Katowana przez dziesięć lat, porwana przez dewianta i wraz z dwiema innymi ofiarami więziona w jego obrzydliwym domu; gwałcona, torturowana, bita po to, by poronić kolejne dzieci spłodzone przez tego potwora; przywiązywana łańcuchami, przetrzymywana nago w zimnej piwnicy, albo w upiornym żarze zamkniętego samochodu; głodzona lub zmuszana do jedzenia zepsutych a często  robaczywych dań - wyrażenie "piekło na ziemi" jest trochę zgranym określeniem, ale nie w przypadku Michelle Knight. Właśnie wyszło polskie tłumaczenie wspomnieniowej książki tej młodej Amerykanki. Przeczytałem "Znajdź mnie" w ciągu jednego dnia, znajdując w tej relacji coś więcej niż opis gehenny. Może przerażać już pierwsze zdanie sprawozdania z pobytu w prywatnym obozie koncentracyjnym urządzonym bezbronnym ofiarom przez Ariela Castro- portorykańskiego psychopatę z Cleveland. "Kiedy w 2002 roku zaginęłam, niewiele osób w ogóle to zauważyło." Znika jednostka, a jakby - ot, tak! - pękła mydlana bańka, cyt! - iskierka zgasła, lub ulotniła się kamfora. Nikt nic nie wie i nie chce wiedzieć. Bo tak ulotny jest ludzki los? Bo bywa, że jesteśmy i zaraz nas nie ma? Był człowiek, nie ma człowieka? Na świecie ludzi dużo, więc co za różnica? Statystyczna? Nie, bo każda osoba jest osobna!  

POSŁUCHAJ WYWIADU BOGDANA ZALEWSKIEGO Z ALEKSANDREM ZABŁOCKIM Z FUNDACJI "ITAKA"

Osoba ludzka jest dla mnie kluczem do zrozumienia fenomenu wolności i zniewolenia. Książka Knight jest spowiedzią usidlonej i upodlonej dziewczyny, ale ja uznałem ją za poruszający przekaz niezależny od płci, uniwersalny obraz relacji "pan-niewolnik". Wolę bowiem unikać nieznośnych feministycznych klisz na temat męskiej dominacji, patriarchalnego ucisku oraz dyskryminacji kobiet. Banalne wydaje mi się sprowadzanie uprowadzenia i seksualnego wykorzystywania Michelle wyłącznie do motywu  patologicznych relacji męsko-damskich i wyciąganie z tego generalizujących, społecznych wniosków. Uniwersalizm opowieści ofiary monstrum z Cleveland wychodzi na światło dzienne, jeżeli ukażemy problem niewoli osobistej jako przemoc wobec osoby. Ujawnimy mocno zaskakujący, demoniczny mechanizm dwoistego ucisku, ponieważ relacje pomiędzy Arielem i Michelle oraz dwiema innymi maltretowanymi przez niego kobietami polegały na swoistym sprzężeniu zwrotnym, diabolicznym usidleniu osoby w człowieku ubezwłasnowolnianym a także w człowieku ... narzucającym to jarzmo. Knight wielokrotnie podkreślała całkowitą nieprzewidywalność zachowania Castro. Często nie mogła zrozumieć jego zmian nastrojów, nie była w stanie pojąć całkowicie sprzecznych czynów i posunięć.

