Kibicuję największemu zamieszaniu w Niemczech, modlę się do ikon o to samo w Rosji

Czwartek, 23 listopada 2017 (16:52)

Europa tak łatwo ulega zezwierzęceniu!

Polityczne obmapywanie - Bogdan Zalewski /


1.       Zmierzch wagnerowskiej bogini Angeli

Götterdämmerung to po niemiecku Zmierzch Bogów. Pojęcie to jest tłumaczeniem na język niemiecki staronordyckiego słowa Ragnarök , które w mitologii ludów Północy odnosi się do przepowiedzianej wojny między bogami a olbrzymami. W wyniku tego starcia tak naszą Ziemię jak i Asgard, czyli siedzibę bogów, strawi ogień, wszystkie gwiazdy zgasną i nastąpi potop. Ostatecznie z potężnego morza wyłoni się nowy świat i nastąpi era szczęśliwości. Nie będzie w niej już miejsca na przemoc i wojny. Götterdämmerung to tytuł utworu Richarda Wagnera, czwartej części dramatu muzycznego Pierścień Nibelunga. W Prologu trzy Norny, córki Erdy, spotykają się nieopodal skały Brunhildy. Tkają linę przeznaczenia i śpiewają o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Aż nagle lina się zrywa i Norny znikają, opłakując mądrość, którą utraciły. Aż wstaje nowy dzień ... 

Tu w moim cyklu gonzo-gnozo, zaangażowanym kolażowym reportażu z najważniejszych bieżących wydarzeń, zostawiam muzykę i mitologię. 

"Götterdämmerung Niemiec", niemiecki Zmierzch Bogów to patetyczny tytuł artykułu Hansa-Wernera Sinna. To nietuzinkowa persona u naszych zachodnich sąsiadów: pisarz, profesor ekonomii na Uniwersytecie w Monachium, był prezesem Instytutu Badań Ekonomicznych, a teraz zasiada w Radzie Doradczej Niemieckiego Ministerstwa Gospodarki. Sinn stawia tezę, że Niemcy przeżywają polityczny przełom. Nie chodzi tylko o to, że po rezygnacji Wolnych Demokratów (FDP) z rozmów koalicyjnych pojawiły się poważne wątpliwości, czy kanclerz Angela Merkel z Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) pozostanie przy władzy. Odejście FDP od negocjacji z CDU, z jej bawarską siostrzaną partią - Unią Chrześcijańsko-Społeczną (CSU) oraz z Zielonymi oznacza koniec starań o stworzenie stabilnych rządów koalicyjnych, które definiowały politykę Niemiec od czasów kanclerza Konrada Adenauera. Bez udziału FDP Merkel mogłaby dążyć do koalicyjnego rządu z socjaldemokratami (SPD). Zdziesiątkowana SPD twierdzi jednak, że jest zdecydowana pozostać w opozycji, aby zatrzeć efekty miażdżącej porażki w sondażach. Jakakolwiek inna koalicja nie wchodzi w grę, ponieważ ani skrajna lewica, ani skrajnie prawicowa Alternative für Deutschland (AfD) nie są postrzegane jako akceptowalni partnerzy. Możliwy jest jednak rząd mniejszościowy pod wodzą Angeli Merkel. Biorąc pod uwagę, że prezydent Frank-Walter Steinmeier wyraził swoją niechęć do zwoływania nowych wyborów, taki scenariusz może stać się prawdopodobny, jeśli Merkel nie zrezygnuje sama z siebie. A nawet jeśli dojdzie do nowych wyborów, ich wynik nie będzie się różnił, chyba że odejdzie lider SPD, Martin Schulz. Rząd mniejszościowy może zostać utworzony przez CDU i CSU bez formalnego udziału innych stron. Rząd mniejszościowy, niezależnie od jego składu, niekoniecznie byłby czymś złym. Gdy rząd szuka partnerów do przegłosowania aktów prawnych w trybie doraźnym, Bundestag stałby się ponownie miejscem prawdziwej debaty publicznej. Zbyt długo partnerzy koalicyjni negocjowali decyzje rządowe za zamkniętymi drzwiami, a Bundestag tylko przybijał pieczątkę.- stwierdza Hans-Werner Sinn.

