym opartym na noweli modernistycznego austriackiego pisarza Arthura Schnitzlera. Jednak, pierwszą ważną zmianą w filmie Kubricka jest przeniesienie akcji z Wiednia z początków XX wieku do Nowego Jorku lat 90. Mówiąc w dużym skrócie, jest to historia małżeństwa należącego do towarzyskiej śmietanki: on wzięty lekarz, ona właścicielka galerii. Bill Harford przeżywa szok, gdy jego upalona trawką połowica Alice przyznaje, że przed rokiem roiła sobie romans z innym mężczyzną. Jednak nie same psycho-seksualne perypetie pary (znakomicie zagranej przez autentyczne ówczesne aktorskie małżeństwo - Nicole Kidman i Toma Cruise'a) są motywem, który od lat tak rozpala masową wyobraźnię.

Kluczowe dla wielu odbiorców jest ukazanie przez Stanleya Kubricka wewnętrznych piekielnych kręgów tajemniczej elity. Właśnie obrazy orgiastycznej obyczajowości, zagadkowych rytuałów oraz użytej przez reżysera symboliki, wywołały wielką falę spekulacji. Podsyciła je śmierć reżysera na zawał serca tuż przed premierą oraz pogłoski o zmianach w jego dziele, których celem miało być ukrycie ujawnionej przez niego prawdy o zdeprawowanych nadludziach rządzących światem i uprawiających okultyzm. Jedną z witryn, które przeglądam, aby wejść w świat spekulacji na temat autora "Eyes Wide Open" oraz rzekomo ezoterycznego przesłania jego ostatniego dzieła, jest kentroversypapers.blogspot.com. Autor podsumowuje swoją analizę słowami: "Ten film nie tylko zawiera jakąś niewytłumaczalną symbolikę, ale przy jego tworzeniu Kubrick mógł popełnić fatalny błąd, pokazując zbyt wiele prawdy w odniesieniu do grupy samozwańczych elit rządzących światem, znanych jako iluminaci. Choć to może być zbieg okoliczności, ale wiele dziwnych okoliczności towarzyszyło śmierci artysty, który w przeddzień cieszył się doskonałym zdrowiem."

W nawiązaniu do fabuły filmu autor artykułu w amerykańskim "Newsweeku" snuje intrygujące paralele z ostatnim seks-skandalem.  W przeciwieństwie do "Eyes Wide Shut", filmie w którym spoglądamy przez dziurkę od klucza do mrocznego salonu elitarnych, zdeprawowanych ezoteryków, różne brudy Epsteina są prane są publicznie- tj. na łamach czasopism i na ławie sądowej. Jednak aresztowanie bogatego pedofila, powiązanego z tak wieloma mogącymi tak wiele, wciąż stawia nas w stanie pół jawy pół snu. Jesteśmy zawieszeni między podejrzeniami a rzeczywistością, do której nas dopuszczono. Czekamy i chcemy wiedzieć, gdzie można dowiedzieć się więcej.              

5. Podróż na Wschód

Kontynuuję moje prywatne "śledztwo" i powracam na stronę vigilantcitizen.com. Zastanawiam się poważnie, pomimo groźby kpin, czy właśnie ezoteryczny ceremoniał nie jest w przypadku Epsteina dobrym kierunkiem interpretacyjnym. "Chodzi o symbolikę i rytuał." - podkreśla autor tekstu. I podaje właśnie konkretny trop: architektoniczny i historyczno-kulturowy. Czy to nie dziwne, że "świątynia" Epsteina na jego "Pedo-wyspie" jest uderzająco podobna do Hammam Yalbugha, łaźni publicznej  zbudowanej w XV wieku w syryjskim Aleppo? Czytam w angielskiej Wikipedii, że Hammam Yalbugha została prawie całkowicie zniszczona podczas toczącej się wojny w Syrii. Bardzo interesujące informacje o tego typu łaźniach można odnaleźć na stronie bathlocator.com. To w kulturze islamskiej szczególne miejsce, które mogłoby tłumaczyć jego obecność na Epsteinowskiej "Wyspie Orgii".

