W najbliższy poniedziałek brytyjska Izba Gmin rozpocznie debatę nad tekstem porozumienia w sprawie warunków wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Zostały już one zaakceptowane przez Brukselę. Wyniki najnowszego sondażu, przeprowadzonego wśród członków rządzących Konserwatystów, zdają się przesądzać wynik tego głosowania. Ponad połowa ankietowanych wybiera wyjście z Unii bez porozumienia. Nie oznacza to wcale, że tak się stanie. W tej partii pokera Brytyjczycy zbliżają się coraz bliżej krawędzi stołu. Trudno powiedzieć kto blefuje, a kto liczy na kolejne rozdanie.

W najbliższy poniedziałek brytyjska Izba Gmin rozpocznie debatę nad tekstem porozumienia w sprawie warunków wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Zostały już one zaakceptowane przez Brukselę. Wyniki najnowszego sondażu, przeprowadzonego wśród członków rządzących Konserwatystów, zdają się przesądzać wynik tego głosowania. Ponad połowa ankietowanych wybiera wyjście z Unii bez porozumienia. Nie oznacza to wcale, że tak się stanie. W tej partii pokera Brytyjczycy zbliżają się coraz bliżej krawędzi stołu. Trudno powiedzieć kto blefuje, a kto liczy na kolejne rozdanie.
Zdj. ilustracyjne /Pixabay

Partie opozycyjne już wcześnie zapowiedziały, że zagłosują przeciwko rządowej ustawie. Będzie to sprzeciw przeciwko wynegocjowanym przez Theresę May warunkom, ale nie głos za opuszczaniem Unii bez porozumienia. Paradoksalnie, kompromis May zjednoczył przeciwko niej siły wewnętrzne w jej własnej partii i opozycję. Wobec takiego układu, wydaje się to mało prawdopodobne, by Izba Gmin przyjęła porozumienie w proponowanej postaci.

A innego nie ma i nie będzie. Bruksela nie zamierza wracać do negocjacyjnego stołu. Przygląda się chaosowi, jaki zapanował w Londynie - niekoniecznie z zadowoleniem. Bardziej z niedowierzaniem. Komisji Europejskiej nie interesuje to, jak zagłosuje brytyjski parlament. Chce odpowiedzi na pytania: czy czas żegnać się z Wielka Brytanią? Jeśli tak, to na jakich zasadach?

Mantra Czasu

Theresa May uparcie powtarza, że jej kompromis jest najlepszy z możliwych. Będzie tak mówić aż do ogłoszenia wyniku głosowana, które odbędzie się w trzecim tygodniu stycznia. Nie ma nic do stracenia. Jest pokerzystką, która pokazała już swoje karty, a nie ma w nich ani jednego asa. Na tym etapie i wobec wyników najnowszego sondażu, rząd praktycznie wierzy w cuda. Te w polityce nie zdarzają się często. Jest jeszcze druga strona medalu, o której oficjalnie na Downing Street się nie mówi. Wiadomo, że przyszłotygodniowa debata w Izbie Gmin będzie pustą przygrywką. Już raz głosowanie odraczano, tym razem będzie musiało się odbyć. W międzyczasie nic istotnego się nie stało. Uwaga parlamentarzystów już teraz skupiona jest na tym, co nastąpi potem.

Kolejny rozdział

Wszystko zależy od rozmiaru porażki rządu. Jeśli będzie miażdżąca, Theresa May może natychmiast podać się do dymisji, pogrążając Wielką Brytanie w kryzysie bez precedensu - 29 marca ma opuścić Unię Europejską. Bez lidera i bez funkcjonującego rządu statek o nazwie Brexit roztrzaskałby się o skały. Nawet jeśli May sama nie zrezygnuje, nieuchronne votum nieufności wobec jej rządu rozstrzygnie tę kwestię za nią. Jeśli jednak przegra pojedynek w dobrym stylu i stosunkowo niewielką liczbą głosów, wody Brexitu staną odrobinę mniej wzburzone i będzie mogła nadal dmuchać w żagle. Prawdziwy sztorm dopiero się zacznie. Będzie wypadkową czasu i koniecznych do podjęcia decyzji.

Bez mapy

W przypadku przegranej w Izbie Gmin opozycyjni Laburzyści prawdopodobnie domagać się będą rozpisania przedterminowych wyborów. Jeśli mniejszościowy rząd będzie uparcie trzymał się sterów, wówczas na scenie pojawi się często przywoływany duch drugiego referendum. Oficjalnie lider Partii Pracy, Jeremy Corbyn wciąż jest temu przeciwny, ale to tylko kwestia czasu nim jego najbliżsi współpracownicy zmuszą go do zmiany stanowiska. Wówczas rzucona w parlamencie propozycja, mogłaby zostać poddana głosowaniu.

Nie ma lekarstwa

Drugie referendum nie jest idealnym wyjściem. Wybory parlamentarne też nim nie są. Brexit podzielił partie polityczne tak samo jak naród. Nie jest kwestią politycznej ideologii, lecz wizji przyszłości kraju. Na szczęście wątpliwe, by ktoś o zdrowych zmysłach nacisnął w parlamencie guzik o nazwie: twardy Brexit - wszystkie prognozy ekonomiczne, w tym analizy rządowe i Banku Anglii kojarzą to tylko z jednym - katastrofą! Opuszczenie Unii bez porozumienia to największy blef w tej rozgrywce pokera. Londyn od dawna go stosuje, mimo że Bruksela nie okazuje strachu.

Diabeł w szczegółach

Wynegocjowany przez Theresę May kompromis wcale nie jest taki zły, ale nigdy nie zadowoli wszystkich. Wielka Brytania pozostałaby w unii celnej i z dostępem do wspólnego rynku. Wprowadziłaby z opóźnieniem kontrole na granicach, a unikniecie tej fizycznej unijnej rozłąki, w Irlandii, zachowałoby polityczną i ekonomiczną  integralność Zjednoczonego Królestwa. Problem w tym, że dla eurosceptyków to za mało, a dla proeuropejskich Wyspiarzy rezygnacja z tego, co Wielka Brytanii posiada już teraz, będąc w Unii. Takie są realia. Opuszczenie Wspólnoty zawsze miało swoje konsekwencje. Dotkną cały elektorat, i to na wiele pokoleń.

Epilog

Zwolennikom pozostania w Unii wypierającym ze świadomości Brexit i marzącym o drugim plebiscycie, należy się jedno ważne ostrzeżenie. Co stanie się, gdy Wyspiarze ponownie zagłosowaliby w nim za opuszczeniem Wspólnoty? - nie ma żadnej pewności, że postąpiliby inaczej. Jak to, co się stanie? Przyjdzie Brexit. Definitywnie i nieodwracalnie.