Najbardziej na takim wzmocnieniu parlamentu skorzystają małe partie, które w przeciwnym razie mają niewielkie szanse na wywieranie jakiegokolwiek realnego wpływu. Przede wszystkim z otwartej debaty korzyść wyciągnie AfD, niemiecka wersja francuskiego Frontu Narodowego, która wyłoniła się ex nihilo, z niczego, jako trzecia co do wielkości partia Niemiec we wrześniowych wyborach. Do tej pory mainstreamowe media w dużej mierze skupiały się na dyskredytacji tej partii. Ale bardziej aktywny Bundestag nieuchronnie stałby się areną argumentów i retoryki AfD. Jednocześnie polityka zagraniczna rządu federalnego w sprawie imigrantów niewątpliwie zostałaby osłabiona, a Merkel miałaby trudności z odgrywaniem aktywnej roli w polityce europejskiej. Oznaczałoby to również, że europejscy partnerzy Niemiec będą walczyć o wymuszenie kompromisów na rządzie w Berlinie. Ta dynamika będzie szczególnie ważna dla Francji, zważywszy cele prezydenta Emmanuela Macrona. Paryski Jowisz pragnie skonsolidować strefę euro przez nadanie jej atrybutów państwowości. Dąży też do szybszego wprowadzenia Unii dwóch prędkości. Według planów Macrona byłaby to Europa dwubiegowa. Na jednym biegunie byłby zintegrowany Euroland, a na drugim biegu działałaby strefa poza wspólną walutą, składająca się z północnych i wschodnich krajów Unii Europejskiej. Mniejszościowy rząd niemiecki musiałby prowadzić długie debaty ze wszystkimi ugrupowaniami parlamentarnymi, zanim Bundestag wyraziłby zgodę na propozycje Macrona lub jakiekolwiek inne.

Skuteczna opozycja w kraju oznacza, że rząd w Berlinie nie byłby już w stanie zgodzić się na różne akcje ratunkowe dla niemieckich partnerów z UE. Autor artykułu przypomina, że tak się stało w maju 2010 roku, kiedy rząd Merkel został zmuszony przez francuski triumwirat - składający się z prezesa Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude'a Tricheta, dyrektora zarządzającego MFW Dominique'a Strauss-Kahna oraz prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego- do naruszenia Traktatu z Maastricht. Stojąc na czele rządu mniejszościowego Merkel nie będzie już mogła uczynić innych kontrowersyjnych kroków, takich jakie uczyniła w przeszłości. Sinn wymienia na przykład decyzje o stopniowym wycofywania energii jądrowej w ciągu kilku miesięcy od wypadku w Fukushimie w Japonii oraz o zezwoleniu na wjazd mas imigrantów do Niemiec. To już będzie teraz niemożliwe. To pozytywna zmiana - zdaniem publicysty - bo zbyt często politycy, kierując się poczuciem wielkości swych wizji, podejmują decyzje, które mają poważne negatywne konsekwencje w dłuższej perspektywie. Na przykład z powodu wycofywania się z energetyki jądrowej Niemcy mogą teraz wywiązać się ze swoich zobowiązań dotyczących przeciwdziałania zmianom klimatycznym jedynie poprzez ograniczenie, a może nawet utratę, części swojej bazy przemysłowej. A przyjmując aż 1,5 miliona migrantów w ciągu zaledwie dwóch lat, Niemcy ogromnie obciążyły swoje państwo opiekuńcze, nieumyślnie dały impuls do Brexitu i zmobilizowały przeciwko sobie Europę Wschodnią.

