REKLAMA

Polityk, który jest i zawsze był dla mnie jednym z ludzi w naszym kraju najuczciwszych, najinteligentniejszych oraz najbardziej zasłużonych dla polskiej niepodległości, od dawna jest bezpardonowo u nas zwalczany przez różnych mętnych osobników. W mojej niewzruszonej opinii, którą sobie wyrobiłem na podstawie wieloletnich obserwacji, powodem nienawiści do Antoniego Macierewicza jest zwykły strach. Ta panika ma różne powody i źródła. Np. tajni współpracownicy dawnych komunistycznych służb po prostu wiedzą, że on wie. Świadomość, że człowiek od lat zajmujący się lustracją i likwidacją bolszewickich złogów, widzi na wylot zakłamane biografie, doprowadza wielu do szaleństwa, które publicznie objawia się medialnym szałem. Podobnie jest z obecnymi agentami, na przykład z odesłanymi do kąta mafiosami z WSI.

Alergię na Macierewicza u wielu innych Polaków, niemających żadnych spec-plam na sumieniu, wywołuje z kolei jego katolicka identyfikacja. Poseł Prawa i Sprawiedliwości nie ukrywa swojej chrześcijańskiej wiary, co w Polsce wydawać by się mogło sprawą normalną. Nie pojmuję, co tu może budzić zaskoczenie, nie mówiąc o śmiechu czy pogardzie? Rozumiem, że jakiś polski polityk zadeklarowałby publicznie, że jest wyznawcą plemiennego animizmu, albo że czci Swarożyca. Takie wyznanie, taki religijny "coming out" mógłby rodzić co najmniej znaki zapytania. Przypomnę, jednak że gdy Janusz Palikot przyznał publicznie, że jego guru to groźny mag Georgij Gurdżijew, deklaracja przeszła prawie bez echa i nie wywołała podejrzeń co do stanu jego psychiki.

Naprawdę często zastanawiam się: co też się w tym naszym biednym kraju porobiło przed okres ostatniego ćwierćwiecza? Mam wrażenie, że żyję w jakimś świecie na opak, surrealistycznej krainie pozorów, w jakiejś obłędnej III Rzeczy-niepospolitej, w której przenicowano podstawowe pojęcia, poodwracano hierarchie i pozamieniano miejsca należne ważnym postaciom, czasami czyniąc z nich wręcz orwellowskie nie-osoby (Unpersons), poddawane procesowi ewaporacji, czyli wymazywana z historii Polski. Właśnie tak "ewaporowany" jeszcze za życia przez medialnych władców kontrolujących nas oraz kontrolowanych przez Ministerstwa Pokoju, Prawdy i Miłości, jest ich wróg publiczny numer 1, były i -o zgrozo!- być może przyszły minister A. Macierewicz.

Intencja takich działań jest dla mnie od dawna oczywista: długotrwałe zohydzanie polityka Prawa i Sprawiedliwości ma na celu uczynienie z niego "czarnego luda", osoby, której PO-wska i szerzej neokomunistyczna propaganda przypisuje najgorsze cechy, po to, aby móc nią stale straszyć wyborców, by stale skupiać na niej niechęć "otwartego", oświeconego społeczeństwa. Macierewicz jako "polski talib" straszący z okładki Lisowego biuletynu zwanego dla niepoznaki tygodnikiem opinii jest tego najbardziej charakterystycznym przykładem. Jak dla mnie te propagandowe pisma broniące neokolonialnego status quo pookrągłostołowej republiki towarzyszy i ich dokooptowanych współpracowników mogą sobie szczuć na Macierewicza do woli, bo mam własną opinię.

