Z krajowej politycznej dżungli uciekłem na antypody. Zrobiłem sobie krótkie wakacje od "buszu po polsku". Zachęcam Czytelników do takiej dalekiej lekturowej wyprawy. Zapraszam do egzotycznej podróży razem z szalenie odważną, inteligentną i bardzo miłą osobą. Czas start. Globus w ruch!

POSŁUCHAJ ROZMOWY BOGDANA ZALEWSKIEGO Z ALEKSANDRĄ GUMOWSKĄ:

Bogdan Zalewski: Mam ogromną przyjemność powitać w studiu RMF FM panią Aleksandrę Gumowską.

Aleksandra Gumowska: Dzień dobry!

Reporterkę, globtroterkę, antropolożkę, autorkę właśnie wydanej książki pod intrygującym tytułem "Sex, betel i czary" . Bwena kaukwau!

Buena kaukuau!

... kaukuau. Wiedziałem, że nieprawidłowo wymówię powitanie po kiriwińsku.       

Po prostu: dzień dobry.

Gdzież to panuje ten język: kiriwiński?

Na Kiriwinie, czyli największej z wysp Trobrianda, które należą obecnie do Papui Nowej Gwinei, czyli na zachodnim Pacyfiku.

Antypody.

Daleko, daleko. Po drugiej stronie równika.

Aleksandra to jest pani "dimdimowe" imię, tak?

Tak, tak. "Dimdimowe", czyli imię "białego człowieka". Tam dostałam też imię kiriwińskie.

Kadam Wasila.

KaDAm Uasla. To się trudno wymawia. Ja się tego uczyłam, kiedy żona wodza powiedziała, że będę się tak nazywać. Chwilę to zajęło zanim załapałam, jak to się wymawia. Ona wtedy powiedziała łaskawie, że może być KaDa.

Z akcentem na drugą sylabę.

Tak, rzeczywiście.

To jest "dobre" imię, prawda? Dlaczego?

Wodzowa mi tak mówiła, bo to jest imię jej podklanu, czyli klanu Lukwasisiga, a podklanu Kwainama. To jest klan, z którego wywodzą się między innymi żony dla naczelnych wodzów. To jest bardzo wysoki podklan na Kiriwinie. To jest też imię najstarszej córki wodzowej. Ale to jest także imię ulubionej żony wodza Touluwa, którego poznał Bronisław Malinowski niemal sto lat wcześniej. Więc mamy tutaj sporo składników, dlaczego to jest dobre imię.

Czyli musieli panią bardzo polubić.

No, właściwie taką mam nadzieję.

Ale, ale ... pewien wódz-czarownik chciał panią nazywać "Au". Dobrze mówię?

Aau.

Aau. Aż boleśnie to brzmi. Z jakiego powodu przewidywał, że nie będzie można pani nazywać właściwym imieniem? Do czego on zmierzał?

To była bardzo trudna sytuacja. Bo z wodzem ze wsi Tukwaukwa zasiedliśmy po kolacji do rozmowy. Ja go pytam o jego poprzedników, a on wypala: "Jeśli twój mąż umrze, będziesz się nazywać Aau". I milknie. Chwilę czekamy. Ja go pytam: Aale o co chodzi?". A on w tym momencie powtarza: "Jeśli twój mąż umrze, będziesz się nazywać Aau". Jego wnuk tłumaczy, że "Aau" to wdowa. To nadal mi nic nie wyjaśnia. Nie wiem, o co mu chodzi. Przez chwilę jeszcze próbuję się dowiadywać. Później doszłam do wniosku, po rozmowach z ludźmi we wsi, że najprawdopodobniej wódz chciał wykazać, że on ma taką moc, iż może działać na mojego męża nawet na taką odległość. I jeśli będę nazwana "wdową" - "Aau"- to nie będę mogła sypiać z chłopcami.

To spryciarz.

Strasznie to było skomplikowane. Po prostu nie mieściło mi się w głowie. W pewnym momencie, kiedy zrozumiałam, że on jakoś próbuje mną manipulować, to trochę się jednak wściekłam. Doszło do niezręcznej sytuacji i w końcu wódz sam zmienił temat.

Czyli wygrała pani tę próbę sił magicznych.


Nie wiem czy wygrałam. Raczej się nie poddałam. Tak bym na to patrzyła.

