Mieli tworzyć nieformalna koalicję, a teraz demonstrują siłę. Posłowie północnoirlandzkiej partii DUP wstrzymali się od glosowania w Izbie Gmin nad rządowymi propozycjami. Poszli o krok dalej łącząc siły z opozycją. Wszystko to na razie jest niegroźnym symbolem. Ale w kontekście Brexitu to niezwykle istotne.

Szantaż w Izbie Gmin /pixabay.com /


Glosowanie w Izbie Gmin nie miało związku z Brexitem, ale było papierkiem lakmusowym reakcji łańcuchowej, jaka rozpoczęła się po opublikowanie tekstu wstępnego porozumienia z Brukselą. Według zawartego kompromisu, Irlandia Północna zachowałaby ścisły związek ze wspólnym rynkiem i pozostała w unii celnej na wypadek, gdyby Londyn nie zdołał zawrzeć nowej umowy handlowej z Brukselą. To w oczach Ulsterskich unionistów, którzy od ostatnich wyborów parlamentarnych wspierają rząd premier Theresy May, scenariusz nie do przyjęcia. Ich zdaniem doprowadziłby do podziałów w Zjednoczonym Królestwie, a w konsekwencji wywołałoby kryzys konstytucyjny. Ostatnie wyzwanie, jakiego potrzebuje Ulster, to kryzys. 


Nic za nic

Glosowanie w parlamencie dotyczyło budżetu. Dziesięciu posłów z partii Ulsterskich Unionistów (DUP) najpierw wstrzymało się od głosowania nad rządowymi poprawkami, a następnie poparli wnioski opozycji. Na wypadek, gdyby Theresa May nie zrozumiała tego gestu, tak tłumaczyli to mediom: "Rząd obiecał nam Brexit w takiej formie, by nie zagrażał on statusowi Irlandii Północnej. Te obietnice zostały złamane, więc takie czekają go konsekwencje" - powiedział BBC jeden z irlandzkich posłów.

W obliczu dodatkowego buntu w szeregach jej własnej partii, Premier Theresa May ma znikome szanse na przeforsowanie w Izbie Gmin kompromisu zawartego z Brukselą. Czarne chmury nad przyszłością jej rządu gęstnieją.


Igranie z ogniem

Północnoirlandzka partia DUP to ultra konserwatyści - nie mają politycznego odpowiednika na scenie politycznej Wielkiej Brytanii. Brytyjscy konserwatyści wydają się w porównaniu z nimi liberałami. W zamian za poparcie Irlandczyków po wygranych z kiepskim rezultatem ostatnich wyborach, premier May przekazała Ulsterowi miliard funtów na poprawę lokalnej infrastruktury i dofinansowanie tamtejszej służby zdrowia. To był zwykły handel wymienny - zauważają komentatorzy. Rząd w Londynie złamał tym samym zasadę bezstronności, do której zobowiązywało go zawarte w 1998 roku Wielkopiątkowe Porozumienie. Układ ten zakończył trwający kilkadziesiąt lat okres bratobójczych walk w Irlandii Północnej miedzy katolikami i protestantami. Utrzymanie obecnego status quo to absolutny priorytet, nawet w obliczu Brexitu.

Testowanie wytrzymałości

W najbliższą niedzielę Rada Europejska zadecyduje drogą glosowania, czy wypracowany kompromis z Londynem w sprawie Brexitu leży w interesie pozostałych 27 państw Unii Europejskiej. Powinno to być zwykłą formalnością, gdyby nie zastrzeżenia Hiszpanii, dla której kwestia przyszłości Gibraltaru ma podobne znaczenie jak Ulster. Hiszpanie grożą wetem, jeśli przyszłe umowy handlowe zawarte z Wielka Brytanią obejmować miałby Gibraltar. To również szantaż. Ta forma politycznego nacisku staje się obecnie bardzo popularna.


Długie noże

Chmury nad przyszłością rządu premier May gęstnieją. Jeśli straci poparcie północnoirlandzkich posłów, utraci większość w Izbie Gmin. Jeśli dodać do tego otwarty bunt w szeregach jej własnej partii przeciwko obecnej formie porozumienia z Brukselą, szanse na przeforsowanie kompromisu w Izbie Gmin wydają się znikome.

Nie wiadomo wciąż, czy dojdzie do zgłoszenia wotum nieufności wobec brytyjskiej premier. Mimo wysuwanych wobec niej gróźb, konserwatywnym posłom jak dotąd nie udało się zebrać 48 wniosków, które taką procedurę inicjują. Theresa May może zatem tylko czekać. Najpierw na wynik glosowania w Brukseli, a następnie na kluczowa debatę w Izbie Gmin. 

Labirynt przyszłości

Jeśli brytyjscy posłowie mimo wszystko zaakceptowaliby kompromis wypracowany z Brukselą, Wielka Brytania opuści wspólnotę 29 marca przyszłego roku. Jeśli go odrzucą, scenariusz będzie bardziej skomplikowany.

Najprostszym wyjściem byłoby wdrożenie Brexitu bez porozumienia - to opcja, której sensowni politycy po obu stronach negocjacyjnego stołu nie biorą pod uwagę. Brak zgody na kompromis w Izbie Gmin byłby też pistoletem startowym w wyścigu po władze w Westminsterze. Kolejne przedterminowe wybory stałyby się wówczas wielce prawdopodobne. Choć przywódca opozycji, Jeremy Corbyn wciąż wyklucza zwołanie drugiego referendum, nie daje żelaznych gwarancji w tym zakresie na przyszłość. Kryształowa kula Brexitu na tym się nie kończy.