Z Wałęsą w klapie, czyli mała opowieść z własnego podwórka

Wtorek, 23 lutego 2016 (16:08)
Aktualizacja: Wtorek, 23 lutego 2016 (18:14)

W 1981 roku byłem szczylem. Nie dzieckiem już, ale jeszcze nie dorosłym. Gdy wprowadzono stan wojenny zacząłem właśnie studia. Wcześniej, jak miliony moich rodaków, przeżywałem niezwykły seans w kinie Wolność. Wszyscy graliśmy w tym filmie kilkanaście miesięcy, aż do tego niedzielnego teleranka z mazurkiem Dąbrowskiego i Jaruzelskim w koronie. 13 grudnia przyjechałem do Krakowa. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Poobijałem się trochę po budynkach UJ, pooglądałem ludzi wyciąganych z domów przez ZOMO, po czym wróciłem do rodzinnego Bielska, żeby z rozpaczy obgryzać paznokcie.

Donosiłem

Przed domem postawili mi nieogrzewaną budę, a w niej czterech poborowych żołnierzy w moim wieku. Zmarznięci byli na kość, więc nosiłem im gorącą herbatę. Można powiedzieć... donosiłem. Gdy pili, patrzyłem ukradkiem na odstawione pod ścianą kałachy i myślałem: szczęściarz ze mnie, bo jak oni mogłem być wtedy w mundurze - to było pierwsze moje porównanie i pierwsza kalkulacja ze stanu wojennego.

Ślepakami, na niby

Na szczęście, po kilku miesiącach przymusowej laby, uniwersytety ponownie ruszyły. Na pierwszych zajęciach po przerwie mieliśmy spotkanie z jakimś politrukiem. Bredził coś o morderczej Solidarności, a my gapiliśmy się przez okna na czarne wrony depczące po śniegu. Strzelaliśmy do nich z długopisów i rechotaliśmy. Po cichu, żeby pan politruk nie słyszał. Potem zaczęły się zajęcia z literatury, gramatyki opisowej i lingwistyki. Wojna trwała nadal, anglistyka ruszyła z kopyta. O resztę upomniało się życie.

Wiosna zmieniła wszystko. Nie w jakiś mistyczny, mickiewiczowski sposób. Po prostu zrobiło się cieplej. Wyszliśmy na ulice. To prosty jak drut rachunek - oblanie armatką wodną w zimie groziło zapaleniem płuc, albo gorzej. Wiosenny deszczyk wypluwany z policyjnego potwora na kółkach, nie mógł nikomu zaszkodzić. Takie tam, szczenięce myślenie.

Towarzysz T.

Chodziliśmy na demonstracje razem z kumplami ze studiów. Ja najczęściej z T. Nie będę podawał nazwiska, ale ludzie, którzy mnie znają, wiedzą o kogo chodzi. Zaczęło się od 3 maja 1982 na Rynku, po mszy w kościele Mariackim. I w sumie nie skończyło się nigdy, bo w każdą państwową, czy solidarnościową rocznicę, biegaliśmy po ulicach za lub przed zomowcami.

Oni w rynsztunku bojowym, my w trampkach - szybkiego gonił wolny. Jak w zoo podchodziliśmy na odległość wyciągniętej ręki, mając stuprocentową pewność, że i tak ujdziemy cało. Bawiliśmy się w ten sposób całymi wieczorami i późną nocą. Jak trzeba było, przeprawialiśmy się z T. z jednego końca roztańczonego miasta na drugi, wskakując do tramwaju i udając zdumionych gapiów. Raz tylko panowie z pałami wrzucili do środka puszkę z gazem.

