Na słynnym obrazie niemieckiego surrealisty Maxa Ernsta zatytułowanym „Europa po deszczu II” widzimy pejzaż jak ze snu, jakby te tytułowe gwałtowne opady rozpuściły kontynentalny krajobraz. Na tle spokojnego błękitnego nieba wznoszą się bezkształtne, rozmiękczone, organiczne formy. Skały są jak z miękkiej substancji, która utraciła spoistość. Niemal jak „Europa po deszczu” jawi się nasz kontynent po ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego. Coś ulega widocznej dezintegracji.


1. Waga eurowyborów - czyli tłuste profity

Europejskie wybory parlamentarne są drugim co do wielkości demokratycznym przedsięwzięciem na świecie. Obywatele z 28 krajów głosują na swoich nowych przedstawicieli. Ponad 400 milionów ludzi może wziąć udział tym głosowaniu. Tylko krajowe wybory w Indiach są większe i bardziej liczne.

Decyzje elektoratu mają poważne konsekwencje dla funkcjonowania całego unijnego bloku, a także przyszłości polityki krajowej w każdym państwie członkowskim. Parlament UE, składający się z 751 posłów, ma prawo głosu w takich kwestiach jak rolnictwo i handel. To nie jest więc gra o pietruszkę, ani o marchewkę, która - jak wiadomo - w Unii Europejskiej została zakwalifikowana jako owoc, aby Portugalczycy mogli już bez przeszkód sprzedawać swój dżem marchewkowy w całej Wspólnocie.  

2. Dżem seszyn - czyli koncertowa mieszanka prawicowych ambicji

Marchewka jako warzywny owoc albo owocowe warzywo to dobry obraz Unii po wyborach. Tę dychotomię zauważają już komentatorzy. Dwudziestka ósemka znalazła się na rozdrożu po osłabieniu rządzących centrowych partii i sukcesie Zielonych oraz prawicy, przez liberalne media zwanej skrajną, albo inaczej: populistyczną.  "Zmieniają się zasady w Unii Europejskiej "- orzekł włoski wicepremier oraz minister spraw wewnętrznych Matteo Salvini w siedzibie swej partii - Ligi - w Mediolanie. "Narodziła się nowa Europa" -zawyrokował  Salvini, od dawna kontestujący dotychczasowy układ władzy w Brukseli.  "Stoimy w obliczu kurczącego się centrum w Parlamencie Unii Europejskiej" - przyznał przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej Manfred Weber i dodał: "Od teraz ci, którzy chcą silnej Unii Europejskiej, muszą połączyć siły". Jednak mocniejszą sieć powiązań planują stworzyć także zagorzali przeciwnicy obecnego liberalno-lewicowego establishmentu. Skończył się monopol.         

Chociaż brytyjski Guardian wieszczy, że wprawdzie w europarlamencie znajdzie się teraz więcej narodowców niż kiedykolwiek wcześniej, ale ich polityczne ego i różne polityczne poglądy w takich kwestiach jak współpraca z Rosją utrudnią stworzenie spójnego bloku. Guardian wymienia tu PiS w Polsce. Jednak próby integracji na pewno nastąpią. Charyzmatyczny premier Węgier Victor Orban, oznajmiając zdecydowane zwycięstwo swojej partii Fidesz poza jej kwaterą główną, nad brzegiem modrego Dunaju w centrum Budapesztu, stwierdził, że wybory odnowiły jego mandat do prób budowy innej Unii. "Jesteśmy mali, ale chcemy zmienić Europę"- tak ogłosił początek nowej ery. Fidesz nadal trzyma się członkostwa w Europejskiej Partii Ludowej, ale Orban już nazwał Salviniego "bohaterem" i zasugerował w ostatnich miesiącach, że może połączyć z nim siły po wyborach.

Węgierski minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó również postawił diagnozę, że nastąpił koniec "wygodnego status quo" w Parlamencie Europejskim. "Do tej pory  łamigłówka była dość prosta, Europejska Partia Ludowa i socjaliści zbierali się, liczyli głosy i mieli większość. A teraz nikt nie będzie  w stanie powiedzieć, jak będzie wyglądał ostateczny skład większości." Jak do tego mogło dojść? 

3. Macron - plan w skali makro, efekt w skali mikro

Emmanuel Macron zamienił wybory europejskie w referendum dotyczące jego własnej polityki i przegrał - komentuje na łamach "New Statesman" - lewicowego, polityczno-literackiego brytyjskiego tygodnika-  historyk i politolog Hugo Drochon. Macron postawił wszystko na jednej szali, zagrał i poniósł porażkę. Zainwestował osobiście w unijną elekcję, przedstawiając ją jako plebiscyt wokół swojej prezydentury. Doszedł do wniosku, że to najlepszy sposób, by powstrzymać Marine Le Pen przed wygraną, powtarzając swoją triumfalną finałową rozgrywkę z wyborów prezydenckich w 2017 roku. Jednak to nie zadziałało. Nie wchodzi się bowiem dwa razy do tej samej politycznej rzeki. 

