Nazywam się ale

Niedziela, 12 października 2014 (12:18)

Książka nowego literackiego Noblisty Patricka Modiano pt. "Ulica Ciemnych Sklepików" może podważyć wiarę każdego czytelnika we własną oficjalną tożsamość. Na okładce francuskiej powieści z 1978 roku należałoby umieścić w ramce ostrzeżenie: "Uwaga! Po lekturze nie będziesz już tym, kim przed." A nie jest to bynajmniej reklamowy slogan. "Rue des Boutiques Obscures" to radykalna rozprawa z poczuciem identyczności ego i jego społecznego obrazu. Opowiedziana historia  jest wprawdzie krótka, bo książeczka ma ledwie nieco ponad 160 stron, ale pomimo swej lakoniczności oszałamia fabularnymi zwrotami i bogactwem szczegółów. Przed oczyma czytelnika suną sytuacje jak ze snu, absurdalne sceny i zagadkowe sekwencje przypominające sensacyjno-kryminalny film o nieprzewidywalnym  zakończeniu. Późnym wieczorem 9.10.2014 r. rozpocząłem przygodę z fabułą Modiano, aby zakończyć ją już nocą zamknięciem okładek i otwarciem się na pytania, które wydawały mi się dawno przećwiczone.  Nie znałem tej intrygującej twórczości i pewnie nigdy bym się z nią nie zapoznał, gdyby nie szwedzka Akademia, która uhonorowała obcego mi prozaika z Francji.  

Intryga w "Ulicy Ciemnych Sklepików" zmierza od jednej, pozornie przypadkowej osoby do drugiej. Głównego bohatera poznajemy w kluczowym momencie życia, kiedy sam mówi o sobie: "Jestem nikim. Tego wieczora na tarasie kawiarni jestem tylko niewyraźną sylwetką."  Kim był do tej pory? Detektywem. Przez ponad osiem lat pracował w prywatnym biurze wywiadowczym założonym w 1947 roku.  Jego szefem był C. M. Hutte, który  zrezygnował z działalności polegającej na dostarczaniu klientom "informacji towarzyskich" i udał się na emeryturę. Dowiadujemy się , że boss wiele znaczy dla naszego protagonisty. "Zastanawiam się, co bez niego, bez jego pomocy stałoby się ze mną wtedy, przed dziesięciu laty, kiedy nagle utraciłem pamięć i po omacku błądziłem we mgle. Przejął się moim losem i nawet postarał się przez swoje rozległe stosunki, abym uzyskał stan cywilny." Dostarczył mu nowy dowód osobisty i paszport oraz nowe nazwisko: Guy Roland. Zresztą sympatia szefa do podwładnego wynikała z podobnie pękniętej biografii. Był on w młodości "znanym tenisistą, pięknym jasnowłosym bałtyckim baronem Konstantym von Hutte". Jakie jest źródło paralel?          

Można przypuszczać, że zwierciadlane odbicia, personalne symetrie oraz serie fabularne, których w tej powieści jest bardzo wiele, mają dwóch patronów, dwóch duchowych ojców. Pierwszy z nich jest dosłowny, to tato pisarza, któremu Modiano dedykuje "Ulicę Ciemnych Sklepików". ("Rudy’emu Mojemu Ojcu" -czytamy na pierwszej stronie.)  Z biogramu prozaika możemy się dowiedzieć, że jego ojciec Albert Modiano, urodzony w Paryżu w 1912 roku pochodził z rodziny sefardyjskich Żydów wywodzących się z Salonik. Z kolei matka pisarza - Louisa Colpijn pochodziła z Belgii i była Flamandką, jako aktorka znaną pod nazwiskiem Louisa Colpeyn. Rodzice poznali się we francuskiej stolicy, okupowanej przez hitlerowców i zaczęli się potajemnie spotykać. Albert Modiano nie zamierzał nosić obowiązkowej gwiazdy Dawida i nie ujawnił się, gdy francuska policja organizowała łapanki na osoby pochodzenia żydowskiego. Odpryski tych historii, jak kawałki rozbitego rodzinnego zwierciadła, dostały się do "Ulicy Ciemnych Sklepików". Jednak nie jest to dosłownie proza autobiograficzna. Dlaczego? Podejrzewam, że stało się to za sprawą drugiego - literackiego - "ojca" Modiano.   