To może powiedzmy szerzej o tej magii. Wierzy w ogóle pani w jej działanie? Po tym, co pani tam zobaczyła na Wyspach Trobriandzkich?

Czy wierzę? Na pewno wylądowałam na wyspie, na której ta magia działa i gdzie ludzie wierzą, że działa, gdzie są czarownicy i czarownice. To nie ma wątpliwości. Ale też widziałam sporo przykładów na to, że to, co ludzie czasem nazywają magią, nie jest nią do końca.

Czasami na przykład dolewają kwasu, żeby zaszkodzić.


To jest nowoczesna "magia", niestety. Jak mi mówiono, taka tradycyjna magia używana przez czarownika działa dniami, tygodniami, miesiącami, nawet latami zanim doprowadzi do śmierci, a teraz są szybsze sposoby, czyli można dolać nieco kwasu do orzecha kokosowego, albo na taki orzech betelowy, który tam się żuje w charakterze używki. Wtedy następuje perforacja żołądka i do śmierci dochodzi szybciej.

Pani już wymieniła ten tytułowy "betel". Co to takiego jest? Mówiła pani o używce.


To jest orzech. Orzech betelowy. W najładniejszej postaci ma zieloną skórę. Obiera się ją i w środku jest dosyć miękki orzech. Odgryza się kawałek i żuje się razem z wapnem.

Wapno przyspiesza działanie.

Tak. I jak się połączy trzy składniki, bo jest tam jeszcze pieprz betelowy, który tam na wyspie nazywany jest gorczycą, bo podobnie wygląda, to usta wtedy zabarwiają się na czerwono i ponoć efekt jest jeszcze bardziej stymulujący. Betel ponoć orzeźwia, działa troszkę tak jak kawa.

Mówi pani "ponoć", ale pani chyba próbowała, przynajmniej w książce taka próba zaszła ... (śmiech).

Mówię "ponoć", bo jakoś nie doświadczyłam zupełnie tego stymulującego efektu, a wręcz przeciwnie. Za pierwszym razem to w ogóle za krótko próbowałam. Wodzowa zobaczyła wyraz mojej twarzy i powiedziała: "Jak chcesz, to wypluj". Co niezwłocznie uczyniłam.

Dla Trobriandczyków to jest taka "kawka poranna", tak?

Nie do końca, bo nie wszystkich na tę kawkę stać. To kosztuje. Nie wszyscy zawsze mają betel. Ale to się właściwie żuje cały dzień do wieczora. Podałam ten przykład kawki, bo niektórych z nas kawa pobudza do działania. Też się ją pije przez cały dzień, więc może to jest dobre porównanie. Betel też się żuje przez cały dzień. On jest uzależniający, co też na wyspie przyznają, więc jak ktoś żuje...

To żuć będzie.

Jeżeli nie ma tego betelu, czuje się bardzo słabo.

Kto nie żuje, ten nie żyje.

Mniej więcej (śmiech).       
 
Przejdźmy może do rzeczy chyba najistotniejszej - to znaczy do celu i pierwszego impulsu pani podróży, bo pani podążyła śladami naszego wybitnego antropologa Bronisława Malinowskiego i w taki indywidualny sposób powtórzyła pani jego słynną wyprawę sprzed niemal stu lat.


Tak, tak Malinowski tam przybył po raz pierwszy - teraz to będzie niemalże dokładnie 99 lat temu, bo pod koniec czerwca 1915 roku i ... no właśnie, on jakby dokonał rewolucji w antropologii, ponieważ wprowadził się do wsi i stamtąd prowadził coś, co teraz nazywa się obserwacją uczestniczącą w antropologii i w ogóle w naukach społecznych. Zrobił coś, czego nikt wcześniej nie zrobił. Wcześniej badacze opierali się na rozmowach, a nawet na relacjach misjonarzy, kolonizatorów, handlarzy, a on rozmawiał z samymi Trobriandczykami i nauczył się kiriwińskiego. Mieszkał w kilku ich wsiach. W Omarakanie, czyli tej głównej wsi naczelnego wodza Wysp Trobrianda, mieszkał najdłużej. Na Omarakanie oparta jest także jego najsłynniejsza książka "Życie seksualne dzikich". Ja tam pojechałam, ponieważ  w pewnym momencie wybierałam się na nurkowanie w tamte okolice, nieco bardziej na północ od Wysp Trobrianda. Stwierdziłam, że koniecznie muszę chociaż na chwilę na te Wyspy Trobrianda zajrzeć i naprawdę nie znalazłam, nie byłam w stanie znaleźć takich relacji jak tam się żyje teraz. To znaczy one są, bo tam ciągle przez te sto lat ciągle przebywali antropolodzy, ale jakoś nie było informacji: co jedzą, czy mają prąd, czy mają toalety. Antropolodzy współcześnie skupiają się na konkretnych wycinkach. Może jeszcze w latach 70-tych były też takie podsumowania. Jednak  tych współczesnych nie mogłam znaleźć, więc chciałam tam pojechać i przekonać się na własne oczy, co przez te sto lat się tam zmieniło.

