Bernie Sanders wzywa do rewolucji. Marianne Williamson woli psychiczne „moralne powstanie” - tak agencja AP pisze o dwojgu radykalnych, lewicowych politykach w USA, którzy toczą walkę o nominację Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich w 2020 roku. Sanders to stary wyjadacz w amerykańskiej polityce. Natomiast Williamson wypłynęła teraz. Ba, wyskoczyła jak latająca ryba z głębin politycznego niebytu. I od razu wpadła w oko serfującym po Internecie.

Marianne wygrywa w wirtualnej sieci. Jest najczęściej poszukiwanym kandydatem na www po wtorkowej debacie w Detroit z ośmioma innymi rywalami z obozu Demokratów. Zdominowała sondaż na portalu Drudge Report, bo aż 47 procent internautów ogłosiło ją zwycięzcą - czytam w artykule na stronie dailymail.co.uk.

Kim jest Marianna? Kim jest Bernie? Dlaczego ja ich wybrałem ... w moim tekście?  

Berniego Sandersa, flirtującego w latach 80. XX wieku z Sowietami, nazwałbym staroświeckim marksistą. Warto może przypomnieć, że 30 lat temu jako burmistrz  Burlington nawiązał on partnerstwo z Jarosławiem w ZSRR, a u siebie w biurze ostentacyjnie powiesił flagę z sierpem i młotem. W 1988 r. udał się w podróż poślubną do Związku Sowieckiego. Nie wiem, czy kochał bardziej żonę, czy komunę. Młodszym czytelnikom przypomnę, że w Polsce szalała wówczas junta Jaruzelskiego, ludzie borykali się z powszechną biedą, w sklepach brakowało podstawowych towarów, SB-ecja śledziła, nękała i zabijała ludzi, odbywały się strajki oraz uliczne demonstracje i panowała atmosfera totalnego przygnębienia. A radosny Bernie Sanders kochał "swój" Kraj Rad. Jakoś nie mogę go polubić, mimo jego korzeni w Polsce, tak bardzo podkreślanych przez wielu naszych dziennikarzy. (W jego biogramie czytamy, że "jest on synem żydowskiego emigranta z Polski, Eliego Sandersa i córki imigrantów z Rosji i Polski, Dorothy z domu Glassburg").

W nawiązaniu do tytułu głośnej książki "Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus", można powiedzieć, że Bernie Sanders jest z Marksa, Karola Marksa - autora "Manifestu Komunistycznego", zaś Marianne Williamson? Ona jest - dla mnie -z psychicznego "kosmosu". Nazwałbym ją "kosmo-komunistką." Wyjaśnię dlaczego. 

Jest ona 67-letnią trenerką osobistą, znaną jako duchowa doradczyni słynnej gwiazdy telewizyjnej Oprah Winfrey. Jak zauważa agencja AP, Williamson, walcząc teraz o demokratyczną nominację na prezydenta, nie brzmi jak polityk, kiedy mówi o "wędrujących strumieniach świadomości". Czytam, że pochodzi z Houston. I chciałbym od razu zakrzyknąć "Houston, mamy problem!". Przypomnę, że kiedy w 1970 podczas amerykańskiej wyprawy na Księżyc w module Apolla 13 wybuchł zbiornik z tlenem, na ziemi usłyszano: "Houston, we’ve had a problem". Jednak w przypadku Williamson nie chodzi tylko o jej księżycowe -moim zdaniem- pomysły, ale o symptomatyczny styl w jakim je przedstawia, język, słownictwo, oraz o całą otoczkę jej kampanii. Tak więc, pomimo nieco ironicznego traktowania jej- chwilami, jak dla mnie- całkowicie irracjonalnego występu podczas debaty Partii Demokratycznej w Detroit, pokuszę się o poważne i (chyba) racjonalne refleksje.   

Zwolennicy Marianne Williamson twierdzą, że utworzyli "okultystyczną grupę zadaniową", aby wzmocnić kampanię prezydencką tej duchowej doradczyni celebrytów. O tym niecodziennym przedsięwzięciu czytam w portalu "The Independent". Jeden z "wyznawców" demokratycznej działaczki przyznał, że w trzynastoosobowym składzie "apostolskim" są "magowie chaosu, czarownice i ludzie obdarzeni mocą" gotowi spirytualistycznie wspierać swoją idolkę. Ich starania idą na przykład w kierunku zapewnienia Williamson większego czasu antenowego w wyścigu o nominację na prezydenckiego kandydata w przyszłorocznych wyborach. Magiczna robota najwyraźniej przyniosła oczekiwany rezultat - zauważa brytyjski portal, bo nazwisko politycznej "kapłanki" było najczęściej wyszukiwane w Google po wtorkowej debacie w Detroit. Cała internetowa społeczność jej "magicznego kręgu" wykorzystuje ponoć moc memów, by wzmóc pulsujące prądy zbiorowej podświadomości. Tak tłumaczy tę przedwyborczą strategię organizator, "spiritus movens" całego przedsięwzięcia, szef tej specyficznej grupy zadaniowej w wypowiedzi dla " The Washington Post".