Korzyść z bycia felietonistą, a nie politykiem jest dla mnie oczywista. Ja nie muszę powściągać swojego języka i nie mam zamiaru stosować w swej publicystyce strategicznych, stylistycznych bezpieczników, bo nie ubiegam się o wyborcze głosy mitycznego "centrum". Nie od dziś wyznaję pogląd, że Polsce potrzebna jest radykalna zmiana władzy i sprawiedliwe rozliczenie dotychczasowego establishmentu. Prawda musi wyjść na jaw! Ale to jeszcze mało, bo oczyszczenie naszego kraju z wszelkiego dotychczasowego propagandowego fałszu to dopiero pierwszy krok do naprawy Rzeczypospolitej. Kolejny- to adekwatna kara dla zdrajców, oszustów i zbrodniarzy. Dlatego z wielką radością i nadzieją przysłuchiwałem się sugestiom posła Prawa i Sprawiedliwości na spotkaniu w USA.

Antoni Macierewicz i jego bliski wieloletni współpracownik Marcin Gugulski, kandydat na posła do Sejmu z PiS-u z listy warszawskiej i zagranicy, spotkali się 2.X. z Polonią w Kościele Św. Jacka w Chicago. Gugulski - przed laty członek komisji weryfikacyjnej ds. byłych pracowników i żołnierzy Wojskowych Służb Informacyjnych -jest autorem tekstu opublikowanego w "Gazecie Polskiej" pt. "Smoleńsk - fałsz obowiązujący. Tysiąc słów o tysiącu kłamstw smoleńskich". Czytam w nim oceny, z którymi się w pełni zgadzam: Na mapie konturowej ciągłym liniom urzędowych kłamstw smoleńskich towarzyszyłyby wężowe zygzaki manipulacji medialnych i przerywane linie krętactw prywatnych. Czerwonym kolorem wyróżniono by fałsze ekipy Putina, niebieskim - kłamstwa ludzi Tuska, purpurowym - nieprawdy powtarzane przez jednych i drugich, a bladym odcieniem tych kolorów-stwierdzenia niepewnego autorstwa.

Okładka mojej książki z rekomendacją

Autor tych trafnych, obrazowo przedstawionych opinii, razem z Antonim Macierewiczem odpowiadał w Chicago na pytania licznie zebranej publiczności - m.in. o Tragedię 10.04.10. W internetowej wideorelacji z tego spotkania zwróciłem uwagę na następującą informację, która tam padła z ust posła PiS: wiele nazwisk, może jeszcze nie wszystkie, ale (...) większość jeśli chodzi o Dramat Smoleński, zostało ustalonych, i to zarówno po stronie rosyjskiej jak i nie tylko. Oczywiście nie chcę, metodą wiodących telewizji III RP, chwytać posła Macierewicza za słówka, ale zastanowiła mnie ta enigmatyczna fraza - "po stronie rosyjskiej i nie tylko". Czy oznacza ona tylko "stronę polską", czy w mowa też o innych, obcych palcach, umoczonych w krwawy zamach na naszą delegację?

Gra o słynny aneks do raportu z likwidacji WSI poprzedzająca zagadkową katastrofę tupolewa z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie a także działania jego następcy - marszałka Sejmu a potem prezydenta Bronisława Komorowskiego - są według mnie istotnym, a może nawet najistotniejszym tropem w tej sprawie. Panika wywołana sporządzeniem tego dokumentu powinna być ważnym motywem w niezależnym śledztwie smoleńskim, którego do tej pory nie było. Opublikowanie aneksu to pierwszy etap. Poseł Macierewicz tłumaczył Polonii za Oceanem, że do tego potrzebna jest kontrasygnata premiera, a wiadomo, kto obecnie sprawuje funkcję szefowej rządu. Trudno liczyć tu na dobrą wolę liderki PO, tak uwikłanej w kłamstwo smoleńskie.

Ewa Kopacz w stachanowskim tempie zakopywała przecież na metr w głąb prawdę o rosyjskim postępowaniu po katastrofie. Do dzisiaj można tylko domniemywać, czym kierowała się ówczesna minister zdrowia łżąc publicznie z sejmowej mównicy. Równie zaskakująca może być jej niewzruszona pozycja w partii i rządzie pomimo wspomnianej kompromitacji, która w normalnym, prawdziwie demokratycznym państwie natychmiast kończyłaby karierę każdego polityka. Podejrzana moc tej mało charyzmatycznej, mówiąc delikatnie, działaczki może wynikać właśnie z depozytu skrywanej prawdy o tym, co wydarzyło się w Rosji 10 kwietnia 2010 roku oraz w okresie następującym po tej strasznej dla Polski dacie. Tropy wiodą wprost do Donalda Tuska, który namaścił swoją następczynię, przed tym jak salwował się ucieczką z kraju do Brukseli.

