Zaskakująca nauka płynie z "Wielkiej Księgi Cenzury PRL w dokumentach" Tomasza Strzyżewskiego. 

Autor za komuny pracujący w Urzędzie Cenzury ujawnił nie tylko jak odgórnie usuwano informacje.  

Komunizm jak wiadomo to ustrój totalitarny więc totalnie kontrolujący wiedzę o sobie oraz świecie.

Autocenzura stosowana w PRL-u przez dziennikarzy artystów i uczonych to jednak wciąż temat tabu. 

Zasadniczo Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk nie miał wiele roboty z cenzurowaniem danych. 

Artystyczna brać i ludzie pióra sami narzucali sobie pęta i własnoręcznie wkładali sobie knebel w usta.  

Nie trzeba było tłumaczyć  że o pewnych faktach się nie wspomina a o niektórych osobach się milczy.

Autorytety czczone w III RP to nierzadko reprezentanci komunistycznej sitwy współtworzący System. 

Trudno się dziwić że łże-inteligencja po  t.zw.  "transformacji" ciągle tkwi w okowach totalitaryzmu.

Rugowanie brudnych prawd i blokowanie niewygodnych sekretów z przeszłości to racja jej istnienia.

Elita która ma korzenie w rzekomo minionej epoce najchętniej wygumkowałaby świadków ze zdjęć.  

Ścierką gazety zetrzeć z tablicy credo pisane czerwoną kredą: " Wierzę w Lenina Stalina Breżniewa."  

Ćmy lecące kiedyś do płomienia rewolucji chcą tamte lata ukryć w cieniu i ciągle świecić przykładem.  

POSŁUCHAJ PIERWSZEJ CZĘŚCI ROZMOWY BOGDANA ZALEWSKIEGO Z TOMASZEM STRZYŻEWSKIM:

Bogdan Zalewski: Przede mną opasły tom "Wielka Księga Cenzury PRL w dokumentach", a moim i państwa gościem jest pan Tomasz Strzyżewski, autor tego monumentalnego dzieła. Powitam pana troszkę prowokacyjnie. Mogę się do pana zwrócić per "panie radco"?

Tomasz Strzyżewski: Bardzo proszę. Chociaż nie jestem nim od dawna.

Kim był radca w PRL-u taki jak pan?

To był merytoryczny pracownik Urzędu Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk, który zajmował się kontrolnym czytaniem tekstów przysyłanych do cenzurowania przez wszystkie media, wszystkie nadajniki medialne wchodzące w skład systemu PRL.

Pan użył już słowa "cenzura". Był pan cenzorem?

To nie do końca jest prawda. Byłem zatrudniony w tym urzędzie na stanowisku radcy, co oczywiście w sensie merytorycznym było równoznaczne z pojęciem "cenzora". Ja jednak pracowałam przeciwko cenzurze przez cały okres pobytu w tym urzędzie, czyli przez 19 miesięcy. Miejscem mojej pracy był gmach przy Placu Kleparskim w Krakowie. To tam mieściła się siedziba krakowskiej delegatury tego urzędu. Natomiast dyżury nocne odbywały się w Drukarni Narodowej przy ulicy Wielopole. Na ostatnim piętrze tego budynku znajdowała się dyżurka  Delegatury Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Tam dyżury pełnione były jednoosobowo.

Jak pan wyniósł te dokumenty? Mnie się to kojarzy z archiwum Wasilija Mitrochina. (Wasilij Nikiticz Mitrochin - archiwista I Zarządu Głównego KGB, współautor książki opartej na przekazanych wywiadowi brytyjskiemu MI6 planach tajnych operacji KGB w czasie zimnej wojny. W latach 1972-1984 nadzorował przeniesienie archiwów KGB z Łubianki do nowej siedziby KGB w Jasieniewie. W tym czasie zrobił kopie mikrofilmowe szczególnie ważnych dokumentów. - przypis B.Z.) To jest opasły tom.

Tak, to opasły tom. Przez 19 miesięcy, zgodnie z decyzją, którą podjąłem przed zakończeniem dwutygodniowego okresu próbnego, rozpocząłem prace nad skompletowaniem właściwego zbioru - reprezentatywnego dla funkcjonowania tego urzędu i równolegle zajmowałem się ręcznym przepisywaniem na zszywkach zeszytowych. Robiłem to właśnie podczas wspomnianych dyżurów nocnych w Drukarni Narodowej.

To była benedyktyńska praca.

Benedyktyńska praca, ponieważ mogłem sobie wygospodarować prawie na każdym dyżurze tylko 10 do 15 minut. Mogłem poświęcić ten czas na przepisywanie kolejnych, kolejnych i wciąż kolejnych zapisów i zaleceń, czyli instrukcji.