Kojarzy mi się to z różnymi pseudoduchowymi aberracjami ruchu New Age, kontrkulturowej namiastki religii. Nie jestem odosobniony w tych asocjacjach. "Marianne Williamson nie chce być kandydatką New Age. Ale patrz, kto dla niej pracuje" - zauważa w tytule autor artykułu w witrynie slate.com. Dziennikarz przypomina, że od samego początku kampanii prezydenckiej Williamson "jeży się" w reakcji na wszelkie sugestie, że jest kandydatką woo-woo w wyborach w 2020 roku. Nie wiedziałem, co to takiego woo-woo. Z amerykańskiego słownika zdobyłem wiedzę, że to "osoba opowiadająca się za teoriami New Age, takimi jak praca z energią, magia kryształów, Reiki, absurdalnie restrykcyjne diety lub psychiczne zjawiska nadprzyrodzone (paranormalne), człowiek często studiujący orientalne tradycje duchowe, takie jak hinduizm czy buddyzm zen, ale w praktyce wyznający pseudo-mistycyzm inspirowany duchowością Wschodu, rozwodniony i wpisany w umysłowość zachodnią." W wywiadzie dla "The Hill" Williamson narzekała, jak wielu ludzi jest zaangażowanych w tworzenie fałszywej narracji na jej temat jako o "kryształowej damie" i "kompletnej wariatce". Jednak, jej starania o odseparowanie się od nurtów "Nowej Duchowości" nie brzmią wiarygodnie.

Badanie dokumentów Federalnej Komisji Wyborczej z jej kampanii pokazuje, że demokratyczna pretendentka do prezydenckiej kandydatury wykorzystała ponad 3 miliony dolarów na kampanię, aby wynająć ekspertów - między innymi z agencji reklamowych- tradycyjnie związanych z ruchami New Age. Williamson, która jest autorką książek na temat duchowej autoterapii zatrudnia teraz znajomych z kręgu woo-woo. Jeden z jej zaufanych współpracowników uczestniczył w takich projektach jak "Warsztaty zaklętej miłości: budowanie wewnętrznej świątyni". Kolejnym symptomatycznym językiem kursów prowadzonych przez przyjaciół kandydatki jest "wyrównanie siły i wrażliwości, męskości i żeńskości". A to tylko wierzchołek góry, świętej góry guru w spódnicy, wspinającej się po jej stopniach.

Co ciekawe, Williamson wywodzi się z bardzo tradycyjnej żydowskiej rodziny i  wychowała się w atmosferze konserwatywnego judaizmu. Pierwotne nazwisko jej ojca brzmiało Vishnevetsky. Jednak jako dorosła osoba przeżyła metamorfozę pod wpływem książki zatytułowanej "Kurs Cudów", a napisanej przez Helen Cohn Schucman. Autorka twierdziła, że ten tekst został jej podyktowany przez samego Jezusa Chrystusa, słowo w słowo, w formie "wewnętrznego dyktanda". Przypomina mi to przekazy o słynnej ezoteryczce Madame Bławatskiej, która w czasie pisania swego dzieła "Izydy odsłoniętej" przez dwa lata robiła sobie krótkie przerwy na zjedzenie jajecznicy na maśle, namiętne palenie papierosów (ponoć 100 dziennie). Cały czas słuchała dyktowanych jej telepatycznych przekazów od tajemniczych Mistrzów Moryi i Koot Hoomiego. W Egipcie pani Helena ponoć ostro paliła haszysz. To by wiele tłumaczyło i to ją łączy z późniejszą kontrkulturą.

