212 Syryjczyków otrzymało w tym roku azyl w Wielkiej Brytanii. Można by ich zmieść w dwóch wagonach pociągu. Jednego pociągu. A jest ich wiele. Ruszają z południa Europy w kierunku bezpiecznego życia. Sceny rozgrywające się na przystankach: Grecja, Włochy, Węgry i Niemcy wypełniają główne wydania serwisów informacyjnych. W obawie przed niepohamowanym przepływem uchodźców Europa „bez granic” zaczęła wprowadzać kontrole graniczne. Wprawdzie na razie tylko na niektórych przejściach, niemniej układ z Schengen się sypie. Wielka Brytania go nie podpisała, ale dziś to nie powód do dumy. Jak zauważa wielu komentatorów, czas zacząć się wstydzić za wielkie słowa o konieczności pokoju na Bliskim Wschodzie i za niewielkie czyny.

REKLAMA

Premier David Cameron uważa, że otwarcie brytyjskich ramion wobec syryjskiego uchodźcy nie rozwiąże problemu - leczenie symptomów nie usuwa choroby. A chorobą, jego zdaniem, jest konflikt, który opanował Syrię, pozbawił stabilizacji Libię, a w Iraku dał schronienie islamskim fundamentalistom. Wielką Brytanię przed uchodźcami chroni nie tylko konserwatywny pogląd premiera. 50-kilometrowy pas wody, zwany kanałem La Manche, robi swoje. Szturmowany regularnie przez imigrantów, biegnący pod nim tunel, jest coraz lepiej strzeżony, a służby graniczne w portach dysponują nawet sprzętem wykrywającym bicie ludzkiego serca. Ale czy wobec scen rozgrywających się w innych europejskich państwach brytyjska twierdza powinna wznosić kolejne mury?

W ciągu ostatnich 4 lat na Wyspach osiedliło się 5 tysięcy uchodźców z Syrii. To tyle, ile jednego dnia potrafi przybić do południowych wybrzeży Europy. Tu nie chodzi tylko o liczby. Chodzi o diagnozę, którą rozdartej konfliktem północnej Afryce i Bliskiemu Wschodowi wystawia premier Cameron. Nie jest błędna, ale jest płytka i niebezpieczna. Gdyby był lekarzem, mógłby stracić prawo do wykonywania zawodu.

Filmu z udziałem uciekinierów, którzy z narażaniem życia, na gumowych pontonach przeprawiają się przez olbrzymie morze, nie da się puścić od tyłu. Warto się zatem zastanowić, jak wyglądał jego początek. Premier Cameron mówi o konflikcie i konieczności wprowadzenia stabilizacji, jakby konflikt ten pochodził z Marsa. W rzeczywistości jego geneza jest bardziej ziemska.

Dwanaście lat temu armia Stanów Zjednoczonych wraz z sojusznikami zaatakowała Irak. Wśród żołnierzy, którzy walczyli nad Tygrysem i Eufratem, byli również Brytyjczycy. Początkowo celem inwazji była konieczność zneutralizowania broni masowego rażenia, którą rzekomo dysponował Saddam Hussein. Szybko jednak stało się jasne, że chodziło o zmianę reżimu i wprowadzenie w Iraku prozachodniego systemu rządzenia. Broni masowego rażenia nie znaleziono, rozpoczął się natomiast zachodni eksperyment na Bliskim Wschodzie, dodajmy bez znieczulenia. Propaganda jaka towarzyszyła tej wojnie sprawiała, że do dziś większość Amerykanów jest przekonana, iż to Saddam Hussein stał za zamachami z 11 września. Fakt, że był on śmiertelnym wrogiem Osamy Bin Ladena, faktycznego zleceniodawcy samobójczych ataków, dawno już przestał dziwić. Czas robi swoje, 12 lat to dużo. Czyżby?

