Brytyjski premier David Cameron zapowiedział przyjęcie 20 tysięcy uchodźców z Syrii. Borykający się z kryzysem europejscy partnerzy wcale nie odetchną z tego powodu z ulgą. Osoby, którym schronienia udzieli Wielka Brytania, pochodzić będą z obozów dla uchodźców w Libanie, Jordanii i Turcji. Żaden Syryjczyk, który pokonał Morze Śródziemne na tratwie, a następnie przemaszerował piechotą przez Europę, nie został w oświadczaniu premiera Camerona wzięty pod uwagę. Jego zapowiedź nie ma bowiem żadnego związku z sugerowanym przez Brukselę sprawiedliwym rozmieszczeniem uchodźców w krajach Wspólnoty. David Cameron opuścił zwodzony most, ale nie na drugi brzeg kanału La Manche, lecz na drugi koniec świata.

REKLAMA

20 tysięcy Syryjczyków trafi na Wyspy w ciągu następnych 5 lat z wykorzystaniem istniejących, ONZ-etowskich procedur. Ten aspekt zapowiadanej pomocy Cameron podkreślał w Izbie Gmin kilka razy. Nie będzie pomagał wraz z Europą, zrobi to poza nią i na własnych zasadach. Priorytetem - jak podkreślił szef brytyjskiego rządu - objęte zostaną sieroty i dzieci. Słuchając zapewnień, jakie padły z ust niemieckiej kanclerz Angeli Merkel i francuskiego prezydenta Francois Hollande’a, brytyjski premier nie mógł odmówić pomocy uchodźcom. Ale czy mógł to zrobić inaczej? Wielka Brytania nie należy do grupy Schengen i mimo dramatycznych doniesień, jakie regularnie nadchodzą z francuskiej strony kanału La Manche, kraj ten jest szczelną i bezpieczną twierdzą. Nielegalnie przedostają się na drugą stronę nieliczni.

Wielka Brytania nie otwarła swych granic. Pomógł jej w tym 50-kilometrowy pas wody dzielącej ją od Europy i szczelnie strzeżone porty. Ale podpisała inne układy, które zobowiązują ją do dzielenia europejskiej odpowiedzialności za każdy wspólny kryzys. Cameron znalazł zręczne wyjście z sytuacji. Potwierdzają to liczby. Według statystyk, od stycznia tego roku ponad 350 tysięcy uchodźców znalazło się w wewnętrznych granicach Unii Europejskiej. W ciągu ostatnich 12 miesięcy 20 tysięcy ludzi poprosiło o azyl w Wielkiej Brytanii, przy czym 2 tysiące to Syryjczycy. Deklarując gotowość przyjęcia kolejnych 20 tysięcy, ale rozłożoną w czasie, Wielka Brytania czyni gest, ale w gruncie rzeczy jest on skromny w porównaniu z wyzwaniem, wobec którego stanęli jej europejscy partnerzy. Cameron wielokrotnie podkreślał, że w kwestiach imigracji kierował się będzie sercem i rozumem. Serce to liczba, rozum to metoda przyjęcia uchodźców. Jego zdaniem, bezpośredni kontakt z obozami rozrzuconymi wokół syryjskich granic sprawi, że wśród zaakceptowanych osób będzie niewielu ekonomicznych imigrantów, natomiast przeważać będą ludzie w autentycznej potrzebie. Jednocześnie Cameron zadeklarował wzmożenie działań na rzecz stabilizacji w Syrii i doprowadzania do rządu jednościowego w Libii. Chce też walczyć z przemytnikami i patrolować wody Morza Śródziemnego. To, jego zdaniem, główne przyczyny obecnej katastrofy - uchodźcy są dla niego symptomem.

I niewątpliwie ma rację, jeśli spojrzymy na to bezdusznie i nie po europejsku. W Paryżu i Berlinie mogą te słowa rozczarować. Wielka Brytania raz jeszcze stanęła bowiem poza europejskim nawiasem, czemu dał namacalny dowód David Cameron chełpiąc się w Izbie Gmin faktem, że jego kraj nie jest w układzie z Schengen. To tak, jakby zagrał na nosie państwom, które zalane zostały pochodem syryjskiej niedoli. W scenariuszu pomocy, który premier przedstawił parlamentarzystom, niby wszystko się zgadza. Istotna jest natomiast druga strona medalu. Nawet deklarując chęć pomocy uchodźcom, Europa nie potrafi przemawiać jednym głosem.