Co pan przepisywał? Co to w ogóle jest?

To jest rodzaj instrukcji dla ułatwienia pracy osób kontrolujących szczelność cenzury wewnętrznej w mediach. Chodzi o treści, opinie, poglądy i przede wszystkim informacje o zdarzeniach zarówno w kraju jak i za granicą, które należało usunąć z przekazu medialnego.

Po przeczytaniu tej księgi jestem przekonany, że to powinna być lektura obowiązkowa w naszych szkołach, żeby ludzie, którzy darzą sympatią czy sentymentem PRL, mogli się przekonać, co to naprawdę było za państwo, jak orwellowskie z ducha.

Zgoda, to powinna być z całą pewnością taka lekturą na uczelniach i w szkołach. Większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy z powodu blokady publikacji tej książki przez 25 lat, czyli od czasu rzekomego obalenia komuny w Polsce. Mówię "rzekomego", dlatego że system komunistyczny oczywiście został zmieniony na ustrój kapitalistyczny, ale komuniści nie zostali obaleni. Wręcz przeciwnie, zostali wynagrodzeni i postawieni na piedestale. Korzystają z ogromnych fortun, które otrzymali w nagrodę za swoje zbrodnie i cieszą się wysokim statusem społecznym - właśnie dzięki cenzurze, która w dalszym ciągu trwa. Jest kontynuacją cenzury PRL-owskiej.

Zanim przejdziemy do lektury tego tomu, chciałbym pana zapytać o historię wydania tej książki. Pierwsza jej edycja nastąpiła w latach 70. XX wieku i od tego czasu nie było wznowień, co więcej istniał swoisty zapis na pana i na tę księgę. Na czym on polegał?

Tak, można nazwać go "zapisem", tak jak te instrukcje były określane w PRL-u.

Specjalnie używam tej nomenklatury.

Zapis cenzury, cenzura na cenzurę, zapis cenzorski na cenzurę ...

A przecież mieliśmy już lata dwutysięczne. Jak to się stało, że ta książka nie mogła się ukazać, mimo że już były podjęte próby jej wydania, za rządów Prawa i Sprawiedliwości?

Pierwsza poważna próba została podjęta z inicjatywy Narodowego Centrum Kultury. To nie ja prosiłem o to. To Narodowe Centrum Kultury skontaktowało się ze mną i ogłosiło na konferencji prasowej w swojej siedzibie w Warszawie decyzję o rozpoczęciu prac nad przygotowaniem do druku nowego wydania - poprawionego i uzupełnionego przeze mnie.

Tryby zostały ruszone i nagle się zatrzymały. Kto w nie wsypał piach?

Cenzura ...

Trzeciej RP ...

Tak, Trzeciej RP. Gdy po dwóch latach zakończono prace nad przygotowaniem do druku, dyrekcja Narodowego Centrum Kultury zażądała ode mnie usunięcia pewnych fragmentów z mojego wstępu.

Które to były fragmenty? Kogo dotyczyły?

Ja się tylko domyślam, bo nie określono dokładnie. Nietrudno mi było się jednak domyślić, że chodzi o fragmenty, które wyjaśniały podstawową rolę cenzury stosowanej przez autorów, przez kadry dziennikarskie i redakcje w poszczególnych nadajnikach medialnych.

To jest bardzo ważne zdanie, bo tak na prawdę główną rolę w PRL-u odgrywała nie cenzura, a autocenzura.

Tak jest, czyli - inaczej mówiąc - cenzura wewnętrzna, w odróżnieniu od zewnętrznej, stosowanej przez urząd.

Na czym polegała ta autocenzura? To znaczy, na czym polegała tak naprawdę twórczość publicystów, czy dziennikarzy i to takich, których jeszcze dziś uważamy za nonkonformistów, za tych, którzy kontestowali system komunistyczny?

Ludzie, którzy zatrudniali się w mediach, zdawali sobie sprawę wybierając świadomie pracę w tych mediach, że warunkiem sine qua non wykonywania tego zajęcia jest autocenzura. Chodziło o to po prostu, że pracodawcą  był reżim komunistyczny. A jeżeli tak, to zatrudniający się byli świadomi, że nie mogą pisać, ani ukazywać, ani informować czytelników, słuchaczy radia, czy widzów TV o niczym, co narażało na szwank interes pracodawcy, czyli system komunistyczny.

Czyli to był taki pierwszy etap? To znaczy teksty, widowiska, czy jakiekolwiek publikacje były wewnętrznie cenzurowane przez samych twórców i autorów, a potem dopiero te dokumenty i dzieła wędrowały do urzędu cenzury, chociaż on się tak nie nazywał...