Zdaniem Sinna jest za wcześnie, by powiedzieć, w jaki sposób rozwiązana zostanie niepewność polityczna, w obliczu której stanęły teraz Niemcy i Europa. Jednak Angela Merkel wciąż może być najlepszą alternatywą dla Niemiec. - konstatuje autor analizy ironicznie trawestując nazwę partii AfD.

Ale co jeśli Merkel zabraknie?

2.       Kra krę mija i nas mija, a ja nos trę. 

"Bez Merkel Europa może się rozpaść."- Przewiduje Fredrik Erixon na łamach brytyjskiego Spectatora. Kiedy mamusia (Mutti) zaczynała mówić, wszelkie kłótnie ustawały. Gdy jej zabraknie, kto będzie miał taką moc? Kto taki efekt mógłby wówczas osiągać? -Pyta publicysta. Erixon przyznaje, że żaden przywódca nie jest nam tak naprawdę niezbędny, nie ma lidera niezastąpionego. Jednak przyszłość Europy zawisła teraz na Angeli Merkel. Od prawie 15 lat jest "matką chrzestną" Unii Europejskiej, a inni liderzy nauczyli się akceptować jej podstawową niepisaną rolę: Merkel jest arbitrem. Otaczająca ją aura najwyższej mocy rozwścieczyła Nicolasa Sarkozy'ego. Eksprezydent Francji chciał takiej funkcji dla samego siebie. Z kolei lewicowy przywódca Grecji, Alexis Tsipras, wściekał się, że Merkel chce, aby jego kraj został państwem wasalnym, rządzonym przez Berlin i finansowe gnomy we Frankfurcie. Jednak teraz, gdy grozi jej utrata władzy, nawet jej wrogowie obawiają się, że jej nieobecność pociągnie Europę w różnych kierunkach, co grozi rozerwaniem jednoczącego się od lat kontynentu.  

Erixon przyznaje, że jeden z nowo wybranych europejskich liderów wyjaśnił mu rolę Merkel w Europie. Opowiedział, że kiedy przybył do Brukseli na szczyt w sprawie finansowego kryzysu, nie był pewien, czy unia walutowa przetrwa kolejny dzień ostrych sporów. Jego niepokój wzmógł się podczas długiego obiadu. Kilku liderów krzyczało na siebie. Dwóch z nich było podchmielonych. Jeden z nich wylał sos bearneński na spodnie drugiemu. Inny wprost palił się, by wyjść, jak wszyscy podejrzewali, na spotkanie z kochanką. Jednak na sali hałas ucichł, gdy "Matka zaczęła mówić".

UE jest nieszczęśliwą rodziną, ale Mamusia (Mutti Merkel) doprowadziła do wysokiego poziomu jedności i pokoju. To wszystko jest tym bardziej niezwykłe, że rzadko miała wiele do powiedzenia. Podobnie jak wszyscy niemieccy politycy, Merkel nie wyobrażała sobie, jak powstrzymać finansowy kryzys, aby nie rozprzestrzeniał się, choćby na takie kraje jak Włochy. Często nie była ani za jedną opcją, ani za przeciwną. Miała jednak atut, o którym większość przywódców może tylko marzyć - autorytet. Kiedy mówiła, inni słuchali. Bez niej, kto będzie mógł wywierać taki wpływ, wywołać taki efekt? - pyta Erixon. I zastanawia się głośno na piśmie: Emmanuel Macron? To młody człowiek działający pośpiesznie, który wspiera takich unijnych radykałów jak Jean-Claude Juncker. Jednak - jak twierdzi brytyjski publicysta- oni obaj są częścią wymierającej federalistycznej rasy, a ich wizja Europy jest zasadniczo sprzeczna z poglądami w większości stolic. Inni przywódcy milczą, ale to dlatego, że nie wiedzą, co robić z Europą po kryzysie. Nie ma aż takiej kryzysowej sytuacji, która mogłaby skoncentrować na sobie ich umysły.