ZOBACZ FILM O TOMIE RAYMONDA QUENEAU

Żydowskość stała się dla niego nie tylko problemem tożsamości, ale też wyzwaniem stricte literackim dzięki Raymondowi Queneau, znanemu awangardowemu pisarzowi związanemu z eksperymentalną grupą o nazwie "Ouvroir de Littérature Potentielle" ("Warsztat Literatury Potencjalnej") w skrócie OuLiPo. Modiano wiele zawdzięcza znajomości z Queneau, który był przyjacielem jego matki. To autor "Zazi w metrze" wprowadzał młodego Patricka w świat literacki. Gdy czytałem "Ulicę Ciemnych Sklepików" miałem wrażenie, że to kolejne dzieło doświadczalne bazujące na algorytmach matematycznych a także samplach i cytatach. Liczbowe schematy fabularne były bowiem charakterystyczne dla Queneau, tak prozaika jak i poety, autora tomiku "Cent mille milliards de poèmes" czyli "Sto tysięcy miliardów wierszy". Odbiorca  może w nim dowolnie zestawiać wersy, co daje to razem sto tysięcy miliardów kombinacji  sonetów.  Obsesyjnie pojawiające się w powieści Modiano elementy świata przedstawionego, jak pudełko, rekwizyt-refren skrywający różne pamiątki i atmosfera absurdu przywodziła mi na myśl innego znanego pisarza z kręgu OuLiPo - Georgesa Pereca.

Ewokacja twórczości Pereca rozgrywa się już na poziomie tytułu powieści Modiano. To nie przypadek, że pisarz zatytułował swoją powieść "Rue des Boutiques Obscures". To czytelna aluzja do onirycznego dzieła Pereca "La Boutique Obscure", literackiej kolekcji snów. Autor tak tłumaczył cel tego somnambulicznego zbioru: "Każdy ma sny, niektórzy je pamiętają, znacznie mniej liczni przywołują je, bardzo niewielu je zapisuje." Modiano odwołując się do książki Pereca nie tylko nie naśladuje go bezpośrednio, ale stara się podążyć w przeciwnym kierunku. Nie zanurza się w sennych majakach, ale próbuje odnaleźć jakąś racjonalną nić w surrealnej rzeczywistości. Początkowo ten racjonalizm wydał mi się obłędny, bohater czepia się każdej okazji, aby dotrzeć do prawdy o sobie. Jego metoda kojarzenia osób, sytuacji, rzeczy wydaje się czysto arbitralna; mężczyzna, który utracił pamięć "przymierza" kolejne tożsamości osób uwiecznionych na fotografiach i przywoływanych we wspomnieniach jak w obskurnych,ciemnych butikach z używaną odzieżą. Już wydaje się, że jakaś postać dobrze na nim leży, aby za chwilę objawiła zupełne niedopasowanie, faktograficzną fałdę, krzywy kant.

Jeśli jednak odzyskuje się choćby drobny ślad utraconej przeszłości, dalsze wypadki biegną już same, siłą bezwładu.  Poszukiwania nabierają szalonego przyśpieszenia, jakby oderwały się nagle od intencji samego poszukiwacza. Pojawiają się zagadkowi przewodnicy jak ten kelnerski duet Paul Sonaszydze/Jean Heurteur, od którego rozpoczęła się cała ta niezwykła detektywistyczna próba dotarcia do ciemnego jądra własnej tożsamości. Nasz bohater o przybranym po ataku amnezji imieniu i nazwisku Guy Roland dowiaduje się od nich obu o tajemniczym gościu restauracyjnym Stiopie de Diagoriewie, w którego paczce miał się niegdyś rzekomo obracać. Ta wskazówka wydaje się od początku fałszywym tropem, mimo to Guy Roland postanawia nim podążyć. Polowanie w taksówce na Stiopę przed cerkwią, a potem spotkanie z nim, jazda ciasną windą i rozmowa w klaustrofobicznym mieszkaniu jako żywo przypominały mi groteskowe sceny z "Procesu" i "Zamku" - onirycznych powieści Franza Kafki. Jednak paryska rzeczywistość narysowana cienką i precyzyjną kreską przez Modiano jest do bólu realistyczna, ba! hiperrealistyczna. To dzieło fotograficznej pamięci!