Nic więc dziwnego, że tak histeryczna była reakcja Platformy Obywatelskiej i sprzyjających jej otwarcie głównych stacji telewizyjnych na inną, dość enigmatyczną, wypowiedź Antoniego Macierewicza na spotkaniu z Polakami w Chicago. Poseł PiS ironicznie zwrócił się do zebranej publiczności: Tu jest takie miłe pytanie, czy jest prawdą to, że Tusk był agentem Stasi. To ja państwu zostawię, żebyście państwo po czynach sami odpowiedzieli sobie na to pytanie. Po jego czynach." Platforma "zagotowała" a eksperci jak zwykle "troszczący się" o wyborczy sukces partii Jarosława Kaczyńskiego zawyrokowali, że przez to jedno zdanie Macierewicza o Tusku PiS może przegrać wybory. Dla mnie jako niezależnego publicysty nie może to być żadnym zmartwieniem!

Tak więc powtórzę pytania do Donalda Tuska które już kiedyś zadałem na swym blogu: Od jak dawna łączą Pana bliskie relacje z tajnymi niemieckimi kręgami decyzyjnymi? Jak wiele z tych kontaktów mogą kryć archiwa niemieckiego wywiadu? Dlaczego w tajemnicy przekazywał Pan w osiemdziesiątych latach taśmę z nagraniem pisarza Güntera Grassa niejakiemu "Henrykowi" czyli agentowi STASI Detlefowi Ruserowi, o czym przed laty pisał tygodnik "Newsweek"? (...) Czy wyznania Pawła Piskorskiego o niemieckich partyjnych pieniądzach dla Kongresu Liberalno-Demokratycznego to tylko wierzchołek góry lodowej? Jak mocno pomoc Berlina związała Pana niewidzialnymi nićmi ze sponsorami zza Odry? Czy takie kompromitujące więzy są gwarantem Pana wiernej postawy?

Ów zestaw pytań pojawił się w mojej głowie po lekturze książki ... nie, nie ... nie jakiegoś polskiego "pisowskiego oszołoma", a publikacji Gertrud Höhler, byłej doradczyni kanclerza Niemiec Helmuta Kohla pt. "Matka chrzestna. Jak Angela Merkel przebudowuje Niemcy". Radzę wszystkim moim Czytelnikom: czytajcie więcej książek, także tych zagranicznych, a mniej polegajcie na telewizyjno-gazetowej propagandzie. Nie będziecie wodzeni za nos przez macherów, którzy tak obawiają się utraty monopolu władzy oraz wyłączności wiedzy. Ja czekam na zmianę rządzących Polską, nawet nie z przyczyn politycznych, ale z czystej dziennikarskiej ciekawości: chcę się dowiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się w moim kraju 10 kwietnia 2010 roku i w kolejnych latach?

Wierzę w to, że ekipa, która w wyborach odsunie obecny rząd, pod względem matactw i afer przypominający jakiś bezkarny Putinowski reżim, odpowie wprost na nurtujące mnie pytania. Ufam, że nie skryje się za parawanem jakiejś fałszywie pojmowanej racji stanu. Pragnę dwóch rzeczy: opublikowania aneksu WSI, oraz ujawnienia i ukarania winnych Masakry Smoleńskiej. Ostatnio też złożyłem podpis pod trzecią, istotną kwestią, społeczną inicjatywą: listem do Prezydenta Andrzeja Dudy w sprawie zdjęcia grubej zasłony ze zbrodni na księdzu Jerzym Popiełuszce. Sygnowałem już wcześniej tę petycję. Powtarzam tu swój skromny symboliczny gest, licząc, że choć trochę wspomoże realne działania.