Niewielu europejskich przywódców poświęciłoby swoją słabą siłę polityczną służbie dla Europy. Dwaj szefowie rządów - Austriak Sebastian Kurz i Holender Mark Rutte- sami mają zbyt wiele innych powodów do zmartwień. Podobnie jest z premierami skandynawskimi. Wielu przywódców angażuje cenne resztki wpływów na łagodzenie konsekwencji Brexitu w polityce europejskiej. Zaś kraje takie jak Polska i Węgry już poleciały na inną orbitę polityczną. Wyszehradzka Czwórka- Polska, Węgry, Słowacja i Czechy - pragną już grać według własnych zasad. Z kolei Hiszpania jest zajęta problemem secesjonistów katalońskich. Natomiast Włochy wyglądają nowego populistycznego rządu, który za kilka miesięcy ogłosi referendum w sprawie euro. "Bez eksperymentów!"- to było hasło kampanii Konrada Adenauera, niemieckiego przywódcy po II wojnie światowej. Polityczna osobowość Merkel zawsze była bliższa Adenauerowi niż Helmutowi Kohlowi. Ona wie, że Europa może się rozpaść, jeśli polityka integracji pójdzie za daleko. Merkel nie wspiera pomysłów unii fiskalnej i wspólnej odpowiedzialności za dług publiczny. Wie, że poszukiwanie tożsamości narodowej w Europie jest prawdziwe. Nauczyła się już, że na zagładę skazany jest projekt zmuszania krajów do przyjmowania uchodźców. Jej wyobrażenie o Europie nie jest wielką wizją, ale zawiera sporą dawkę realizmu. Jeśli caryca Angela upadnie, nie ma nikogo innego z jej poczuciem pragmatyzmu. - ocenia na chłodno brytyjski autor. Pęknięcia w cienkim europejskim lodzie mogą doprowadzić do rozpadu delikatnej polityczno-ekonomicznej tafli.

Ja też nie chcę tu krakać, ale po krachu, z europejskiego projektu pozostaną coraz bardziej kruche kry.

3.       Warunek sine qua non

Jednak czy poważne osłabienie Niemiec i kryzys Unii Europejskiej mógłby być pozytywny dla Polski? Wbrew cytowanym przeze mnie głosom płynącym z zachodniego mainstreamu medialnego, uważam, że tak. Co więcej, wbrew kasandrycznym tonom, uznaję kryzys w Berlinie za niezwykle pozytywny dla naszego kraju. Trzymam kciuki za to, by niemożność sformowania nowego gabinetu u naszych sąsiadów za Odrą dorównała słynnemu belgijskiemu kryzysowi rządowemu. Przypomnę, że trwał on od czerwca 2010 roku do grudnia 2011 czyli 541 dni. Ileż to czasu dla Polski! Jakaż ulga! Ile spokoju! Wiem, że to niemożliwe, ale z całego serca życzę Niemcom, by zajmowali się sami sobą, aby w końcu przestali troszczyć się o demokrację w kraju ościennym. A niepokoje o los Unii? Nie są moim udziałem. Im słabszy jest polityczny plan konstruowania kontynentalnego Molocha, tym dla nas lepiej. Chciałbym, by w momencie, gdy w Polsce władzę utrzymuje jeden z najbardziej narodowych (według mainstreamu - nacjonalistycznych) rządów- Prawa i Sprawiedliwości, internacjonaliści się uciszyli, osłabli i przysnęli. Jest jednak jeden podstawowy warunek naszego powodzenia: jednoczesna smuta u naszych wschodnich "przyjaciół". W gąszczu buńczucznych rosyjskich wypowiedzi znajduję wyraz słabości, oznakę kryzysu: światełko w tunelu, lux ex Oriente.