"Deklaracja seksualności jedynie poprzez bycie nagim sprawia, że hammam jest miejscem o ekspresji płciowej." - czytam erotyczną wskazówkę. Internauci, szukając semantycznych tropów, zwracają też uwagę na inną "ekspresję": relację pomiędzy panem a niewolnikiem , stosunek między panem a niewolnicą.  Łaźnia Hammam Yalbugha została bowiem zbudowana za panowania Mameluków.  I co ciekawe "mamlūk‎" to po arabsku "niewolnik". Rzecz jasna, sceptycy zaraz zaczną kręcić nosem, że są to za daleko idące skojarzenia, że to arbitralnie dobrane asocjacje. Nie wykluczam tego wcale.  Ale przecież w przypadku Epsteina i jego diabelskiej globalistycznej świty mamy do czynienia z mocnym przeświadczeniem o własnej wyjątkowości, "świeckiej świętości", ba! ziemskiej boskości. Ci ludzie uważający się Panów Świata Tego, oraz kreatorów nowej cywilizacji, mają swoje ukryte rytuały, skomplikowane symbole, znaki dla wtajemniczonych . Zresztą to zrozumiałe na płaszczyźnie pragmatyki.  Oni - nawet z przyczyn racjonalnych, nie mówiąc o ezoterycznych - muszą posługiwać się językiem tajemnym, mową ezopową, pełną ukrytych sygnałów i niedopowiedzeń. Powróćmy do semantyki Epsteinowskiej architektury, czyli rozważań o znaczeniu kształtu bryły w biało-niebieskie pasy i umieszczonych na niej dziwnych rzeźb. Wciąż jesteśmy na "Wyspie Orgiastycznej".

Zauważyłem, że największe pokłady sceptycyzmu wśród internautów, dyskutujących o fenomenie budowli Epsteina, rodzi się na styku dwóch, rzekomo zawsze sprzecznych, tradycji: islamskiej i judaistycznej. Przecież jeśli erotyczny drapieżnik, piszą wątpiący, faktycznie  kierował się symboliką arabską i wybrał łaźnię w Aleppo w charakterze pierwowzoru swej prywatnej "świątyni", działałby z dziwnych pobudek. Przecież to są tradycje muzułmańskie, które powinny być mu zupełnie obce, jeżeli nie otwarcie wrogie. Epstein był bowiem bardzo związany ze społecznością żydowską i łożył ogromne pieniądze na różne żydowskie fundacje i instytucje. Swoją drogą, jak donosi prasa na Zachodzie, mają one teraz z tym spory kłopot, co najmniej wizerunkowy (Przypomina to w dużym stopniu casus Bernarda Madoffa, Żyda który przez upadek swojej piramidy Ponziego pogrążył finansowo wielu współwyznawców).

Wracając do Epsteina - światło na jego islamskie inspiracje i dewiacje seksualne może rzucić jego domniemany i już analizowany w sieci sabataizm. W Polsce z takim przypuszczeniem podzielił się dziennikarz i pisarz Hubert Kozieł na swoim blogu foxmulder2.blogspot.com. Tam była na ten temat wzmianka o Epsteinie, ja rozszerzę ten wątek, bazując na naukowych i publicystycznych źródłach. Ale najpierw słowo wyjaśnienia, encyklopedycznej egzegezy. 

Sabataj Cwi, był siedemnastowiecznym żydem sefardyjskim, kabalistą i rabinem.  Wystąpił jako długo wyczekiwany żydowski mesjasz w 1648 roku, co w świecie wyznawców Talmudu i Kabały wywołało ogromny entuzjazm. Jednak w pewnym momencie swego bardzo burzliwego życia, w 1666 roku, Sabataj Cwi przeszedł na islam, co spowodowało sporą konsternację. Ku zaskoczeniu jego wyznawców samozwańczy mesjasz uznał swoją konwersję  za nowe przymierze z Bogiem. Zdaniem Sabataja konieczna była w wypadku żydów taka zmiana wiary. Albowiem to islam miał być nowym miejscem boskiego zamieszkania. Zresztą nietrwałym, jak się okazało.  Później Cwi został dwukrotnie wygnany przez władze osmańskie, które były już zmęczone jego paranoidalnymi planami. (Dziś nie brakuje badaczy, którzy uważają, że cierpiał na chorobę psychiczną.) Turcy odkryli, że Sabataj śpiewa psalmy razem z żydami. Niektórzy z jego wyznawców tak jak on przeszli na islam. Było to około 300 rodzin uznanych za Donmeh (konwertytów). To niezwykle ciekawa historia, nie będę jej tu jednak rozwijał, żeby nie przedłużać tej historyczno-religijnej dygresji. Sabataistyczna była słynna w Polsce sekta frankistów.