Zjednoczenie Narodowe - ugrupowanie Le Pen na czele z młodym działaczem Jordanem Bardellą-  zajęło pierwsze miejsce wygrywając z partią Macrona - Republiko Naprzód! Liderka francuskiej prawicy surfowała sobie spokojnie na fali niezadowolenia z działań prezydenta. Najbardziej widomym znakiem tej powszechnej złości były protesty Żółtych Kamizelek. (Przedstawiciele tego ruchu głosowali masowo na korzyść Le Pen). Macron zawsze był proeuropejski: na swoją inaugurację wybrał unijny hymn - "Odę do radości" Beethovena, a nie "Marsyliankę". Nie było więc zaskoczeniem jego polityczne zaangażowanie w eurowybory, pierwsze poważne wyzwanie w czasie prezydenckiej kadencji.

Włączył się również w kampanię, aby pomóc swojej głównej kandydatce - Nathalie Loiseau - do niedawna szefowej resortu spraw europejskich. Pracująca w dyplomacji, szanowana polityk, nazywana  "tajną bronią Macrona" w rozmowach w sprawie Brexitu, miała być wyborczą lokomotywą prezydenta. Macron miał nadzieję, że wykorzysta ona swoją fachową wiedzę na temat UE. Ważny był także jej katolicyzm, bo dawał nadzieję na poszerzenie centrowego elektoratu na bardziej konserwatywnych wyborców. Jednak Loiseau w końcówce kampanii została zmuszona do tłumaczenia się, dlaczego, jako studentka elitarnego uniwersytetu Science-Po, 35 lat temu, znalazła się na wyborczej liście związku żaków, do którego należeli także działacze skrajnej prawicy.

Macron liczył również, że większa frekwencja da mu więcej głosów.  W przedwyborczy piątek wykonał rzut na taśmę. Wziął udział w internetowym czacie z Hugo Traversem, młodą gwiazdą YouTube, desperacko wzywając młodych ludzi do udziału w święcie unijnej demokracji. Udział w eurowyborach faktycznie wzrósł, podobnie jak w całej Europie, do 50% (z 42% w 2014 r.). Jednak  dodatkowe głosy trafiły do Zielonych, którzy -podobnie jak w całej Europie- uzyskali 13 procent.

4. Jak rośnie zieleń - podlewana strachem i eko-retoryką

Sukces eko- partii zauważa większość komentatorów. "‘Zielony boom’: jak europejskie gazety zareagowały na wyniki wyborów w UE" - to tytuł tekstu Anthony’ego Cuthbertsona z Independenta. W analizie czytamy, że centrolewicowe i centroprawicowe partie o ugruntowanej pozycji w Europie są przegranymi we Francji, Hiszpanii, Włoszech i Niemczech. Bezprecedensowy wynik Zielonych i sukces skrajnej prawicy to dwa główne wątki dominujące na pierwszych stronach porannych poniedziałkowych gazet po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Triumf partii Brexit Nigela Farage'a w Wielkiej Brytanii, powodzenie Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen i antyimigranckiej Ligi Matteo Salviniego to znak skrętu na prawo w Francji oraz ugruntowania pozycji we Włoszech.

Z kolei wznoszący pięści w geście triumfu Yannick Jadot - francuski działacz ekologiczny i polityk, ponownie wybrany eurodeputowanym - wypełnił całą pierwszą stronę gazety Libération. "Wzrost Zieleni" najwyraźniej cieszy liberalno-lewicowych dziennikarzy. Francuski Le Monde ubolewa nad "rozdrobnionym europarlamentem", ale dostrzega plus w postaci wzrostu liczby głosujących. To wielki sukces wyborów w 2019 r., dowód na "powrót zainteresowania sprawami europejskimi". Na wzroście frekwencji skupił się także Die Welt. Jako przyczynę masowego pójścia do urn niemiecka gazeta uznała powszechny "strach przed odrodzeniem nacjonalizmu i populizmu". Sueddeutsche Zeitung również zauważa, że Zieloni pierwszy raz stali się drugą siłą w eurowyborach w Niemczech. Na fali retoryki globalnego ocieplenia, śmiertelnie groźnego dwutlenku węgla i energii odnawialnej nie powinno to być oczywiście żadne zaskoczenie. Już uczniowie w Europie chodzą na eko-wagary.  

5. Dał nam przykład Nigel Farage jak zwyciężać mamy

W Hiszpanii El Pais opisał "Zielony boom" w całej Europie, zauważając jednocześnie mocne poparcie dla skrajnie prawicowych partii. Natomiast El Mundo skupił się na sukcesie rządzącej partii socjalistycznej premiera Hiszpanii. "Pedro Sanchez umacnia władzę "- krzyczy tytuł na okładce.

