Zostałam kibicem, czyli krótka historia kobiecej niekonsekwencji

Środa, 30 maja 2012 (15:44)

Mamy już w domu kubki na Euro, trąbki, chorągiewki, koszulki, a w szafce kuchennej czai się ciasto do upieczenia w formie piłki. Piszę to ja, osoba, która kilka dni temu była zażartym wrogiem "eurowego" szaleństwa. Deklarowałam, iż zamiast spotkań będę oglądać seriale (A co? W końcu starsza pani ze mnie). Wszystko za sprawą mojej małej acz wyjątkowo podstępnej spółki "wymuszenia i haracze", czyli 8-letniej blondynki i 4-letniego bruneta.

Zaczęło się od niewinnego pytania: "Mamusiu, czy będziemy mogli obejrzeć wszystkie mecze?" Chciałam protestować, jakie mecze? A co z moimi ulubionymi programami? A jednak ze zdziwieniem usłyszałam jak sama mówię: "Ależ oczywiście Fruncyku, będziecie mogli obejrzeć wszystkie mecze". "Ale z mamusią je będziemy oglądać, prawda?". Tego już za wiele - pomyślałam, po czym niepotrzebnie spojrzałam na trzepoczące długaśne rzęsy i wpatrzone we mnie oczy duetu: Misia i Franek. I co odpowiedziałam? "Ależ oczywiście, mamusia będzie z wami oglądać wszystkie mecze". Zostałam pokonana, rozłożona na łopatki.

Swoją drogą dobrze, że faceci nie odkryli do końca, ile rzeczy można załatwić z kobietami przy pomocy dzieci. "Kochanie kupiłem sobie wiatrówkę". "A po co ci wiatrówka? Jest tyle innych wydatków" - to damsko-męski dialog. A wystarczyłoby, gdyby spółka "wymuszenia i haracze" przyszła i oznajmiła, że jej marzeniem jest nauczyć się strzelać z wiatrówki (oczywiście pod nadzorem). I strzelba stałaby się artykułem pierwszej potrzeby. To tylko przykład, ale jakoś tak to dziwnie działa.

Zostałam więc kibicem. Dziś po pracy wybieram się na zakupy. Wszak - jak oznajmiły moje dzieci - brakuje mi kibicowskich akcesoriów. Będziemy kupować koszulkę dla mnie, trąbkę, peruki biało-czerwone dla wszystkich i farby do twarzy, też oczywiście biało-czerwone. Do ręki dostanę jeszcze chorągiewkę, a przy okazji - jak się dowiedziałam - konieczny jest zakup zapachu do samochodu z logo Euro i dziesiątki innych gadżetów. Czuję się paskudnie, bo nikt nie lubi uświadamiać sobie rozmiaru własnej niekonsekwencji. Tu jednak nieco się przed sobą wytłumaczyłam. Człowiek jest zdolny, jeśli chodzi o szukanie usprawiedliwień, i tak sobie pomyślałam, że skoro premier może dowolnie zmieniać zdanie, i co chwilę zaprzeczać samemu sobie w poważniejszych historiach, to moja niekonsekwencja jest drobiażdżkiem. Prawie niezauważalnym. Ze sportowym pozdrowieniem Hohohoho (to chyba nie to pozdrowienie, ale co tam). Nowy kibic. Obym tylko nie została neofitą, bo ci są najgorsi.

Artykuł pochodzi z kategorii: Agnieszka Burzyńska - blog

Agnieszka Burzyńska