Bezbronna męczennica tłumaczyła to sobie jego patologią, narkomanią, oraz utratą rodziny. On sam potem w sądzie próbował usprawiedliwiać swoje postępki uzależnieniem od pornografii. To istotne czynniki, ale należy pamiętać, że jego notoryczne narkotyzowanie się, nałogowe palenie marihuany, czy nieustanne oglądanie erotycznych perwersji na ekranie domowego telewizora były metodami osobowej autodestrukcji. Mamy tu do czynienia z aberracyjną grą krzywych zwierciadeł, bo Michelle Knight jest odbiciem maltretowanej osoby samego Ariela. Stawiam hipotezę, że persona oprawcy jest ... kobietą w nim samym. "Wiem, że to chore - powiedział.- Nienawidzę się za to." Przyznał w pewnej chwili w przypływie autorefleksji. Nie bagatelizujmy tego wyznania, bo to refleks uwięzionej w ciele i okrutnie traktowanej psyche. Starożytni Grecy wierzyli, że dusza mieszka w nas w postaci laleczki i że można ją ujrzeć przez źrenicę oka. Nazywali ją "kore" ("dziewczynka"). Z kolei Rzymianie na tę drobną uskrzydloną istotkę wołali "pupilla". W jednym z niewielu ocalałych wierszy cesarza Publiusza Eliusza Hadriana mowa jest o maleńkiej duszy -"animuli": "Duszyczko moja, tkliwa i ruchliwa,/ Gościu ty ciała mojego i druhno,/Co pójdziesz teraz w ostępy ciemności,/ Twarde i nagie, i pełne bladości, (...)".

Interpretacja barbarzyńskich czynów prymitywa z Cleveland przy pomocy erudycyjnych odniesień do mitów i literatury Antyku może wydawać się co najmniej pisarską ekstrawagancją, jednak mam w tym swój przemyślany cel. Z jednej strony, jak wspomniałem, pragnę uciec przed pułapką prymitywnych, feministycznych czy też genderowych racjonalizacji niedoli kobiet "wiecznie" niewolonych przez złych samców, a z drugiej nie chcę bezbronnie rozkładać ramion, usprawiedliwiając intelektualną porażkę w próbach zrozumienia podobnych zdarzeń ich całkowitym irracjonalizmem. Według mnie sekwencje koszmarnych zdarzeń w domu monstrum z USA układają się w logiczny ciąg, a ich nieprzystawalność do naszej normalnej codzienności, do świata na jawie, wynika z niewidocznego na pierwszy rzut oka szybkiego procesu niszczenia duszy, szaleńczego niewolenia samej osoby, tak u ofiary jak i u oprawcy. Nie tylko kobieta jest tutaj niewolnicą. Osoba jest rodzaju żeńskiego i to ona, nawiązując przekornie do terminu z ideologii gender, jest kulturową słabą płcią, bez względu na płeć biologiczną. W  swojej analizie będę się ściśle trzymał treści pamiętnika z "innego świata", wspomnień z "domu umarłych" pozostawionych przez Michelle Knight, ale jednocześnie zaproponuję własne odczytanie jej przeżyć.                        

Eros jest potężną energią w człowieku, siłą o dwoistym wektorze, o dwuznacznym moralnie znaku i znaczeniu. Ta oczywista prawda może się objawiać w całkiem nieoczywisty sposób. Już pierwsza, okrutna scena z udziałem Michelle w domu jej oprawcy Ariela ujawnia ten dualistyczny potencjał seksualności. Sadysta, podstępnie zwabiwszy swą zdobycz do swojej wielkomiejskiej jaskini, w jej wnętrzu zmienia się nagle jakby w innego człowieka. Tę metamorfozę złamana i załamana kobieta będzie potem porównywać do literackiej przemiany bohatera słynnej noweli szkockiego pisarza Roberta Louisa Stevensona "Dr Jeckyll i pan Hyde". Castro miał w sobie podwójny potencjał - dobra i zła- i w sposób zupełnie nieoczekiwany potrafił przedzierzgnąć się w bestię, aby w pewnej chwili przeobrazić się w czułego opiekuna i na odwrót. Gdy po raz pierwszy uzewnętrznił przed dziewczyną swoje potworne oblicze skrywane przed światem, doszło do zastanawiającej sytuacji. Skrępował kobietę przedłużaczem i wszystko wskazywało na to, że za moment zgwałci swoją nową niewolnicę. Jednak Ariel zamiast tego ... zaczął się masturbować. Oszczędzę Czytelniczkom i Czytelnikom opisu, natomiast chciałbym zwrócić Waszą uwagę na ten dość nieoczekiwany zwrot erotycznego wektora. 

