Banki nie mają prawa zarabiać na monitach. Opłata za ich wysłanie nie powinna być wygórowana. Po prostu powinna odzwierciedlać koszty, jakie bank ponosi w związku z wysłaniem listu, czy SMS-a - tak głoszą przepisy. Ale to tylko teoria.

REKLAMA

W praktyce te koszty banki kalkulują wręcz nieprawdopodobnie - za wysłanie monitu każą sobie płacić od 15 do nawet 40 kilku złotych! I twierdzą, że są w porządku, bo o opłacie informują klientów w tabeli opłat i prowizji. Klient powinien wiedzieć, co podpisuje i kropka. A że nie ma żadnej możliwości zakwestionowania tej opłaty, nie może się na nią nie zgodzić? To już problem klienta. Podobnie jak to, że za monit musi zapłacić bez względu na to, czy zadłużenie wynikło z jego winy, czy niekoniecznie. Tak jak w przypadku pani Ewy, która bezskutecznie usiłowała dowiedzieć się na jakiej zasadzie wyliczany jest spread, starała się zgadnąć, po jakim kursie bank przeliczy jej ratę i zazwyczaj jej się udawało. Czy to jej wina, że bank akurat zmienił kurs, w dniu gdy przeliczał jej ratę? Choć zapłaciła pieniądze na czas, została potraktowana, jak ktoś kto uchyla się od spłaty zobowiązań.

Może to i zgodne z literą prawa, ale chyba dalekie od dobrych i uczciwych praktyk. Zgodnie z nimi bank powinien, co najwyżej obciążyć klienta kosztem wysłania listu, lub SMS-a - to góra kilka złotych.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że reszta - to kara nakładana na klienta-dłużnika. Tyle, że bank już raz go ukarał- naliczając dodatkowe odsetki. A podwójne karanie nie jest, mówiąc oględnie, uczciwą praktyką. Wystarczy, że banki zarabiają na odsetkach od kredytów i opłatach za swoje usługi.

W sytuacji, gdy ktoś się pomylił, nie chce banku okraść, oszukać czy wykiwać i nie dopłacił kilku złotych - bank nie powinien na nim podstępnie zarabiać. Chyba wystarczyłaby informacja, telefon od pracownika banku z prośbą o uregulowanie różnicy... bez opłat.

No ale to sytuacja idealna, w której relacja klient - bank byłaby relacją równą. A jak wiemy - tak nie jest...

Nie przekonuje mnie argument, że wszystko odbywa się w zgodzie z przepisami. Bo świadczy tylko o tym, że przepisy źle chronią klientów. Ich twórcy chyba za bardzo uwierzyli w dobre intencje instytucji finansowych...

Pamiętacie jak przed kryzysem te same instytucje używały dwóch różnych tabeli kursowych - jednych w okienku, a innych, bardziej dla siebie korzystnych, przy przeliczaniu rat kredytów? Jak dawały kredyty tym, którzy nie byli w stanie poradzić sobie ze spłatą rat? Jak wciskały nieświadomym klientom fundusze inwestycyjne, nie mówiąc o tym, że mogą przynieść straty? To też wszystko działo się zgodnie z literą prawa. Tylko, na szczęście w tych przypadkach konsumenci wymusili zmianę złego prawa. Może i w sprawie horrendalnych opłat za monity się uda?