Wyróżnienia dla przegranych

Piątek, 5 sierpnia 2016 (14:35)

Każdy odchodzący ze stanowiska brytyjski premier ma prawo nagrodzić swych współpracowników. Nie często jednak lista szlacheckich tytułów i przyznawanych z tej okazji imperialnych orderów jest tak kontrowersyjna jak ta, którą przedstawił właśnie David Cameron. Najpierw zwołał referendum, następnie stanął na czele kampanii za pozostaniem w Unii Europejskiej, po czym przegrał z kretesem. Teraz postanowił nagrodzić tytułami ludzi, którzy kolektywnie są autorami tej klęski. Oficjalnie zaszczyty te przyznaje królowa. Robi to jednak pod wyraźne dyktando premiera. Tytuły Sirów i szlachetnych Lordów budzić powinny powszechny szacunek i uznanie. Tym razem mogą pozostawić niesmak.

Na liście wyróżnionych znalazła się m.in. stylistka żony Davida Camerona. Pani Isabel Spearman. Ma otrzymać Order Brytyjskiego Imperium, który przyznawany jest za wyjątkowe zasługi w służbie publicznej. Jej głównym zadaniem, gdy Cameronowie mieszkali na Downing Street, było doradzanie Samancie Cameron w zakresie doboru garsonek, biżuterii i fryzur. Ważna to posługa, bo wpływa na estetyczny wizerunek pierwszej pary. Ale czy godna aż królewskiego wyróżnienia? 60 tys. funtów rocznie za czterodniowy dzień pracy powinno było zaspokoić ambicje pani Spearman. Podając się do dymisji, mąż jej pracodawczyni uznał, że to za mało.

Były premier nagrodził w podobny sposób 46 doradców i współpracowników, w tym byłego ministra finansów George’a Osborne’a. Przejdzie on do historii jako jeden z najbardziej bezwzględnych zaciskaczy publicznego pasa. Jeszcze długo ślad po nim nosić będą Brytyjczycy, choć prawdopodobnie większe piętno na narodowej talii odciśnie Brexit. Na liście nominacji, którą zatwierdzić musi koronowana głowa, znalazło się wiele osób popierających kampanię za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Z większym lub mniejszym przekonaniem walczyli u boku Camerona o zachowanie związków z Brukselą, ale przegrali.

Zdaniem wielu komentatorów, umieszczanie ich na liście szlacheckich wyróżnień to nagradzanie ludzi, którzy odnieśli klęskę. Zły jest to sygnał dla przyszłych pokoleń polityków, którzy zostawią po sobie podobne wrażenie. Wątpliwe jednak, by w najbliższej przyszłości Zjednoczonego Królestwa, ktoś zdołał pobić pod tym względem rosnące reperkusje niedawnego referendum. Tytuł Sir’a otrzyma, na przykład, główny spin doktor Camerona, Oliver Craig, który po karierze w BBC otrzymał intratną ofertę pracy od premiera. Za swe ekwilibrystyczne zdolności w dziedzinie rządowego PR-u dostawał 150 tys. funtów rocznie. Teraz obok uniwersyteckich dyplomów na ścianie gabinetu będzie mógł powiesić w ramce zaszczytny tytuł.

Na liście Camerona pojawiły się także nazwiska z rozdania Partii Pracy. Jedne bardziej, inne mniej kontrowersyjne. Taki jest już urok brytyjskiej polityki, że wraz z zakończeniem kadencji premiera sypią się królewskie wyróżnienia. David Cameron nie opuścił jednak Downing Street w aureoli glorii i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Odszedł w pierwszej połowie drugiej kadencji po przegranym referendum, którego nikt nie chciał i którego mogło wcale nie być.

Nie zwołał go wcale w trosce o narodowy interes. Rzucił je na pożarcie własnej partii, której groził rozłam. Zorganizował je by uciszyć konserwatywnych eurosceptyków i wzmocnić swą pozycję lidera. Zagrał w ruletkę i przegrał, a wydając na świat Brexit, wtrącił Wielka Brytanię w najpoważniejszy kryzys polityczny ostatnich dziesięcioleci. Za to należy mu się wieniec laurowy z czosnku.

Artykuł pochodzi z kategorii: Bogdan Frymorgen - komentarze

Bogdan Frymorgen