Cel tego odwrócenia, tej - w szerszym znaczeniu niż homoseksualizm- inwersji seksualnej, czy też -precyzyjnie rzecz ujmując- ipsacji, trafnie oddaje zwrot w języku polskim "uprawiać samogwałt". Castro najpierw zgwałcił siebie samego, zanim już bezpośrednio niewolił fizycznie swoją kobiecą ofiarę. Oczywiście można strywializować odczytanie tej obrzydliwej scenki, tłumacząc postępek zboczeńca jego pornograficznym nałogiem. Ariel po prostu potraktował Michelle jak obraz na ekranie i zaspokajał swoją żądzę tak, jakby rzeczywista postać była tylko zbiorem pikseli. Jednak także taka, powiedzmy "ekranowo spłaszczająca", interpretacja tej znaczącej sytuacji niesie z sobą dodatkowe możliwości jej wytłumaczenia. Castro uczynił z Knight rodzaj psychologicznego zwierciadła, w którym odbijała się jego osoba i to tę osobę w sobie niewolił w akcie samogwałtu. Michelle stała się jego symbolem- "laleczką", jego "kore", albo "pupillą", duszą spętaną, "animulą" opętaną demonicznymi namiętnościami. Jak w cytowanym już przeze mnie łacińskim wierszu "kore" została wygnana do mrocznego i zimnego świata podziemia: "pójdziesz teraz w ostępy ciemności,/ Twarde i nagie, i pełne bladości". Pragnę tu rzucić snop światła w tę czarną jak noc, pozbawioną ludzkiego ciepła przestrzeń. Nazwijmy ją kamerą, jak w dawnej polszczyźnie określano zamknięte pomieszczenie, celę i komorę. 

Ekran wewnętrzny, w którym odbija się dusza czyli osoba ludzka, to jest rodzaj psychologicznego odzwierciedlenia, odmiana duchowego zwierciadła, na którym obrazy świata zewnętrznego nabierają wewnętrznego sensu, często odwrotnego niż w empirycznie doświadczanej rzeczywistości. To jakby camera obscura, ciemna duchowa komnata, jak platońska jaskinia z odwróconymi cieniami, albo kino oniryczne, w którym wyświetlane są zmiksowane ze sobą idylliczne horrory i krwawe sielanki. Bez zrozumienia tych mechanizmów narracja Michelle Knight będzie dla czytelnika prawie wyłącznie chaotycznym zbiorem scenek całkowicie pozbawionych sensu, bezładną mieszaniną aktów przemocy i instynktownych, emocjonalnych reakcji. Bez całościowej próby interpretacji, zakładającej zasadnicze znaczenie pojęcia "osoby ludzkiej" utożsamianej z "duszą człowieka" jesteśmy skazani na traktowanie przypadku Castro/Knight w kategoriach absolutnego odhumanizowania i zezwierzęcenia. Natomiast personalistyczne ujęcie tragedii w Cleveland nadaje tej sytuacji głębszy wymiar i pozwala wyciągnąć bardziej uniwersalne wnioski niż wulgarna ideologicznie, neomarksistowsko-leninowska metodologia feministyczno-genderowa, sprowadzająca podobne kwestie do kilku "postępowych" pojęć "jak cepy".

Paradoks mojej propozycji polega na wykorzystaniu koncepcji "płci kulturowej" do ostrej polemiki z ideologią gender. W tym celu sięgam do słynnej książki-manifestu "Uwikłani w płeć" amerykańskiej badaczki Judith Butler. Ta znana profesorka z University of California zajmująca się m. in. teoriami tożsamości, jedna z czołowych postaci ruchu feministycznego, tak zdefiniowała analizowany tu przeze mnie problem: "Jeśli teoria głosi, że kulturowa płeć jest radykalnie niezależna od biologicznej, wówczas kulturowa płeć staje się artefaktem, nikomu na stałe nieprzypisanym. Oznacza to, że mężczyzna oraz męski może równie łatwo odsyłać do ciała żeńskiego, jak i męskiego, a kobieta i kobiecy może oznaczać i ciało męskie, i żeńskie." (podkr. J.B.) Judith Butler postuluje "radykalnie nowe podejście do kategorii tożsamości w ramach radykalnie asymetrycznych kulturowych relacji między płciami." Rzecz w tym, że to rzekomo nowe, radykalne podejście nie jest żadną genderową rewolucją, to tylko rodzaj gnostyckiej herezji w łonie chrześcijaństwa. To wypaczające rozumienie metafizycznego zniesienia różnic między płciami, obecnego choćby w tym przykazaniu Jezusa: "Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką". Mk 3,31-35