Przeszczep demokracji się nie przyjął. Dziś w Iraku nie ma już amerykańskiej armii, a w sąsiedniej Syrii od lat toczy się bratobójcza walka. Próżnia jaka powstała w tym pierwszym kraju i ambiwalentny stosunek Zachodu do reżimu w Damaszku, stworzyły idealne warunki, w których może rozwinąć się wirus. Nazwijmy go ISIS, czyli tzw. Państwo Islamskie. Oba twory pochodzą z tego samego szczepu i są podobnie śmiercionośne. Stały się spełnieniem marzeń fundamentalistów. Szczelnie wypełniły geograficzną przestrzeń, gdzie zabrakło bezpieczeństwa i gdzie znaleźli się ludzie gotowi budować religijny kalifat. Bardziej jest on zbliżony do średniowiecza niż koncepcji współczesnego państwa. Czarna flaga z cytatem z Koranu kojarzy się nam się prawie wyłącznie ze złem. Dla wielu jest uosobieniem zła! Ale nie tylko my, żyjący w cieplarnianych warunkach Europy, tak ją widzimy. Wielu Syryjczykom, Irakijczykom, Libijczykom również się nie podoba. W ich przypadku to już jednak nie kwestia estetyki, tylko szekspirowskie „być albo nie być”.

Uciekinierzy, którzy przybywają do Europy, nie jadą na wycieczkę. Dowodem tego są liczby tych, którzy utonęli w ciepłych wodach Morza Śródziemnego. Uciekają przed śmiercią, zemstą, niewyobrażalnym barbarzyństwem, zawsze w nadziei na lepsze życie. Tysiące z nich nie dopłynęły do europejskiego brzegu. Anonimowość ofiar nie pomaga nam w zrozumieniu tej katastrofy. Nie znaliśmy ich przed śmiercią, niewiele wiemy o nich po niej. Bez imion i nazwisk cyfry mówią niewiele. Są jak statyści. Dlatego fotografia trzyletniego Aylana, którego ciało znaleziono niedawno na plaży w Turcji, a która obiegła internet, może zrobić więcej dla imigrantów w z Syrii niż zdjęcia tłumów koczujących na granicach, dworcach czy w pobliżu tunelu pod kanałem La Manche. Aylan miał też matkę i brata. Oni też utonęli.

Już ponad 50 brytyjskich parlamentarzystów domaga się w Izbie Gmin debaty na temat uchodźców. O większą pomoc do Wielkiej Brytanii zaapelowała ONZ. Rząd podkreśla, że już przekazano na cele humanitarne ok. 900 milionów funtów. Pieniądz jest ważny, ale w tym przypadku ważniejsi są ludzie. Ktoś obliczył, że wszyscy uciekinierzy z północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, którzy już znaleźli schronienie na Wyspach, zmieściliby się w jednym pociągu kursującym w londyńskim metrze. Tych pociągów musi być więcej. Zdaniem obserwatorów, Wielka Brytania ma prawo strzec się przed niekontrolowanym zalewem uchodźców. Stawianie ogrodzeń w Calais i współfinasowane z Francją lepszej ochrony tunelu są zabiegami w pełni zrozumiałymi, natomiast niechęć do przyjęcia większej liczby imigrantów kanałami bardziej kontrolowanymi budzi zastrzeżenia.

W przeszłości Brytyjczycy wielokrotnie otwierali swe wrota w poczuciu historycznej odpowiedzialności. Imigracja z Karaibów czy subkontynentu indyjskiego, która w latach 50. ubiegłego stulecia zmieniła oblicze Wysp Brytyjskich, podyktowana była koniecznością spłacenia długu za kolonialną przeszłość - nie podbija się 1/3 świata, bez poniesienia za to ostatecznych konsekwencji. Dlatego, gdy premier David Cameron mówi o konieczności zapewniania pokoju w Syrii, Iraku czy Libii, warto pamiętać, kto lata temu przyczynił się do destabilizacji tego regionu. Jak zawsze w wydarzeniach niosących tak sejsmiczne zmiany, jakimi była wojna w Iraku, wiele jest motywacji i jeszcze więcej ideologii. Można na ten temat pisać prace naukowe i książki. Uciekinierzy, którzy dziś zalewają Europe, nie są jednak wyłącznie statystyką, która mogłaby wzbogacić takie badania. Mają matki i ojców, żony i dzieci. Marzenia i jedno tylko życie. Nie wybierali kraju urodzenia, ale mają prawo opuścić miejsce, gdzie czyha na nich duże prawdopodobieństwo śmierci. Nawet jeśli nie spodoba się to Europie.