Amnezja sprawia jednak, że nawet superostre zdjęcia wydają się poruszone, postacie mają na nich niewyraźne twarze, dawno upozowane sceny ulegają dezintegracji, grupa przyjaciół i krewnych zamienia się w chaotyczny zbiór osobnych, zupełnie nieznanych indywiduów. A wtem: błysk! Krótka iluminacja przywołuje coś lub kogoś z ciemnej i głuchej jamy umysłu. Podpowiada naprawdę, czy kłamie nasze zmysły? "Na pierwszym planie stary człowiek, wyprostowany i uśmiechnięty, siedział w fotelu. Za nim młoda kobieta, blondynka z bardzo jasnymi oczyma. Dokoła małe grupki ludzi, przeważnie odwróconych plecami. A na lewo, z prawym bokiem obciętym przez brzeg fotografii, z ręką na ramieniu młodej blondynki, mężczyzna bardzo wysoki, w anglezie, lat około trzydziestu, z czarnymi włosami, cienkim wąsem. Wydało mi się, że to jestem ja." To nagłe odkrycie, tak niepewne i problematyczne, wymaga weryfikacji, a jej najbardziej oczywistą metodą jest odnalezienie innych postaci ze zdjęcia- jako figur indywidualnego losu protagonisty. Mogą one potwierdzić / sfalsyfikować hipotezę. W ten oto sposób w dochodzeniu Guy Rolanda pojawiają się kolejni poszukiwani.

Jedna obecna na zdjęciu kobieta potrafi wywołać całą serię nowych osób. Próba odnalezienia niejakiej Marii Gay Orłowej, zakończona potwierdzeniem faktu jej śmierci, pociąga za sobą starania o namierzenie jej żyjącego wciąż męża- pianisty Waldo Blunta. Roland wchodząc coraz głębiej w grząską materię przeszłości, coraz bardziej brnie w teraźniejsze komplikacje personalne i uczuciowe. Czytelnik jest z kolei coraz bardziej przekonany o bezsensie i beznadziejności jego błądzenia w labiryncie paryskich ulic, domów, knajp, zaułków i grupek. Tym bardziej, że Roland w poszukiwaniu straconego czasu oraz utraconej tożsamości przybiera coraz to nowe fałszywe role, multiplikując tylko osobowościowy chaos. I tak, gdy w rozmowie ze Stiopą Diagoriewem udawał pasjonata dziejów rosyjskiej emigracji we Francji, w relacjach z Waldo Bluntem podaje się za kuzyna jego nieżyjącej żony. Czytelnik zaczyna podejrzewać samego Patricka Modiano: czyżby pisarz snuł tę swoją obsesyjną, nasyconą szczególikami opowieść, po to by wyprowadzić mnie na fabularne manowce? Czy w tej książce nie chodzi o nic innego, jak o parodię literatury kryminalno-detektywistycznej?

Estetyczna zabawa na wysokim poziomie abstrakcji - taki refren wciąż odzywał się w mojej głowie, gdy podążałem za kolejnymi epizodami "Ulicy Ciemnych Sklepików". Nie jestem wrogiem podobnych awangardowych gier literackich, przeciwnie, bardzo chętnie czytam takie książki nasycone aluzjami, zagadkami, szyframi, ukrytymi kodami, komunikatami, które wymagają dodatkowej pracy intelektualnej i lekturowej. Ogromną przyjemność sprawia mi układanie w głowie puzzli, które porozrzucał pisarz w swojej opowieści. W przypadku Modiano zastanawiałem się na przykład nad podobieństwami brzmieniowymi pomiędzy przybranym imieniem głównego bohatera czyli "Guy" a "Gay" czyli imieniem poszukiwanej przez niego kobiety, które przyjęła ona w Stanach Zjednoczonych. Czy to może być trop wskazujący na  ich prawdziwe pokrewieństwo, czy tylko strukturalistyczna łamigłówka, nić podobieństw językowych, przypadkowa zbieżność, nagły błysk złudnego sensu w układzie literackich luster, postmodernistycznym gabinecie krzywych zwierciadeł? A słowo "gay" nie jest aby aluzją do skomplikowanych relacji męsko-męskich i męsko-damskich w tym tekście?

Stosunki pomiędzy Waldo Bluntem a Marią Gay Orłową były bowiem czysto formalne, bo  była ona dla niego żoną tylko na piśmie. Gay tylko dlatego zaproponowała mu małżeństwo, "że chciała zostać w Ameryce i uwolnić się od kłopotów z urzędem emigracyjnym. (...) Potem poznała jakiegoś Francuza i, jak mówiono, wyjechała z nim do Francji". Domysły gonią tutaj domysły, przypuszczenia ścigają przypuszczenia, hipotezy potykają się o hipotezy. Blunt rozpoznaje postać z fotografii okazanej mu przez Rolanda, którą Guy uznał za siebie samego z przeszłości utraconej bezpowrotnie wraz z atakiem amnezji: to Howard de Luz, osobisty sekretarz aktora Johna Gilberta! Kolejny dopasowany element układanki, która przecież może się okazać całkowitą abstrakcją. Niczego nie wiemy, podzielamy więc niepewność samego bohatera, który szuka, ale ciągle zastanawia się nad sensem swojej osobistej misji: "Pod drzewami doznałem przykrego wrażenia, że to wszystko mi się śni. Przeżyłem już swoje życie i jestem już tylko duchem, który unosi się w ciepłym powietrzu sobotniego wieczoru. Po co nawiązywać zerwane od dawna więzi, szukać zamurowanych od dawna przejść?" Po co?