Intrygujący jest ewangeliczny topos wiary: kto idzie za Chrystusem jest jak Jego Matka, nosi go bowiem pod sercem, bez względu na biologiczną płeć! Chrystusowość to uduchowienie człowieka, jego uosobowienie. Poprzez Osobę Jezusa Zmartwychwstałego osoba ludzka najpełniej wyraża się w swym człowieczeństwie, niezależnie od swej tożsamości biologicznej. Pseudofilozofia "gender", jak każda gnostycka herezja, sprowadziła ten duchowy aspekt do wymiaru czysto ziemskiego, jak to określa: kulturowego. Z głębokiej, chrześcijańskiej refleksji nad uniwersalną osobą ludzką uczyniła, ni mniej ni więcej, tylko rodzaj ideologicznego alibi dla różnych erotycznych perwersji i nihilistycznych gier z własną seksualnością.  Jezus nie był pierwszym ideologiem gender,  jak raczyła stwierdzić na wielkopolskim kongresie kobiet "postępowa" do bólu profesor Magdalena Środa, tak się złożyło,  córka czołowego marksistowskiego dechrystianizatora Polaków w PRL-u , socjologa, profesora Edwarda Ciupaka. Ponoć pod koniec swego życia Ciupak nawrócił się i zmarł, przyjąwszy sakramenty. Katolicka prasa pisała swego czasu, że miał się modlić o nawrócenie córki Magdaleny. Widać modły przyniosły pewien efekt, bo Środa słyszy, że coś dzwoni, choć jeszcze nie wie, w którym Kościele!

Erudycja Pani profesor feministki ma swoje ograniczenia. To bardzo dobrze, że neokomunistyczna akademiczka zaczyna przywoływać postać Zbawiciela, szkoda tylko, że czyni to w sposób tak bardzo tendencyjny i wrogi nauczaniu Kościoła. To przykre, że Magdalena Środa nadal podąża śladami młodzieńczego zbłądzenia swego ojca, a nie jego dojrzałą życiową drogą. Jej słowa niestety przywołują na myśl wykłady Edwarda Ciupaka w PRL-owskiej kuźni socjalistycznych kadr, czyli Wieczorowym Uniwersytecie Marksistowsko-Leninowskim, gdy pragnął "w środowisku wiejskim krzewić racjonalność myślenia i etykę świecką", które mają wyprzeć katolicyzm. Tak to dawni krzewiciele sowieckich wzorców, skrytych pod płaszczykiem świeckości odradzają się dzisiaj w swych latoroślach, które w sztafecie pokoleń nadal niosą Polakom kaganek oświecenia, czyli neokomunizm przebrany w modne zachodnie ideologie, ale cel jest wciąż ten sam. W nowej wojnie o dusze Polaków dziwnie poodwracały się wektory. Neomarksistowskie ideologie napływają tym razem z Zachodu, jakby nastąpiła nowa faza niewolenia, tym razem nie ze strony prymitywnych bolszewików, a lepiej wyedukowanych mienszewików, którzy opanowali zachodnie ośrodki władzy oraz instytucje kultury. 