Ale, to jest poprawna nazwa. Nie "cenzura", a "urząd cenzury".

Mimo tej autocenzury ta księga, którą trzymam w dłoniach, zawiera tak wiele dyrektyw, tak wiele  porad i instrukcji, że aż człowiek za głowę się chwyta! Tak wiele właśnie dziedzin życia w PRL-u było poddanych totalnej kontroli, począwszy od wypadków drogowych. Nie można było podawać na przykład ich ogólnej liczby. Teraz jest to "krwią" serwisów informacyjnych, prawda?

Oczywiście.

Można było podawać informacje o jakiś lokalnych, drobnych wypadkach. Tak więc cenzura obejmowała szerokie pole- od takich doniesień po informacje dotyczące polityki zagranicznej, dane o "naszych" sojusznikach i przeciwnikach.

Zgadza się. Decydował o tym instynkt samozachowawczy tych ludzi. Autocenzura była odruchem spontanicznym, wywołanym lękiem przed utratą statutu społecznego, związanego nierozerwalnie z zawodem dziennikarskim, oraz zarobkami. Dziennikarze zarabiali więcej niż przeciętny obywatel PRL.

POSŁUCHAJ DRUGIEJ CZĘŚCI ROZMOWY BOGDANA ZALEWSKIEGO Z TOMASZEM STRZYŻEWSKIM:

Pan cytuje bardzo ciekawą anegdotę we wstępie do "Wielkiej Księgi Cenzury PRL w dokumentach". Jej bohaterem jest pisarz Wojciech Albiński, który wyemigrował za sprawą nauczyciela. To on nakłonił go do wyjazdu swoim sądem o tym, co się dzieje w Polsce PRL-owskiej.

Tak, to było w gimnazjum, gdy jego uczniowie ujawnili, gdzie mają zamiar studiować po maturze. Albiński stwierdził, że chciałby zostać dziennikarzem. Nauczyciel  wezwał wówczas jego mamę do szkoły i zapytał wprost: czy pani chce, aby pani syn zawsze kłamał? Wpłynęło to na późniejszą decyzję tego dziennikarza i pisarza, który wyemigrował z Polski i osiadł na stałe w Republice Południowej Afryki.

Czyli taka postawa, pisania półprawd, ćwierć-prawd to właściwie było popieranie tego totalnego kłamstwa?

Tak. Popieranie polegało na współuczestnictwie w zniewalaniu polskiego narodu, polskiego społeczeństwa poprzez wprowadzanie go w błąd. Przekaz medialny tworzony był po selekcji informacji. Cenzura jest drugą obok kłamstwa formą wprowadzania w błąd. Można ją nazwać "kłamstwem cenzorskim". Kłamstwo wprost, jak wiadomo, polega na informowaniu się o tym, że zdarzyło się coś, co się nie zdarzyło, lub odwrotnie - nie zdarzyło się coś, co się zdarzyło. Natomiast cenzura wprowadzając w błąd, doprowadza do tego samego, do takiej samej wymowy ocenzurowanego tekstu. Tylko że kłamstwo cenzorskie jest trudniejsze do napiętnowania i udowodnienia, bo może się składać wyłącznie z prawd cząstkowych. Przeciętny człowiek nigdy nie kojarzy z kłamstwem czegoś, co się składa z samych prawd. To jest bardzo trudno przyswajalne w sensie poznawczym.

Może to dlatego dzisiaj panuje taki wyidealizowany obraz PRL-u? Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że gros tych informacji po prostu nie docierała do nich wtedy. Nie mogła dotrzeć. Dlatego właśnie  ten obraz jest tak arkadyjski.

Niewątpliwie tak. Chciałem też zwrócić uwagę na to, jak prawda ocenzurowana wpływa na przykład na obraz jakiejś osoby lub zdarzenia. Wyselekcjonowane informacje prowadzą do tego, że odbiorca takiej informacji ocenia tę osobę lub zdarzenie pozytywnie albo negatywnie. Jeżeli prawdziwy jej obraz jest pozytywny, to po ocenzurowaniu ta osoba może być odbierana jako ktoś, kogo należy unikać albo na przykład na nią nie głosować w wyborach do parlamentu czy innych ośrodków władzy.

Ja sobie tę cenzurę podzieliłem na trzy etapy, trzy kręgi. Jeden krąg jest PRL-owski, chyba najbardziej zrozumiały, bo jednak większość osób zdaje sobie sprawę, że to było Państwo totalitarne.

Tak.