La Stampa relacjonując wybory europejskie we Włoszech zwróciła uwagę, że partia Le Pen pokonała  ugrupowanie prezydenta Emmanuela Macrona. W nagłówku czytamy też o "wzlocie Zielonych". Z kolei Corriere della Sera skupiła się na sukcesie antyimigranckiej Ligi, który - jak podkreśliła włoska gazeta -został  przyćmiony jedynie przez brytyjską partię Brexit. Wyborczy "pik" Nigela Farage'a  pozbawił Matteo Salviniego korony w Europie" - to pointa powyborczej analizy we włoskim medium.

"Wyraźne zwycięstwo" partii Brexit Nigela Farage'a oraz upokorzenie torysów i laburzystów to okładkowy temat na pierwszych stronach wszystkich porannych poniedziałkowych gazet w Wielkiej Brytanii. The Times donosi o krachu grożącym głównym ugrupowaniom w związku z rosnącą potęgą  Farage'a, którego twarz promienieje na wszystkich fotografiach. "Skala porażki" sprawia, że torysi będą jeszcze bardziej "zdesperowani, aby uniknąć wyborów powszechnych" - komentuje dziennik.

A przecież jeszcze niedawno Farage robił za inteligentnego błazna w europarlamencie, naśmiewającego się z unijnych notabli. Uważany był za kogoś w rodzaju niegroźnego, choć krzykliwego enfant terrible,  "okropnego dziecka", egzotycznego polityka łamiącego reguły panujące w liberalno-lewicowym brukselskim światku. To był taki brytyjski Janusz Korwin-Mikke. A dziś? To pierwszoplanowa postać na Wyspach Brytyjskich, lider zwycięskiej partii o prostej nazwie Brexit.         

6. Austriackie gadanie - czyli ataki socjaldemokratów na kanclerza Kurza

Bardzo ciekawa i skomplikowana politycznie jest sytuacja w Austrii. "Sebastian Kurz jest egoistycznym politykiem. Dlaczego miałby nadal być kanclerzem?" - tak Andreas Schieder, czołowy kandydat austriackich socjaldemokratów (SPÖ) w wyborach europejskich, próbuje nadać ton w nadchodzących, wrześniowych wyborach parlamentarnych. SPÖ chce teraz przyprawić popularnemu konserwatyście Kurzowi gębę cynicznego polityka władzy. Ma on według tej charakterystyki myśleć wyłącznie o swych osobistych korzyściach i popychać Austrię do nowych wyborów po raz drugi od dwóch lat.

Głosowanie do europarlamentu w Austrii stało się testem dla wyborów krajowych. Wszystko kręci się wokół afery z Ibizy, która doprowadziła do dymisji Heinza-Christiana Strache. Przywódca austriackiej Partii Wolności (FPÖ) pojawił się na kompromitującym nagraniu. Oferował kobiecie podającej się za przedstawicielkę rosyjskiego oligarchy państwowe zlecenia w zamian za pomoc w parlamentarnej kampanii w 2017 r. Po ujawnieniu korupcyjnego skandalu rozpadła się rządząca koalicja partii Strachego z ugrupowaniem Kurza. Jednak FPÖ straciła ledwie dwa procent w wyborach europejskich, podczas gdy Kurz okazał się wyraźnym zwycięzcą z 35 procentami. Zaś opozycyjna SPÖ nie uzyskała większego poparcia. Ta lekcja jest bolesna dla socjaldemokratów. Skandal z nagraniem z Ibizy nie dotknął populistów w Austrii. Przeciwnie, pomógł zmobilizować ich eurosceptyczny elektorat. Skuteczna była linia obrony FPÖ, zmieniająca sprawcę w ofiarę. Strache stał się biedną ofiarą spisku.  

Liczy się nie to, co najbliższe prawdy, ale która narracja jest najbardziej przekonująco sprzedawana elektoratowi. FPÖ i ÖVP mają własne profesjonalne kanały telewizyjne i społecznościowe. Kurz i Strache mają prawie 800 000 obserwujących na Facebooku. SPÖ nie nadąża. Nie jest jasne, jak przezwycięży swój własny deficyt marketingowy w ciągu najbliższych czterech miesięcy przed wyborami parlamentarnymi. -zastanawia się Barbara Toth z austriackiego magazynu Der Falter.

W Polsce trwa podobna kampania: wojna na gesty, wojna na słowa. Ale wygrywa bardziej słowny.

P.S.

Sytuacja jest bardzo zmienna i trudno przewidywalna, nawet dla austriackich komentatorów. Parlament w Austrii w poniedziałek przegłosował wotum nieufności dla rządu Sebastiana Kurza. Niepokonany w eurowyborach kanclerz poległ w swoim kraju. Został pozbawiony urzędu.