Powróćmy do naszego antybohatera. Jeżeli Epstein uważał się za współczesnego sabataistę, co wcale nie jest wykluczone, to jego aluzje do islamu nie wyglądają już tak egzotycznie, a kształt "świątyni" na prywatnej "Pedo-wyspie" nabiera jeszcze bardziej racjonalnego wytłumaczenia. Otóż właśnie z syryjskiego Aleppo (miejsca rzeczonej łaźni) pochodził Raphael Joseph Halabi, zamożny i wpływowy żyd, z którym Sabataj Cwi się zaprzyjaźnił. Halabi stał się potem wyznawcą i propagatorem mesjanistycznych idei sabatejskich. Co więcej mamy relację z wizyty "mesjasza" w Aleppo. Sięgam po książkę (niestety wciąż nie przetłumaczoną na polski) słynnego badacza judaizmu Gershoma Scholema pt. "Sabbatai Sevi: The Mystical Messiah".   

Czytam w niej, że Sabataj opuścił Jerozolimę i przybył do Aleppo 20 lipca 1665 (a więc na rok przed swoją konwersją na islam). Ponoć powodem opuszczenia przez niego Jerozolimy był ostry konflikt z miejscowymi żydami. Sabataj opuszczając Święte Miasto miał je nawet ... przekląć. Jednak po drodze ujrzał grupę żydów zmierzających do Jerozolimy i ogarnęła go ponoć litość. Spuścił na nich swoją łaskę i zamienił swe przekleństwo w błogosławieństwo. Jego wędrówka przez Safed i Damaszek do Aleppo była- jak pisze Gershom Scholem- pełna niezwykłych wydarzeń. Jego przybycie wszędzie potwierdzało jego mesjańską charyzmę. Mężczyźni i kobiety - a potem także dzieci - pełni entuzjazmu, upadali na ziemię i z przejęcia jąkali proroctwa. Początkowo zjawisko to zostało ograniczone do miejsc, gdzie pojawiał się Sabataj. Opowieść o nim szybko jednak była powtarzana z ust do ust, przekształcając tęsknotę mesjanistyczną w masową ekstazę. A wkrótce potem fala przepowiedni rozprzestrzeniła się na kraje, które nigdy nie widziały Sabataja i miały nigdy go już nie ujrzeć. Jak pisze Gershom Scholem, Sabataj został przyjęty w Aleppo z wielkim honorem. Autor zaznacza, że trzy miesiące z jego życia po opuszczeniu Aleppo (12 sierpnia 1665) są "puste" w jego biografii. "Pustka" faktograficzna zieje też niestety z terenu, który sam teraz badam. Tylko domniemane są związki Jeffa Epsteina z sabataizmem. Pojawiają się jedynie publicystyczne sugestie, podejrzenia, sygnały i hipotezy.  

6. Jak owieczki z barankami w ciemnicy sypialni

Do sabatajskiej tradycji nawiązał w swoim frapującym eseju na stronie unz.com Gilad Atzmon, brytyjski muzyk jazzowy oraz pisarz i działacz pochodzenia żydowskiego, ze względu na to, że jest antysyjonistycznym aktywistą, budzący spore kontrowersje. Przy okazji erotycznych afer Harveya Weinsteina, Jeffreya Epsteina, oraz wielu innych, które nie były aż tak nagłaśniane, Atzmon przypomniał, jakie były koncepcje  seksualności w żydowskiej tradycji. Otóż Sabataj Cwi zastąpił Dziesięć Przykazań nowym prawem religijnym opartym na 18 przykazaniach: "Las Incommendensas". Uwzględniały one wprawdzie Dziesięć Przykazań, jednak sformułowanie zakazu cudzołóstwa było w nich mocno dwuznaczne. Gilad Atzmon przypomniał także  jeden z erotycznych rytuałów zwany Świętem Baranka, obchodzony wiosną.

W ceremonii szokującego Święta Baranka brały udział co najmniej dwie pary małżeńskie, a często wiele innych. Kiedy pierwszy raz w roku jedli oni mięso nowo narodzonych jagniąt, po posiłku gasili światła. A wtedy pary kochały się, nie rozróżniając partnerów. Dzieci urodzone w wyniku tych spotkań uznawano za święte. Praktyka ta miała swoje korzenie w pogańskich wierzeniach i orgiastycznych rytuałach znanych z innych starożytnych kultur Bliskiego Wschodu. Analogia między tą praktyką, a sabatejskim, mesjanistycznym odrodzeniem po dniach apokalipsy jest jasna: istniejący porządek zostanie zniesiony, a instynktowne potrzeby będą swobodnie realizowane. Tak komentuje ową herezję (aberrację) żydowski autor. Oczywiście można zarzucić temu wywodowi, że jego autorem jest laik. W takim razie kolejny raz zacytujmy naukowe opracowanie tego frapującego tematu. Oj, warto!       