Kolejny raz przetacza się przez nasz kraj front ideolo. Jak pisał Julian Tuwim w "Balu w operze": "Hop! siup! W dziejowej skali,/- ali, - ali, - ali, - ali,/ i zecerzy w całym państwie/ Czcionki gigant układali:/ IDEOLO, IDEOLO/ Ideolo ideali". W państwie zwanym III RP czcionki gigant układają zecerzy dla lewacko przegiętej linii "Gazety Wyborczej". To właśnie w tej współczesnej kuźni "postępu" hartowana jest neosowiecka stal, a stary "dobry" komunistyczny antyklerykalizm nabiera poloru i koloru, oraz sznytu zachodnich, lewackich salonów. To na łamach tego biuletynu, niczym nowa Aleksandra Michajłowna Kołłontaj, najbardziej wpływowa kobieta w administracji ZSRR i apostołka komunistycznego  feminizmu, Magdalena Środa grzmi przeciwko obskurantyzmowi. Zastanawiające, że zdania z tekstu sowieckiej ideolożki Kołłontaj mogłyby -moim zdaniem - równie dobrze podpisać swoim nazwiskiem pani profesor z Warszawy: "Rodzina w swej obecnej formie, do jakiej przyzwyczaił się proletariat miejski i wiejski, jest jedynie jedną ze spuścizn przeszłości." Czas się zmienia, dni za dniami biegną, a "Środy" się nigdy nie zmieniają. Muszą niszczyć tradycję w imię nowatorskich form społecznych. Tym razem na sztandarach polskie "sufrażystki" wypisały ratyfikację unijnej konwencji.

Łatwość, z jaką szermują sofistycznymi argumentami może budzić zazdrość. Pani "profesorzyca" stręcząc Polakom ideologiczny akt prawny, zwany "Konwencją o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej", nie zawahała się użyć instrumentalnie największej świętości atakowanej kościelnej i konserwatywnej strony. W gazetowym manifeście "Jezus byłby za ratyfikacją" faryzejsko zadbała o kościelną czystość i obłudnie zatroszczyła się o wierność chrześcijańskiej doktrynie: "Mam coraz częściej wrażenie, że niektórzy katoliccy biskupi zdradzają chrześcijaństwo i jego idee równości i miłości w imię wąsko pojętych instytucjonalnych interesów i prywatnych ambicji, które niewiele mają wspólnego z nauczaniem Jezusa, a nawet obecnego papieża." Doprecyzujmy zatem przeciwko czemu protestuje Kościół katolicki i dlaczego obyczajowi konserwatyści (PiS, PSL i Solidarna Polska) odrzucili ratyfikację konwencji popieranej przez kluby ideologicznych liberałów (PO, Twój Ruch, SLD)? Posłanka Marzena Wróbel podkreślała w Sejmie , że konwencja uderza w wiarę chrześcijańską oraz definicję rodziny i kobiety. "Walczycie z czymś, czego w ogóle w tej konwencji nie ma." - Odpowiadała pełnomocniczka rządu do spraw równego traktowania prof. Małgorzata Fuszara.

Otóż, ani hierarchowie Kościoła katolickiego w Polsce , ani Polacy-konserwatyści nie są zwolennikami  przemocy wobec kobiet, jak sugerują nieuczciwi polemiści. W rzeczonej konwencji są niestety zapisy, które nie mają nic wspólnego z problemem okrutnego traktowania dziewcząt i pań. Niezgodę budzą zapisy, które są niemal żywcem przepisane manifestów "ideolożek" genderyzmu, takich jak cytowana przeze mnie Judith Butler. Czytam w tym akcie prawnym o "’płci społeczno-kulturowej’ oznaczającej społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i atrybuty, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet lub mężczyzn".  Co w tym dziwnego, że dokument został skrytykowany przez Prezydium Episkopatu Polski. Kościół podkreśla, że jest przeciwny przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, ale nie może zaakceptować redefiniowania pojęcia płci, małżeństwa i rodziny. Przeżywamy w Polsce kolejny atak "różowych" ideologów, którzy stosują przeróżne fortele. Oto pod szczytnym pretekstem ochrony słabej płci, wprowadza się termin ’płci społeczno-kulturowej’. Powtórzmy za profesorzycą Butler, że "kulturowa płeć jest radykalnie niezależna od biologicznej". Tak sobie myślę nieskromnie, że moja interpretacja przemocy jako niewolenia osoby jest daleko bardziej radykalna.