Czyli zaczęło się od pomysłu nurkowania, a skończyło się na zanurzeniu się - bardzo głębokim - w samej kulturze.

Tak. Dlatego, że kiedy tam już dotarłam, okazało się, że ja tam znajduję więcej pytań niż odpowiedzi i że to jest rzeczywiście fascynujące. A poza tym naczelny wódz powiedział, że jeśli chcę, to mogę wrócić i napisać książkę, czyli otworzył drogę na to, żeby o nich więcej napisać.

A kiedy pani zaczęła i kiedy pani przestała nosić dwie spódnice?

Ach, kiedy zaczęłam? No właśnie...  jak tam pojechałam. Za drugim razem, kiedy tam jechałam, już wiedziałam, że będę chodzić w spódnicy, bo wcześniej pojechałam w spodenkach. One tam są zupełnie niepraktyczne. Kobiety tam chodzą w spódnicach i wiedzą, co robią. Więc też zabrałam ze sobą chyba ze 4 czy z 5 spódnic . W pewnym momencie rozmawiałam z katolicką zakonnicą, z siostrą Valentiną. Rozmawiamy, rozmawiamy, mówię że jestem mężatką. A ona na to: " A wiesz, że mężatki to tutaj noszą po dwie spódnice, a tylko takie dziewczęta, młode dziewczyny, które pokazują, że są gotowe uprawiać seks, zachęcają w ten sposób chłopców nosząc pojedyncze spódnice, takie za kolana." No więc wtedy od razu, wróciwszy do domu, założyłam tę drugą spódnicę czego tak do końca w Omarakanie nie musiałam przestrzegać dlatego, że w Omarakanie wszyscy o mnie wiedzieli. I właściwie tylko kiedy gdzieś wychodziłam poza Omarakanę, to zakładałam te dwie spódnice. W Omarakanie to już tak się troszkę czułam jak w domu i tak też mnie traktowano, więc nie musiałam tam nosić tych dwóch spódnic.

Zaczepiłem panią o taki szczegół, ale chciałbym zadać takie bardziej generalne pytanie, ogólne. Co się zmieniło w tych erotycznych zwyczajach i tych seksualnych grach Trobriandczyków od czasu publikacji książki Malinowskiego?

Jest ich mniej. To znaczy część tych zwyczajów jednak odeszła do historii. Naczelny wódz bardzo żałował, że nie ma już takich wypraw młodych dziewcząt do sąsiednich wsi po chłopaków, czyli takich wypraw gdzie one chłopaków podrywały. To się kończyło - jak to się mówi na Kiriwinie - "przyjaźnieniem się bardzo", czyli seksem. Znowu od razu tutaj dodam, że nie chodzi o żadne orgie. Ludzie się dobierają w pary i gdzieś na osobności oddalają. To samo robili chłopcy. Tego już nie ma. Nie ma też czegoś, co odbywało się mniej więcej o tej porze roku podczas festiwalu "Milamala" - takich dożynek właściwie, na których dozwolone były gwałty: chłopców na dziewczynach i dziewcząt na chłopcach. To był taki okres obżarstwa i rozpusty seksualnej, ale też tańców.

Okres promiskuityzmu takiego, że nawet mężowie zapominali przez moment, że są mężami, a żony, że są żonami.

Nie musieli zapominać. Mieli wtedy taką dyspensę.

Tak eufemistycznie to określając.