Wróćmy jednak do "Kursu Cudów" Helen Cohn Schucman. Ten spirytualistyczny przewodnik zawiera program nauczania mający pomóc czytelnikom w dokonaniu duchowej transformacji . Podstawowym założeniem tej pracy jest to, że największym " cudem ", jaki można osiągnąć w życiu, jest po prostu uzyskanie pełnej "świadomości obecności miłości" we własnym życiu. W latach 80. roczna sprzedaż książki stale rosła każdego roku. Jednak prawdziwy boom nastąpił w 1992 roku po tym, jak Marianne Williamson omówiła "Kurs Cudów" w telewizyjnym programie "The Oprah Winfrey Show". Rozeszło się wówczas ponad dwa miliony woluminów, mimo że nie brakowało jej krytyków, którzy określali dzieło Schucman mianem "psychobabble" czyli bełkotliwego wykładu będącego mieszaniną psychologicznego żargonu, modnych słów i ezoterycznego języka, po to by stworzyć wrażenie prawdy lub wiarygodności. Chrześcijanie oskarżali autorkę o "satanistyczne uwodzenie". "Kurs Cudów" był też traktowany jako biblia ruchu "New Age", manifest nowej Ery Wodnika. (Pamiętacie słynny hipisowski hymn "Aquarius" z filmu Miloša Formana "Hair"? "Kiedy Księżyc jest w siódmym domu/ A Jowisz jest w koniunkcji z Marsem/ Wtedy pokój przewodzi planetom i miłość steruje gwiazdami/ To jest początek ery Wodnika/ Ery Wodnika/ Spokój i zrozumienie/ Współczucie i zaufanie się mnożą/ Nigdy więcej fałszu czy szyderstwa/ Przeżywanie złotych wizji/ Mistyczne kryształowe rewelacje/ I prawdziwe wyzwolenie umysłu" itd. całe to nawiedzone, "duchowe" bla, bla, bla.    

Czy "wodnikowa" jest pretendentką do prezydenckiej kandydatury? Coś w tym chyba jest, bo "nawiedzona" retoryka Madame Williamson przypomina tamten bełkot rodem z hipisowskiego festiwalowego błota. W walce z Donaldem Trumpem, reprezentującym - jej zdaniem - ciemne moce, chce ona wykorzystać siłę tkwiącą w miłości. Zamierzam wykorzystać miłość do celów politycznych. Spotkam się z tobą na tym polu i, proszę pana, miłość zwycięży - zwróciła się z apelem do obecnego gospodarza Białego Domu, marzącego o reelekcji. "Independent" przypomina, że jeszcze niedawno musiała zaprzeczać, że jest przywódczynią kultu. Oczywiście, jak przystało na progresistkę wierzącą w postęp i praktykującą tę swoistą "religię", Williamson ma rozległy plan walki ze zmianami klimatu, aby "doprowadzić naszą planetę do długoterminowej stabilności". Bez pokłonienia się Gai, Matce Ziemi, nie zostałaby przecież "Orb Mother", jak nazywają ją jej wyznawcy. (Hipoteza Gai, znana również jako teoria Gai lub zasada Gai została sformułowana w latach 70. XX wieku przez chemika Jamesa Lovelocka, który później działał razem z Lynn Margulis. Głosiła ona, że "wszystkie istoty żyjące na Ziemi działają wspólnie, aby zachować na naszej planecie optymalne warunki do życia. A Ziemia ma zdolność reagowania na zmiany panujących warunków, dostosowuje się do nich tak, aby nadal mogło się rozwijać życie. Lovelock nazwał ten system Gaja, od imienia greckiej bogini uosabiającej Matkę Ziemię"). Innym elementem manifestu "Pani Matki" Marianne Williamson pochodzącym z lewicowej ideologii jest "religia pokoju". Gdy już zostanę waszym prezydentem, świat dowie się, że najbliższym sojusznikiem Ameryki jest sama ludzkość"- zadeklarowała duchowa guru podczas debaty demokratów w Detroit.

Znamy już tę retorykę, ten sposób myślenia, i to już od lat 60. XX wieku, gdy jak wirus szerzyła się hipisowska kontrkultura. (Notabene za dwa tygodnie "stuknie" pięćdziesiątka słynnemu festiwalowi w Woodstock. Przypomnę, w tej masowej muzyczno-narkotycznej imprezie trwającej od 15 do 18 sierpnia 1969 w Bethel w stanie Nowy Jork wzięło udział ponad 400 tys. osób, które ćpały, słuchały, tańczyły i uprawiały przygodny seks pod hasłem "Peace, Love and Happiness" czyli  "Pokój, Miłość & Szczęście). Williamson, polityczna spadkobierczyni tych kontestatorów sprzed półwiecza, zadeklarowała, że chce utworzyć Departament Pokoju, aby pracować nad demontażem "systematycznie utrwalanej przemocy" w USA. Mnie to jednak bardziej kojarzy się z Ministerstwem Pokoju ze słynnej powieści George'a Orwella "1984", które zawiadywało nieustannie toczonymi wojnami. Widać, że ta, niby niegroźna, lekceważona, często wykpiwana w sieci Marianne Williamson już toczy wojnę całkiem poważną, traktując ją śmiertelnie serio. Ja również absolutnie nie zamierzam jej wyśmiewać. To jest bowiem dla mnie faktycznie "orbitalna matka" ("Orb Mother"), komandoska kosmicznej troski, apostołka neokomunistycznej rewolucji. Nie żartuję. Wcale jej nie lekceważę.  