4.       Radość na widok smuty          

Czytam na portalu pravda.ru artykuł pod frapującym tytułem: "Jak Rosja może się rozpaść?". Autor - Wadim Gorszenin twierdzi, że nie trzeba być prorokiem, żeby przewidzieć co się stanie z jego ojczyzną za ćwierć wieku. Najważniejsze jest uważne monitorowanie trendów. Jedno jest już pewne: u władzy nie będzie prezydenta Władimira Putina, premiera Dmitrija Miedwiediewa , czy przewodniczącej Rady Federacji Walentyny Matwijenko. Ze sceny politycznej zniknie lwia część tych ludzi, którzy dziś uosabiają państwo rosyjskie. Nie będzie Aleksandra Nawalnego słynnego blogera i działacza antyputinowskiej opozycji. Wprawdzie za dwadzieścia pięć lat będzie on mężczyzną w średnim wieku, ale Nawalny - zdaniem Gorszenina - to po prostu brudna piana na powierzchni mętnej władzy politycznej. Sztucznie tę piankę wywołali macherzy od pijaru i jak każdy taki "mus" musi szybko zniknąć. I co pozostanie? - pyta autor artykułu "Jak Rosja może się rozpaść?". Gorszenin nie chciałby, aby w przyszłych podręcznikach szkolnych pierwsze kroki Władimira Putina na prezydenckim stanowisku w sprawie utworzenia okręgów federalnych były traktowane z perspektywy czasu jako nieudana próba zachowania imperium. Publicysta prześledził dynamikę rozpadu Związku Radzieckiego w niepodległe państwa narodowe i skonstatował, że początek tego procesu był całkiem niewinny. Jego zdaniem rozpoczął się od odrodzenia języków narodowych. Nieco później doszło do powstania frontów narodowo-wyzwoleńczych. Ruchy te już otwarcie  domagały się secesji od ZSRR. Ten trend pojawił się również w Rosji w latach 90. Gorszenin wspomina o słynnych "paradach suwerenności" z próbami utworzenia samodzielnego Uralu, Syberii i innych niezależnych "państw". Przypomina też tendencje separatystyczne w Baszkirii i Tatarstanie. To właśnie te ruchy zmusiły Putina do podpisania dekretu o stworzeniu okręgów federalnych.