Tożsamość, do której jesteśmy tak bardzo przywiązani, że traktujemy ją całkiem naturalnie jak powietrze, którym oddychamy, zupełnie o tym nie myśląc, w rzeczywistości jest czymś niepewnym, ulotnym i tymczasowym. Trzeba się o nią troszczyć jak o delikatną roślinkę, która w każdej chwili może uschnąć, zamienić się w kompost. Modiano tego nie mówi wprost, ale w tle jego opowieści, na niewidocznym planie, przesuwają się koszmarne obrazy Zagłady: ludzkie ciała bez imienia, które utraciły nawet przyporządkowane im arbitralnie numery, nagie zwłoki, całkiem bezosobowe kształty spychane do masowej ziemnej mogiły, mrocznej jamy zapomnienia. Pisarz tę krzyczącą niesprawiedliwość, to doświadczenie mordu na osobie ludzkiej oddaje subtelnie, szeptem, bez histerii. Bohater w pewnym momencie nazywa siebie "człowiekiem plaż", cytując następującą opowieść-przypowieść: "Dziwni ludzie, po ich przejściu pozostaje tylko szybko rozpływający się obłok. Często rozmawialiśmy z Huttem o tych istotach, których ślady nagle się urywają." Jak ten osobnik, który całe 40 lat spędził na plażowych pogaduszkach, by ulotnić się jak kamfora, zniknąć z wakacyjnych zdjęć.

Entuzjazm dwóch detektywów -Huttego i Rolanda- budzą tak zwane Bottiny czyli po prostu książki adresowe. Nic dziwnego, bo to źródło bezcennej wiedzy o poszczególnych ludziach. Francuska nazwa katalogów wywodzi się od administratora i statystyka Sebastiana Bottina, autora roczników i almanachów, urodzonego w 1764 a zmarłego w Paryżu w 1853 roku. "Za plecami Huttego połowę ściany zajmowały półki z ciemnego drzewa: ustawione tam były tomy Bottinów i wszelkiego rodzaju roczniki z ostatnich lat pięćdziesięciu. Hutte często mi powtarzał, że są to niezastąpione narzędzia pracy, z którymi nigdy by się nie rozstał. I że te Bottiny i roczniki stanowią najcenniejszą i najbardziej przejmującą bibliotekę, jaką człowiek może zgromadzić, bo na ich kartach zarejestrowano mnóstwo osób, rzeczy, zaginionych światów, którym już tylko te księgi dają świadectwo." Słowa, które brzmią tak neutralnie i można by rzec całkiem niewinnie skrywają ponownie podwójny trop- jeden czysto literacki, awangardowy, formalny, a drugi osobisty i historyczny, prowadzący do wojennej przeszłości. Powrócę więc na koniec do wątku dwoistego ojcostwa w twórczości tegorocznego Noblisty .

Modiano w tej swojej miłości do katalogów i roczników jest nieodrodnym dzieckiem swej pisarskiej epoki. W "Ulicy Ciemnych Sklepików" pobrzmiewają echa kombinatorycznych, katalogowych utworów Georges'a Pereca ze słynnym "Życiem instrukcją obsługi" zbiorem opowieści o mieszkańcach paryskiej kamienicy. OuLiPo już w latach 70. eksperymentowała z literackimi możliwościami, jakie daje wykorzystanie komputerów. A w 1981 roku narodził się odłam OuLiPo pod nazwą ALAMO (Atelier de Litterature Assistee par la Mathematique et les Ordinateurs). Była to "pracownia literatury wspomaganej przez matematykę i komputery". Katalogowanie świata przedstawionego i tworzenie sieci pomiędzy "plikami" można uznać za formalny aspekt powieści Patricka Modiano. Nie chcę zdradzić czytelnikowi do czego prowadzą w "Ulicy Ciemnych Sklepików" te eksperymenty. Rozwiązanie fabularnego algorytmu jest naprawdę zaskakujące. Katalogowanie osób ma jednak swój mroczny aspekt. Wielką rolę w dziele hitlerowskiego Holocaustu odegrała technologia amerykańskiego koncernu IBM.  Jak bohater powieści Modiano, mówię Wam: jestem nikim. Ja to ktoś inny.

Artykuł pochodzi z kategorii: Bogdan Zalewski - blog

Bogdan Zalewski