7.Orgia to rytuał (raduje się dewiant)

Sabatajskie "skłonności" miliardera tłumaczyłyby jego perwersyjne, transgresyjne  podejście do seksualności. W poszukiwaniu ukrytych motywacji Jeffreya Epsteina sięgam po frapujący artykuł akademicki pt. "Antynomiczne dyrektywy radykalnego sabataizmu jako wyraz etyki 'odwróconej' według Gershoma Scholema". Ten arcyciekawy, bardzo erudycyjny tekst napisała Dorota Brylla z Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Zielonogórskiego. Zboczenia seksualne naszego antybohatera w kontekście tych rozważań nabierają innego sensu, chociaż oczywiście o żadnym usprawiedliwieniu Epsteina nie może być mowy. "W obrębie prezentowanego mesjanistycznego prądu judaizmu - pisze Dorota Brylla - interesować nas będzie wybrana zasada etyczna, swoista zasada 'odwrócona' - jako wyraz tzw. etyki 'odwróconej'."  Co to za "seksualny świat na opak" w sabataizmie?

Chodzi o formuły "zalecające lub - radykalniej - nakazujące przekraczanie tabu ustanowionych - na mocy żydowskiego prawa - ograniczeń seksualnych". Intrygujące, prawda? Wczytajmy się uważnie w sens naukowego wywodu: "Ma’aminim - 'grupy wyznawców' Sabataja- twierdziły, iż w czasie edeńskim istniała seksualna swoboda, że silnie zaznaczały się 'zwierzęce' instynkty i że nie było monogamii (gdyż Chawa w raju, przynajmniej hipotetycznie, mogła posiadać  kilku partnerów, tj. mogła być w związku z kilkoma mężczyznami), generalnie: że nie istniały seksualne ograniczenia. Te ostatnie tracą zatem swoją siłę, obowiązywalność i legitymizację również w 'świecie' mesjańskim - jako 'świecie restauracji'. Restrykcje na polu ludzkiej seksualności należy zatem porzucić, tak jak wszystko zresztą, co głosi obowiązująca Tora." Mówiąc wprost: żyjemy na końcu świata, więc wróćmy do jego początków, kiedy żyliśmy nie znając żadnych ograniczeń.  Uczona przytacza następnie konkretne erotyczne zachowania członków tej nihilistycznej żydowskiej sekty. "Dziwne czyny", paradoksalne zachowania (za które służą tu kazirodcze, poligamiczne i biseksualne praktyki oraz pogwałcanie tabu nagości) motywowane są alternatywnymi normami. Odkupienie świata, jego odnowa (tikkun olam), miałaby polegać na odbudowie stanu rzeczy z raju, w którym Adam i Chawa byli nadzy. Uczona także pisze o Święcie Baranka.  Przypomina, że radykalni sabatajczycy oddawali się orgiastycznemu rytuałowi zwanemu 'gaszeniem światła', a polegającemu na tzw. "wymianie żon". Jak widać, "dark roomy" to nic nowego. Współcześni libertyni nie są prekursorami. Pytanie, czy jeden z nich - Jeffrey Epstein - mógł szukać usprawiedliwienia dla swoich seksualnych dewiacji w koncepcjach jednej z wpływowych, działających także dzisiaj, sekt żydowskich? Biorąc pod uwagę jego próby "naprawy świata" (tikkun olam) przy pomocy własnego DNA, udoskonalenia ludzkiego gatunku przez zapładnianie swym nasieniem jak największej liczby kobiet, poczucie wyjątkowości w relacjach z nieletnimi dziewczętami, będące wynikiem przeświadczenia, że nie obowiązują go żadne moralne zasady, ani seksualne tabu, sabataizm nie byłby niczym dziwacznym. 

       

Jak pisze Gershom Scholem:  dewiza, że  "Wolność jest tajemnicą duchowej Tory" oraz, że "Żołnierze są uwolnieni od Przykazań" to wyraźne odniesienie do antynomicznych praktyk. Czy Jeffrey Epstein wierzył w żydowską epokę mesjańską, a może sam uważał się za nowego sabatajskiego mesjasza? Wcale bym się nie zdziwił.

W kolejnym odcinku zajmę się zagadkową symboliką elementów umieszczonych na "świątyni-łaźni" perwersyjnego proroka prywatnej perfekcyjności. W piątej części "Sztosu Epsteina" przeanalizuję ezoteryczną, "ornitologiczną" rzeźbę-alegorię.

Gdy krwawy zmierzch zapada nad światem, wzlatuje sowa nad globalną elitą.