Dziś też pojawiają się niepokojące "językowe" ruchy. Dziennikarz przywołuje niedawną historię zwolnienia nauczyciela z Tatarstanu z powodu faktu, że rodzice jego uczniów głosowali przeciwko uczynieniu tatarskiego głównym językiem nauczania. Po wybuchu skandalu administracja szkolna nie poniosła za to żadnej odpowiedzialności. Gorszenin jest zaniepokojony narzucaną nauką języków narodowych w innych regionach Federacji Rosyjskiej. "A jak wam się podoba tendencja do ograniczania władzy pełnomocników prezydenta w guberniach?" - pyta retorycznie. W istocie będzie to kolejny impuls dla wzrostu tożsamości narodowej! "W końcu nasi gubernatorzy to bardzo wyszkoleni ludzie, prawda? - z ironią zauważa Gorszenin. Na dowód przywołuje postać gubernatora Jamału Dmitrija Kobyłkina, który na posiedzeniu Rady Federacji opowiadał o uczniu szkoły średniej, "starającym się ukazać proste, elementarne wartości przez pryzmat ludzkich losów najstraszliwszej wojny". Chodziło mu o Nikołaja Desjatniczenkę z syberyjskiej miejscowości Nowy Urengoj, który przemawiał ... w Bundestagu. Z tym "aktywnym uczestnikiem różnych wydarzeń patriotycznych, Kobylkin osobiście się zapoznał." Gorszenin podkreśla, że gubernator Jamału wciąż mówi coś o podręcznikach historii, systemie edukacji, "ale oczywiście ani słowem nie wspomniał o niemieckiej fundacji Friedricha Eberta, która przeznaczyła specjalną dotację na gimnazjum w Nowym Urengoj na studia nad drugą wojnę światową." Dlaczego? Wiadomo, kto płaci, ten wymaga. Więc tańczy się tak, jak Niemcy zagrają. "Jakiejż to prawdy o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej można się spodziewać od ucznia gimnazjum wspieranego finansowo przez niemiecką fundację?" Czyż sponsor nie zapłacił za "poprawne" wnioski? Gorszenin nie tylko pyta, ale także sam sobie próbuje dać odpowiedź. W tym celu pogrzebał w źródłach, aby dowiedzieć się co to za niemiecki fundusz. Wymienia najbardziej uderzające - jego zdaniem - strony działalności Fundacji Friedricha Eberta. Na przykład zleciła ona oraz zapłaciła za studia w Instytucie Socjologii Rosyjskiej Akademii Nauk, które ujawniły, że: "Rosja jest krwiożerczym i ksenofobicznym krajem, w którym prawie 40% obywateli jest gotowych zastrzelić każdego, kto jest winny obecnego stanu rzeczy. Powszechna jest wrogość wobec ludzi innych narodowości. Aż 40% Rosjan zaakceptowałoby przymusowe wygnanie przedstawicieli innych nacji z miejsca ich osiedlenia." Z kolei w Nowosybirsku, Omsku i Irkucku Fundacja Friedricha Eberta sfinansowała kolejne badanie, z którego wypływa wniosek o "syberyjskiej tożsamości narodowo-kulturowej." Oznacza to, że ludność Syberii jest "wspólnotą w Rosji o charakterystycznych cechach kulturowych, terytorialnych i politycznych." Zacytowawszy te badania autor artykułu przypomina pomysł stworzenia niezależnej republiki syberyjskiej w latach 90-tych. To ta sama melodia, bez wątpienia! Właśnie z Syberii, konkretnie z Barnaułu, oraz z innych rosyjskich miast Fundacja Friedricha Eberta zaprosiła rosyjskich aktywistów do Niemiec i Danii na seminarium "Mniejszości i demokracja". Gdzie ich ugoszczono? "Zwieziono ich do gejowskich barów, by potem dyskutowali, co to się dzieje w tej zacofanej Rosji, w której uchwalono prawo zakazujące nastolatkom propagandy mniejszości seksualnych!" - Oburza się publicysta i przypomina, że na Białorusi działalność Fundacji Eberta jest zabroniona. Z kolei w Turcji już piętnaście lat temu odbył się proces sądowy, który ujawnił, że filie Fundacji Friedricha Eberta w tym kraju były jednocześnie reprezentacjami niemieckiego wywiadu BND. "Hej, Ministerstwo Sprawiedliwości, gdzieś ty jest? Gdzie są twoje moce, gdzież twoja władza?"- kpi wkurzony rosyjski dziennikarz. Przypomina, że to do tego resortu należy identyfikacja takich funduszy i ewentualny zakaz ich działalności na terenie kraju. Jeśli obecny minister nie wypełnia swoich obowiązków, trzeba nam nowego! - apeluje Gorszenin. Inaczej Fundacja Friedricha Eberta i inne podobne zachodnie organizacje będą kontynuować otwarte działania służące dezintegracji Rosji.

"Naprawdę nie chcę, aby moje wnuki (lub, mam nadzieję, prawnuczki) żyły w innym, okrojonym kraju, o jakiejś nowej nazwie w stylu Moskowia." - pointuje publicysta i przypomina raport CIA. "Centralna Agencja Wywiadowcza obliczyła, że Rosja rozpadnie się do 2025 roku. Naprawdę nic już nie da się zrobić?"

Oby! - odpowiadam ochoczo wschodniemu koledze po fachu. Albowiem mocno osłabione Niemcy z rozpadającą się na części Rosją to wymarzony przez wieki prezent dla Polski.

Artykuł pochodzi z kategorii: Bogdan Zalewski - blog

Bogdan Zalewski