Drugi krąg to jest krąg emigracji. Pan wiele uwagi poświęca między innymi emigracji z 1968 roku, tak zwanym "marcowym" emigrantom, którzy pana cenzurowali. Był swoisty zapis na pana osobę.

Tak.

Trzeci krąg, jak już mówiliśmy, to III RP. Więc właściwie cenzura to nie jest nic historycznego, to jest coś co trwa, ma swoje konsekwencje.

Cenzura to cały przekrój dziejów ludzkiej cywilizacji. Zresztą bardzo interesujące jest wprowadzenie historiozoficzne do "Wielkiej Księgi Cenzury PRL w dokumentach" pióra profesora Zbigniewa Romka. Prezentuje on rozwój i dzieje cenzury na przestrzeni dziejów. A cenzura w III RP funkcjonuje w dalszym ciągu, jako prosta kontynuacja cenzury stosowanej w mediach PRL.

Adam Michnik eufemistycznie powiedział kiedyś, że redakcja to jest tak na prawdę selekcja.

Tak jest, wymsknęło mu się niechcący ...

Wymsknęło mu się, to znaczy jest to właściwie nowa definicja cenzury?

Tak. W telewizji, w debacie studyjnej w dwutysięcznym bodajże roku, o ile dobrze pamiętam, Michnik wypowiedział te pamiętne słowa.

Mamy więc do czynienia z kontynuacją, ale na szczęście istnieją takie wydawnictwa jak "Prohibita", które łamią ten zapis, ten zakaz. Dzięki nim możemy przeczytać, czym tak na prawdę była tak zwana Polska Rzeczpospolita Ludowa. Chciałbym, żeby pan przytoczył z pamięci coś, co pana najbardziej zaszokowało w pracy radcy. Co było takim największym absurdem z jakim pan się spotkał w życiu, jeśli chodzi o właśnie cenzurę PRL-owską?

Ja bym tego nie nazwał absurdem, bo jednak działalność tego urzędu i cenzorskich ingerencji nie były absurdalne. W tym sensie, że osiągały swój cel, czyli zniewalały odbiorców masowego przekazu.

Ale to się dzisiaj kojarzy z nonsensem kompletnym.

Nie był to nonsens, ponieważ władza komunistyczna mogła się utrzymać tylko dzięki wsparciu właśnie potężnych dwóch instytucji - Służby Bezpieczeństwa, która zniewalała polskie społeczeństwo przy pomocy strachu i przemocy fizycznej, oraz Urzędu Cenzury, czyli Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, który z kolei zniewalał umysły masowego odbiorcy.

Rozumiem, ale ja panu może podam pewne przykłady, które mnie zaszokowały.

Bardzo proszę.

Oto kilka takich przykładów, na chybił trafił. Dlaczego nie można było opublikować zdjęcia Edwarda Gierka w czapce polowej Ludowego Wojska Polskiego?

Żeby podkreślić, że reprezentuje on cywilną władzę .

Czym groziło pomieszanie tych porządków - cywilnego i wojskowego - w przypadku pierwszego sekretarza PZPR?

Oczywiście można byłoby wtedy twierdzić, że w PRL-u rządzi wojskowa junta. Można byłoby porównywać to z różnymi formami dyktatur po zamachach stanu w zachodnich krajach, prawda? Na przykład w Ameryce Łacińskiej i tak dalej.

A propos różnych satrapów czy przywódców junt, uderzyła mnie informacja o Idi Aminie (dyktatorze Ugandy). Ten satrapa afrykański w przemówieniu zapowiedział, że wybuduje pomnik Adolfowi Hitlerowi. Na tę wypowiedź też był zapis bardzo szczegółowy.

Prawdopodobnie chodziło o to, żeby zachować dobre stosunki gospodarcze z Ugandą bez ryzyka, że zostaną zerwane.

To była żenująca wypowiedź. Skandaliczna właściwie.

Oczywiście, że tak. Nie ma o czym mówić. To był doskonały przykład. Jednak jest więcej  takich właśnie zapisów, które może nie tyle graniczą z absurdem, ale wstrząsnęły mną, gdy podejmowałem decyzję o zdemaskowaniu funkcjonowania tego urzędu przed samym zakończeniem okresu próbnego. Zwróciłbym uwagę na fragment, na który natrafiłem podczas lektury tej sławnej księgi zapisów i zaleceń. Informował on o tym, że zbudowano szeroki tor kolejowy z Huty Katowice do granic Związku Sowieckiego, co dla mnie nabrało wymiaru wręcz symbolicznego, jeśli chodzi o eksploatację polskiej gospodarki przez ZSRR.

Taki sowiecki korytarz.