"Marianne Williamson jest tym, na co czekała lewica religijna"- komentuje Tristan Justice z "The Federalist". I precyzuje: "Retoryka Williamson dociera do milionów wyborców spragnionych nowego rodzaju" religijnej lewicy ", która działałaby jako przeciwwaga dla "religijnej prawicy ", która zdominowała dyskusję na temat religii w polityce". Ja to postrzegam jako polityczną gnozę. Eric Voegelin, urodzony w Niemczech filozof austriacko-amerykański, definiował ją jako herezję. Mówiąc w dużym uproszczeniu, według gnostyka człowiek może się samodoskonalić, aż do przebóstwienia, a także wprowadzić rzeczywistość ostateczną w doczesnym świecie. Jeśli pod tym kątem spojrzymy na zwodniczą "wodniczą" duchowość Williamson, jej ambicje polityczne i liczne wariactwa ułożą się w racjonalny wzór.  

W komentarzu na portalu theamericanconservative.com odnalazłem intrygujące zestawienie. "Rosyjskie prawosławie ceni tzw. ‘jurodiwego’ czyli ‘świętego głupca’,  ascetę, którego zachowanie normalnym ludziom wydaje się szalone. Jednak tak naprawdę ten ‘boski szaleniec’ ujawnia głęboką chrześcijańską prawdę. Marianne Williamson -Guru New Age i pretendentka do kandydatury na prezydenta USA z ramienia Demokratów- nie jest ‘świętym głupcem’ zgodnie ze zwykłą definicją, ale nie mogę przestać myśleć, że do pewnego stopnia odgrywa ona tę rolę." - zauważył celnie Rod Dreher. Czytelnikom "Idioty" Fiodora Dostojewskiego nie trzeba tłumaczyć, że tytułowe słowo ma specyficzny sens, że nie jest to w żaden sposób określenie medyczne, ani wyzwisko. "Naiwność" głównego bohatera tej powieści - Księcia Myszkina- wynika z łączenia go z postacią Jezusa Chrystusa ("Bądźcie jak dzieci.") Williamson to właśnie taka "Idiotka", ale wyraźnie "Antychrystowa" z punktu widzenia chrześcijańskiej ortodoksji. Tak to widzę.   

Wszedłem trochę na duchowe pole naszej "Mother Orb". Całkiem racjonalni publicyści widzą inne różnice ... z Donaldem Trumpem. Czytam na stronie CNN: "Trump był już sławny, kiedy kandydował na prezydenta. Znany o wiele bardziej niż każdy republikanin, z którym się starł w 2016 roku. Williamson to kompletna niewiadoma" - ocenia liberalno-lewicowy kanał wspierający Demokratów.   

Dla porównania klikam w "Breitbart News" - prawicowy, protrumpowski portal. Zamieszcza on wywiad z (anty)bohaterką mojego tekstu po debacie w Detroit. 

"Matt Perdie: Jak zamierzasz pokonać ‘mroczną siłę psychiczną’ Trumpa?

Williamson: Miłością. Pozwól, że coś ci wyjaśnię. Światło gasi ciemność, a tylko miłość gasi nienawiść. Trump skolektywizował nienawiść. Wiesz, co Jared Kushner powiedział do swojego teścia, zanim Trump wystartował? Powiedział: ‘Jest wielu gniewnych ludzi. Możemy to wszystko wykorzystać i sprawić, że zostaniesz  prezydentem.’ Kiedy to przeczytałam, pomyślałam sobie, jest tyle godności, przyzwoitości i dobroci u ludzi. Możemy to wszystko wykorzystać i zmienić świat."

Matt Perdie: Jaki jest najlepszy sposób na wykorzystanie mocy miłości?

Williamson: Wybacz komuś."

Niech mi wybaczy Marianne Williamson za wszystkie moje złośliwości i negatywne oceny, a zwłaszcza to, że nazwałem ją nowym typem zagrożenia: "kosmo-komunistką". W następnych artykułach na moim blogu postaram się udowodnić, że komunizm ma się dobrze na Zachodzie i przebiera się w różne szaty. Nie chodzi mi tylko o głośny ostatnio "marksizm kulturalny", pojęcie potępione przez obrońców politycznej poprawności. (Wywołało ono wielką burzę w Wielkiej Brytanii - z powodu domniemanego antysemityzmu tego sformułowania.) Nie będę więc go używał. Zresztą jest już ono dosyć zgrane.  

Natomiast wpadły mi w rękę dwie nowe intrygujące książki: "Fully Automated Luxury Communism." ("W pełni zautomatyzowany luksusowy komunizm") - manifest Aarona Bastaniego, oraz "The Socialist Manifesto. The Case for Radical Politics in an Era of Extreme Inequality" (“Manifest socjalistyczny. Studium radykalnej polityki w erze skrajnych nierówności")- programowe dzieło Bhaskara Sunkary. Obie świeżutkie, z tego roku. Orbitalni proletariusze Matki Gai łączą się!