Odwaga, rzecz względna

Dlaczego o tym piszę? Wiedzieliśmy z T., gdzie są granice naszego bezpieczeństwa. W Krakowie byliśmy bezpieczni. Ale Nowa Huta była zupełnie innym poligonem. Tam nie było miejsca na sztubackie zabawy. W Hucie robotnicy wychodzili na ulicę, by walczyć. Można było oberwać od zomowców i przypadkiem od hutników. Dętka rowerowa trzymana przez dwóch rosłych chłopów i stalowy kątownik zmieniały się w procę, która potrafiła roztrzaskać każdy kask, na każdej tępej, zomowskiej głowie. W Hucie też kilka razy strzelano - można było nieźle oberwać. Mój przyjaciel T. jeździł do Huty, ja wybrałem bezpieczniejsze igraszki w Krakowie. Dlaczego? Tak się bardziej kalkulowało.

Nie zapomnę

Kiedy lata później Bronisław Wildstein opublikował swą sławetną listę, umieścił na niej imię i nazwisko mojego przyjaciela. Nigdy nie uwierzyłem w jego winę. Przyjaźniliśmy się bezgranicznie do samego końca. Nie ma już T. Nie żyje. Ale za każdym razem, gdy moje oczy z niedowierzaniem ślizgają się po liście Wildsteina, przypominam sobie jak w Krakowie, po armatnich salwach, pożyczaliśmy sobie nawzajem suche ubrania i chowali mokre. W nocy ciuchy, nasączone wodą z politycznej sikawki, świeciły. Dodawali do niej jakiegoś cholerstwa, żeby wyłapywać później uczesanych studentów udających anioły. Nas nigdy nie złapali.

Co by było, gdyby...

T. nie tylko chodził ze mną na demonstracje w Krakowie. Nie tylko ryzykował życiem w Hucie. Zawsze pod swetrem trzymał bibułę, a w klapie opornik. Nie zapomnę, jak po którejś zadymie pokazywał mi siniaki na plecach. Poszedł na miasto ze zbyt dużym, elektronicznym symbolem w klapie. Ja - tchórz - nosiłem niewielki i tylko dlatego nie dostałem nigdy w skórę. Jego po demonstracji złapali zomowcy, zaprosili do suki bez okien i dali po nerach gumowymi pałami. Sam musiał wybrać magiczną liczbę, która oznaczała bolesne razy. Jak to T., pomyślał "jeden" to za mało, nie przejdzie. Wiec dostał dziesięć razy. Do dziś zastanawiam się, jak ja zachowałbym się w jego sytuacji?

Kumpelska solidarność

Gdy przyglądam się aferze wokół Wałęsy, pamiętam o tamtych czasach. O odwadze T. i o tej mojej, znacznie mniejszej - samozachowawczej - takiej żeby nie stracić zębów. T. został dla mnie bohaterem. Jego skromność, inteligencja i szczodrość wobec ludzi później, zawsze była świadectwem nieprzeciętnego człowieka. Pracowaliśmy przez lata w BBC. On pisał cudowne teksty do prasy. Odkrył też Birmę, zanim dotarła do niej demokracja. Ja raczej bujałem w obłokach. Nie gadaliśmy nigdy o starych czasach, ale zawsze łączyło nas coś więcej, niż robienie programów radiowych - wspólna ławka na anglistyce, wspólne ciuchy po zadymach i to wspólne poczucie, że świat się na naszych oczach zmienił.

To wiem na pewno

Fakt że bezgranicznie wierzyłem mojemu przyjacielowi, nie oznacza, że nie odczuwam rozterek na temat Wałęsy. Mnie, małą mrówkę rzuconą na tory Solidarności, zawsze przytłaczał parowóz Wielkiego Elektryka. Czym były nasze studenckie przygody, w porównaniu z wieloletnią odwagą i wizją przeszłego Pana Prezydenta? - tak zawsze myślałem i tak myślę. Dumny jestem, że na naszej polskiej stacji stanęła jego potężna lokomotywa. Nawet jeśli dziś bardziej niż kiedyś się poci, powinno z niej spływać.

Artykuł pochodzi z kategorii: Bogdan Frymorgen - komentarze

Bogdan Frymorgen