Tak jest. Drugi fragment,  który już bardzo osobiście odczułem i który spotęgował moją determinację żeby jednak podjąć tę decyzje i ją zrealizować, to był zapis o utrzymywaniu w tajemnicy, kto dokonał Zbrodni Katyńskiej. Dlatego, że mój własny dziadek - kapitan Wincenty Strzyżewski - był jedną z ofiar tej zbrodni. Ponadto dostrzegłem w tym pewna paralelę, jeżeli chodzi o intencje morderców naszej inteligencji - kadry oficerskiej wówczas wziętej do niewoli przez Sowietów - z pozbawianiem podbitego narodu świadomości narodowej.

Tam był dokładny zapis, jak pisać o Katyniu. Że zbrodni dokonali hitlerowcy i też zapis dotyczący daty, prawda? Trzeba było podawać, że ta zbrodnia była dokonana nie w 1940, czyli za Sowietów, a w 1941 roku, kiedy Katyń był już w rękach niemieckich.  

Tak, to jedno, ale jeszcze chciałbym podkreślić tę paralelę pomiędzy tamtą zbrodnią a funkcjonowaniem urzędu cenzury jako instrumentu pozbawiania narodu świadomości narodowej poprzez indoktrynację za pośrednictwem mediów. Tam w Katyniu to była fizyczna likwidacja nośnika tej świadomości narodowej, którą zawsze w każdym społeczeństwie i w każdym narodzie są najlepiej wykształcone elity, inteligencja jednym słowem.

A propos elit i inteligencji, bardzo ciekawe są też fragmenty "Wielkiej Księgi Cenzury PRL w dokumentach" dotyczące polskiej kultury. Moja uwagę przykuł fragment dotyczący filmu ,,Ziemia obiecana" Andrzeja Wajdy. Bardzo ciekawa rozgorzała dyskusja dotycząca marksistowskiego pojęcia "klasy", ale też rozpatrywane były wątki filosemickie i antysemickie w tym obrazie. Właściwie, można powiedzieć, że ci cenzorzy to byli też krytycy sztuki. Można tak się o nich wyrazić paradoksalnie.

Oczywiście, paradoksalnie można by to tak określić. W końcu mieli oni wpływ na to, co się na temat sztuki i dzieł sztuki, czy filmów pisze, jaką one w ostateczności przyjmują formę przed zaprezentowaniem publiczności, prawda?

Pan też napisał, że właściwie ta praca jako cenzora, czy radcy była często wstępem do pracy dziennikarza. To były takie pierwsze szlify dziennikarskie.

Wiele osób, które zatrudniały się w Urzędzie Cenzury traktowało tę pracę jako staż wstępny. Notabene sam dyrektor delegatury krakowskiej Tadeusz Leśniak był przecież dziennikarzem z zawodu. W trakcie mojego dziewiętnastomiesięcznego pobytu w tym urzędzie poznałem też jednego z radców, który później był dość znanym poetą, kiedy już przestał tam pracować. On skończył zatrudnienie w tym urzędzie na trzy, cztery miesiące przed moim odejściem, kiedy już otrzymałem paszport i udało mi się wynieść te dokumenty i je opublikować w Londynie.

Jak pan sądzi, tak na koniec, czy wiedza zawarta w tej księdze przebije się w końcu do masowej świadomości Polaków?

Jestem przekonany, że ma ogromną szansę się przebić. Jednak 100 proc. pewności nie mam, ponieważ jest opór ze strony dominujących mediów postkomunistycznych, nazywanych z resztą mediami głównego nurtu, czy z angielska mainstreamem. One jednak stanowią potężną siłę i mogą w jakiś sposób doprowadzić do przemilczenia tego wydarzenia, jakim jest niewątpliwie ta publikacja dzięki odwadze, ogromnej pracy i poświęceniu, które włożył wydawca.

Serdecznie panu dziękuję za tę rozmowę. Obiecuję, że na pewno w radiu RMF FM i na naszej stronie internetowej rmf24.pl informacja o "Wielkiej księdze cenzury PRL" nie będzie przemilczana. Przeciwnie - nagłośniona.

Ja również serdecznie dziękuję i żegnam państwa, pozdrawiam wszystkich.

Z ostatniej chwili :) Konkurs blogowy został już rozwiązany. Hasło brzmiało: "Zakazana treść". Tomy trafią do: Michała Dobrołowicza z Morawicy, Danuty Adamczyk z Kielc i Amadeusza Calika z Olkusza. Dziękuję wszystkim za udział w zabawie. Książki wyślę niebawem. Życzę przyjemnej i pożytecznej lektury.