Tak. To jednak odchodzi w zapomnienie. Co pozostało? Nastolatki nadal dosyć wcześnie rozpoczynają życie seksualne. Co się zmieniło? Dorośli, czyli ich rodzice coraz częściej zauważają, że jednak dobrze by było, żeby rozpoczynali to życie seksualne później, szczególnie jeśli chodzi o dziewczęta. Dlatego, że jeśli dziewczyna zachodzi w ciążę, jest po prostu wyrzucana ze szkoły i to jest koniec  jej edukacji, a są rodzice, którzy mają ambicję, żeby ich dzieci jednak pokończyły szkołę średnią, a może nawet studia i znalazły pracę w mieście.

Wiadomo, że zwyczaje się bardzo zmieniły przez ten okres stu lat. To, co szokowało zachodnich obserwatorów, na przykład Malinowskiego i jego przyjaciela Anglika, dzisiaj już pewnie mniej szokuje, ale było coś takiego, co panią uderzyło tam w tym życiu - mimo wszystko, mimo lektur, mimo tych zmian cywilizacyjnych?

Właśnie to, że tam się tak niewiele zmieniło, mimo że tak naprawdę tam się zmieniło bardzo wiele. Jak się ląduje na tej wsi, to się ma wrażenie, że się ląduje w środku tego czarno-białego zdjęcia Bronisława Malinowskiego, bo chaty nadal są kryte wysuszonymi liśćmi pandanusa, ściany są z liści bananowca.

Chociaż czasami już z blachy, prawda?

Tak, z wyjątkiem tych chat, które są kryte żelaznymi blachami, albo mają żelazne ściany. Jednak  zaskoczyło mnie to, że Trobriandczycy  bardzo mocno, głęboko tkwią w tej swojej kulturze. Chodzi o te korzenie, o które tak się martwił Malinowski. On obawiał się, że ta kultura zginie, zniknie, że w ogóle Trobriandczycy przestaną istnieć jako odrębny byt kulturowy. To się jednak nie stało. Nadal na Papui i Nowej Gwinei Trobriandczycy są dosyć mocno odrębnym kulturowo ludem. Są znani z tego, że żyją według tradycji, w przeciwieństwie do licznych innych ludów. Pamiętajmy, że tam jest ponad trzysta lokalnych języków. W każdym razie jest tyle, że ludzie nie powinni właściwie móc się ze sobą porozumiewać. W 1975 roku, kiedy kraj ogłosił niepodległość, był bardzo duży problem, żeby tyle tych różnych plemion, języków razem połączyć. Kiriwińczycy czy Trobriandczycy odstają nadal na tym tle.

To zresztą widać na przepięknych zdjęciach, które ilustrują pani książkę "Seks, betel i czary". Rzeczywiście są tak pozowane jak zdjęcia Bronisława Malinowskiego i to jest pełna symetria.


Starałam się wybrać kilka takich charakterystycznych zdjęć. Na przykład fotografia wodza razem z synem, których poznał Malinowski. Do podobnego zdjęcia ustawiłam obecnego naczelnego wodza Wysp Trobrianda z jego najmłodszym synem. To pokazuje zmiany, ale na niektórych zdjęciach też uderza podobieństwo.

Czas się zatrzymał.

Tak. Ja też miałam to wrażenie - z tym znalezieniem się w czarno-białym zdjęciu, tyle że w kolorze. Było ono tym mocniejsze, że część ludzi była podobna do tych ludzi ze starych zdjęć. To są ewidentnie ich przodkowie, bo to jest nieduża wyspa. Teraz to jest 38 tysięcy mieszkańców, więc ci ludzie są podobni do siebie i też są podobni do tych ludzi, których fotografował Malinowski.

Bardzo pani dziękuję za tę rozmowę. Zachęcam wszystkich słuchaczy do lektury tej fascynującej książki "Seks, betel i czary". Miałem przyjemność rozmawiać z autorką, Aleksandrą Gumowską. Pani Olu, nie wiem jak pani, mnie już teraz "ba mo mu i bala", czyli chce się troszkę pić i chce mi się iść już na małą kawkę, bo betelu tu nie mamy.

Ja to właściwie bala ba ma sisi, czyli poszłabym już spać. (Śmiech)

Bardzo pani dziękuję.


Do widzenia.