Czas kompromisu, czyli wielki gambit Camerona

Piątek, 8 stycznia 2016 (12:54)

​Kanał La Manche nie jest jedynie 30-kilometrowym pasem wody. To także symbol tego, jak bardzo Wielka Brytania różni się od reszty Europy i jak pozornie jest do niej podobna. Brytyjczykom nigdy ta francuska nazwa nie przeszłaby przez gardło. To dla nich Angielski Kanał, nie jakiś tam La Manche. Podobnie interpretują wiele innych europejskich zjawisk.

Urna wszystko ci powie

Do końca 2017 roku mieszkańcy Wielkiej Brytanii zadecydują drogą referendum czy ich kraj ma pozostać w Unii Europejskiej, czy lepiej by pożeglował w nieznane z funtem szterlingiem w kieszeni. Kluczowym zagadnieniem jest tu imigracja. Nie ta z Syrii i krajów objętych konfliktem, lecz z pozostałych państw Wspólnoty, w tym z Polski. Premier David Cameron zaczął próbę renegocjacji unijnych traktatów od postawienia Brukseli ultimatum, proponując wprowadzenie ograniczeń w świadczeniach socjalnych. Według nich, każdy obywatel Unii Europejskiej, który osiedli się Wielkiej Brytanii, otrzymałby prawo do wsparcia, dopiero po 4 latach od wjazdu na Wyspy. Poprzeczkę obniżono. Teraz zarówno on, jak i Grupa Wyszehradzka mówią o kompromisie.  Wygląda jednak na to, że w tych zawodach Wielka Brytania ma co raz większe szanse na wygraną. 

Głos grupowy

David Cameron wrócił w czwartek z Budapesztu z podobnym przekazem, jaki otrzymał wcześniej w Warszawie -  nie pozwolimy na dyskryminację naszych obywateli w Wielkiej  Brytanii. Nie są pasożytami - bronił Węgrów podczas konfekcji prasowej premier Wiktor Orban. Budapeszt, Warszawa, Praga i Bratysława mówią teraz jednym głosem. Do tego dołącza się Bruksela, z niepokojem obserwując przebieg zakulisowych negocjacji, wiedząc, że jeśli Cameron powróci do Londynu na tarczy, Brytyjczycy zagłosują na NIE w referendum. Unia Europejska bez Grecji czy Portugalii mogłaby kulawo podążać do przodu. Konsekwencje Britexitu byłyby dla wspólnoty katastrofalne.

Na pokerowym stole jest unijna przyszłość. Na szczęście w języku współczesnej polityki wciąż istnieje słowo kompromis. W tym przypadku oznacza to wprowadzenie zmian w systemie świadczeń w ten sposób, by w wyszehradzkich stolicach nie mówiono o dyskryminacji. Typowy przykład sytego wilka i całej owcy. David Cameron od teraz nie musi pertraktować w poszczególnych stolicach. Spokrewniona wspólnymi interesami grupa czterech krajów, których obywatele stanowią najliczniejszą na Wyspach liczbę unijnych imigrantów, zaproponuje wyjście z tego impasu. Takie zapewnienie padło w Budapeszcie.

Techniczny remis

Według dziennika "The Daily Telegrach", młodzi Brytyjczycy pomiędzy 18 - 22 rokiem życia, mieliby również czekać 4 lata na otrzymanie prawa do świadczeń. Podobnie potraktowano by Wyspiarzy, którzy wracają do domów po wieloletniej obecności zagranicą. Ponieważ taki układ obejmowałby także Brytyjczyków, zneutralizowane zostałyby zarzuty za zmuszanie Polaka, Czecha, Słowaka i Węgra do czteroletniej zwłoki w przyjmowaniu świadczeń. Trzeba grać fair. W Unii Europejskiej wszyscy muszą mieć takie same prawa - to podstawowa zasada współistnienia. Choć nikt prawdę mówiąc nie wspomina w tym dyskursie o Bułgarach, Rumunach, Litwinach, Estończykach czy Łotyszach, jakby byli oni obywatelami unijnymi trzeciego sortu.

Wielkiej Brytanii nie chodzi o zaoszczędzenie w skali rocznej kilkudziesięciu milionów funtów, które wydawane są na takie świadczenia. To w zestawieniu z GDP tego kraju, przysłowiowe grosze. Nie chodzi nawet o te 800 tys. Polaków, którzy już mieszkają na Wyspach. Większość z nich ciężko pracuje i płaci podatki. Tu chodzi o sygnał do wszystkich tych Europejczyków, mieszkających wewnątrz unijnych granic, którzy myślą o życiu na Wyspach. Inaczej podejmuje się decyzje o wyjeździe wiedząc, że jeśli powinie się noga, brytyjski system świadczeń socjalnych poda nam rękę, a inaczej, jeśli w perspektywie będą 4 lata czekania.

Unijny kalkulator

Saldo w tym równaniu jest następujące: kompromis oznacza większe szanse na to, że w referendum Brytyjczycy zagłosują za pozostaniem w Unii. Jeśli obie strony, brytyjska i wyszehradzka, obstaną przy swoim, jedna z gwiazdek na unijnym sztandarze może zniknąć bezpowrotnie. Nie byle jaka to gwiazdka, bo niesie za sobą gospodarczą potęgę, starą demokrację i ważny ładunek europejskiej kultury. Nikomu nie powinno zależeć na tym by ta gwiazda zgasła na unijnym sztandarze.

David Cameron jest pokerzystą. Zapowiadając referendum i stawiając Unii ultimatum, zagrał o dużą stawkę. Być może za wysoką. Ale jeśli rzekomy kompromis, którego szczegóły ujawniają brytyjskie media, dojdzie do skutku, premier już w marcu na unijnym szczycie będzie mógł sfinalizować swe plany. Jeśli Grupa Wyszehradzka ubije z nim interes, pozostałe kraje Unii Europejskiej, w trosce o przyszłość Wspólnoty, zrobią to samo. Pozostałe punkty pierwotnego ultimatum Camerona nigdy nie budziły większych  kontrowersji. Wiktor Orban mówi wprost, ze zgadza się z trzema z czterech żądań Londynu. Te pozostałe to powstrzymanie dalszej integracji, konieczność zadbania o unijną konkurencyjność i chronienie państw, które nigdy nie przyjęły Euro. Jeśli Grupa Wyszehradzka przemawia teraz jednym głosem, z tym stanowiskiem zgadza się Warszawa.

Na pożarcie?

Pozostaje ostatnia, ważna dla Polaków kwestia - jak na taki techniczny kompromis zareagują nasi rodacy, którzy już mieszkają na Wyspach. Czy będzie on dla nich konieczną ofiarą poniesioną w trosce o  przyszłość wspólnoty, czy poczują się raczej jak owce, którymi nakarmiono europejskiego wilka. A co z młodymi Brytyjczykami, którzy zaczynać będą zawodowe życie bez siatki ochronnej? To także wyborcy. Pointę tej bajki poznamy niebawem.


Artykuł pochodzi z kategorii: Bogdan Frymorgen - komentarze

Bogdan Frymorgen